Выбрать главу

Pani Pfef­fer­berg przy­szła do sie­bie na tyle, by po­wie­dzieć, że nie wie – ma dużo pra­cy, zbli­ża się Boże Na­ro­dze­nie. Le­opold do­my­ślił się, że cho­dzi tu­taj o nie­chęć mat­ki do po­sia­da­nia nie­miec­kiej klien­te­li; jed­no­cze­śnie jed­nak wie­dział, że Niem­cy są te­raz je­dy­ny­mi ludź­mi, któ­rzy mają na tyle za­ufa­nia do przy­szło­ści, by in­we­sto­wać w de­ko­ra­cję wnętrz. A pani Pfef­fer­berg po­trze­bo­wa­ła więk­sze­go za­mó­wie­nia – jej mąż zo­stał od­su­nię­ty od swo­jej pra­cy; pra­co­wał te­raz za nędz­ne gro­sze w dzia­le miesz­ka­nio­wym Ge­me­in­de, ży­dow­skie­go urzę­du sa­mo­po­mo­cy i opie­ki.

Po dwóch mi­nu­tach obaj męż­czyź­ni ga­wę­dzi­li już jak sta­rzy zna­jo­mi. Pi­sto­let za pa­sem Pfef­fer­ber­ga stał się te­raz bro­nią na ja­kąś od­le­głą, przy­szłą ko­niecz­ność. Nie było wąt­pli­wo­ści, że pani Pfef­fer­berg zaj­mie się miesz­ka­niem Schin­dle­ra, nie szczę­dząc kosz­tów – a kie­dy w koń­cu spra­wę tę uzgod­nio­no, Schin­dler na­po­mknął, że Le­opold Pfef­fer­berg mógł­by wpaść do nie­go i po­roz­ma­wiać o in­nych spra­wach.

– Może do­ra­dził­by mi pan coś w spra­wie na­by­cia miej­sco­wych to­wa­rów – po­wie­dział Herr Schin­dler. – Na przy­kład ta­kich jak pań­ska ele­ganc­ka nie­bie­ska ko­szu­la. Zu­peł­nie nie wiem, gdzie szu­kać ta­kich rze­czy.

To był tyl­ko wy­bieg, ale Pfef­fer­berg go do­ce­nił.

– Skle­py, jak pan wie, są pu­ste – po­wie­dział Schin­dler ci­cho, jak­by pod­po­wia­da­jąc.

Le­opold Pfef­fer­berg na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy żyją z pod­bi­ja­nia staw­ki.

– Herr Schin­dler, te ko­szu­le są bar­dzo dro­gie, chy­ba pan ro­zu­mie. Kosz­tu­ją dwa­dzie­ścia pięć zło­tych sztu­ka.

Po­dał cenę pię­cio­krot­nie za­wy­żo­ną. Schin­dler na­tych­miast po­jął, o co cho­dzi, ale nie dał tego po so­bie po­znać.

– Może uda mi się zdo­być kil­ka dla pana – po­wie­dział Pfef­fer­berg – je­śli poda mi pan swój roz­miar. Ale oba­wiam się, że moi po­śred­ni­cy będą wy­ma­ga­li pie­nię­dzy z góry.

Herr Schin­dler, na­dal z tym sa­mym wy­ra­zem zro­zu­mie­nia w ką­ci­kach ust i w oczach, wy­jął port­fel i wrę­czył Pfef­fer­ber­go­wi dwie­ście ma­rek. Suma była eks­tra­wa­ganc­ka; na­wet przy za­wy­żo­nej ce­nie Pfef­fer­ber­ga wy­star­czy­ła­by na ko­szu­le dla dzie­się­ciu po­ten­ta­tów. Ale Pfef­fer­berg znał re­gu­ły gry i ani mru­gnął.

– Musi mi pan po­dać roz­miar – po­wie­dział.

Ty­dzień póź­niej Pfef­fer­berg za­niósł do miesz­ka­nia Schin­dle­ra na Stra­szew­skie­go tu­zin je­dwab­nych ko­szul. W miesz­ka­niu była ład­na Niem­ka, któ­rą przed­sta­wio­no Pfef­fer­ber­go­wi jako ko­mi­sa­rza kra­kow­skiej fir­my że­la­znej. Póź­niej, któ­re­goś wie­czo­ra, Pfef­fer­berg zo­ba­czył Oska­ra w to­wa­rzy­stwie pięk­nej blon­dyn­ki o wiel­kich oczach, Po­lki. Być może ja­kaś Frau Schin­dler ist­nia­ła, ale nie po­ka­za­ła się w miesz­ka­niu Oska­ra na­wet po tym, jak pani Pfef­fer­berg już je urzą­dzi­ła. Le­opold Pfef­fer­berg zaś stał się jed­nym z re­gu­lar­nych po­śred­ni­ków Schin­dle­ra na ryn­ku luk­su­sów – je­dwa­bi, sprzę­tów, bi­żu­te­rii – któ­ry kwitł w sta­rym Kra­ko­wie.

IV

Na po­cząt­ku grud­nia Iza­ak Stern zno­wu spo­tkał Oska­ra Schin­dle­ra. Po­da­nie Schin­dle­ra do pol­skie­go Sądu Han­dlo­we­go w Kra­ko­wie zo­sta­ło już zło­żo­ne, mimo to Oskar miał na tyle cza­su, by zajść do biu­ra Bu­ch­he­iste­ra. Po roz­mo­wie z Auem pod­szedł do biur­ka Ster­na, za­tarł ręce i ogło­sił ta­kim to­nem, jak­by był już po wód­ce:

– Ju­tro się za­cznie. Na Jó­ze­fa i na Iza­aka.

Na Ka­zi­mie­rzu rze­czy­wi­ście były uli­ce Jó­ze­fa i Iza­aka. Były w każ­dym get­cie; a Ka­zi­mierz to było sta­re kra­kow­skie get­to. Kie­dyś była to wy­spa da­ro­wa­na ży­dow­skiej gmi­nie przez Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go, a po­tem – spo­koj­ne przed­mie­ście usa­do­wio­ne w za­ko­lu Wi­sły.

Herr Schin­dler po­chy­lił się nad Ster­nem i ten po­czuł jego pach­ną­cy ko­nia­kiem od­dech. Rów­no­cze­śnie za­sta­na­wiał się, czy Schin­dler wie, że coś sta­nie się na Jó­ze­fa i Iza­aka, czy tyl­ko rzu­ca na­zwa­mi.

W każ­dym ra­zie Stern przy­kro się roz­cza­ro­wał. Schin­dler za­po­wia­dał po­grom i snuł mgli­ste prze­chwał­ki, jak­by chciał usta­wić Ster­na na wła­ści­wym miej­scu.

Był 3 grud­nia. Oska­ro­we „ju­tro” Stern zro­zu­miał nie­ja­ko na­stęp­ny dzień, 4 grud­nia, ale tak, jak za­wsze ro­zu­mie­ją to sło­wo pi­ja­cy i pro­ro­cy: jako coś, co albo się sta­nie, albo po­win­no się stać, i to jak naj­szyb­ciej. Tyl­ko kil­ku z tych, któ­rzy sły­sze­li albo któ­rym opo­wie­dzia­no o rzu­co­nym po pi­ja­ne­mu ostrze­że­niu Schin­dle­ra, wzię­ło je do­słow­nie. Nie­któ­rzy spa­ko­wa­li się szyb­ko i wraz z ro­dzi­na­mi prze­nie­śli się za Wi­słę, do Pod­gó­rza.

Co do Oska­ra, to zda­wał on so­bie spra­wę, że prze­ka­zu­jąc złą wia­do­mość, tro­chę ry­zy­ku­je. Otrzy­mał ją w każ­dym ra­zie z dwóch źró­deł, od no­wych zna­jo­mych. Jed­nym z nich był funk­cjo­na­riusz po­li­cji przy­dzie­lo­ny do szta­bu SS obe­rfüh­re­ra Szer­ne­ra, wacht­me­ister Her­man Tof­fel. Dru­gi, Die­ter Re­eder, na­le­żał do szta­bu sze­fa SD, Czur­dy. Obaj są przy­kła­dem zna­jo­mo­ści, któ­re Oskar z wła­ści­wym so­bie ta­len­tem po­tra­fił na­wią­zy­wać.

Ni­g­dy jed­nak nie umiał wy­ja­śnić mo­ty­wów swej prze­mo­wy do Ster­na – wte­dy, w grud­niu. Po­wie póź­niej, że gdy Niem­cy zaj­mo­wa­li Cze­chy i Mo­ra­wy, wi­dział tyle przy­pad­ków gra­bie­ży ży­dow­skie­go i cze­skie­go mie­nia, tyle wy­sie­dleń Ży­dów i Cze­chów z tych ob­sza­rów Su­de­tów, któ­re uwa­ża­no za nie­miec­kie, że wy­le­czy­ło go to z wszel­kie­go en­tu­zja­zmu dla no­we­go po­rząd­ku. Prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści Ster­no­wi o wie­le le­piej cha­rak­te­ry­zu­je jego po­sta­wę niż nie po­twier­dzo­na hi­sto­ria z Nuss­bau­ma­mi.

Za­pew­ne miał też na­dzie­ję, jak mie­li ją kra­kow­scy Ży­dzi, że po pierw­szych sza­leń­stwach re­żim roz­luź­ni pęta i po­zwo­li lu­dziom ode­tchnąć. Uwa­żał, że jego ostrze­że­nie po­zwo­li zła­go­dzić nie­co skut­ki ma­ją­cych na­stą­pić w cią­gu na­stęp­nych mie­się­cy ese­sow­skich najść, a na wio­snę może zdro­wy roz­są­dek znów weź­mie górę. W koń­cu – wma­wia­li so­bie i Ży­dzi, i Oskar – Niem­cy to na­ród cy­wi­li­zo­wa­ny.

In­wa­zja SS na Ka­zi­mierz wzbu­dzi­ła w Oska­rze obrzy­dze­nie; jesz­cze nie tak wiel­kie, aby mia­ło wi­docz­ny wpływ na jego spo­sób za­ra­bia­nia pie­nię­dzy, za­ba­wia­nia dam i uczto­wa­nia z przy­ja­ciół­mi, ale jed­nak na tyle moc­ne, że im le­piej ro­zu­miał in­ten­cje pa­nu­ją­cej wła­dzy, tym bar­dziej sta­wa­ło się ono jego ob­se­sją, na­tchnie­niem, a tak­że za­gro­że­niem. Ope­ra­cja mia­ła na celu gra­bież kosz­tow­no­ści i fu­ter, a tak­że eks­mi­sje z do­mów i miesz­kań w bo­gat­szej czę­ści dziel­ni­cy na sty­ku Ka­zi­mie­rza i Kra­ko­wa. Ale oprócz tych prag­ma­tycz­nych ce­lów ak­cja mia­ła rów­nież bru­tal­nie przy­po­mnieć zroz­pa­czo­nym miesz­kań­com dziel­ni­cy, kim są i od kogo za­le­ży ich ży­cie. W tym celu, jak po­wie­dział Oska­ro­wi Re­eder, mały od­dział żoł­nie­rzy z Ein­sat­zgrup­pe wje­dzie przez Stra­dom do Ka­zi­mie­rza w tych sa­mych cię­ża­rów­kach, co chłop­cy z miej­sco­wej SS i Po­li­cji Po­lo­wej.