Z najeźdźczą armią przybyło do Polski sześć Einsatzgruppen. Ich nazwa zawiera pewną znaczeniową subtelność. W tłumaczeniu byłyby to „Jednostki do zadań specjalnych”. Lecz amorficzne słowo Einsatz ma jeszcze inny odcień znaczeniowy, związany z podejmowaniem wyzwania, podnoszeniem rękawicy, z rycerskością. Oddziały te rekrutowano z Heydrichowskiej Sicherheitsdienst (SD). Ich członkowie wiedzieli już, że ich uprawnienia są szerokie. Sześć tygodni wcześniej Führer powiedział generałowi Keitlowi, że „w Generalnej Guberni dojdzie do twardej walki o narodowy byt, w której nie będzie miejsca na prawne ograniczenia”. W górnolotnej retoryce przywódców, z czego żołnierze Einsatzu zdawali sobie sprawę, walka o narodowy byt oznaczała wojnę ras, tak jak sam Einsatz, Specjalne Jednostki Rycerskie oznaczały rozgrzane lufy karabinów.
Wyznaczony do akcji na Kazimierzu oddział Einsatzu był w pewnym sensie elitarny. Zadanie przeszukiwania mieszkań w celu grabieży diamentowych pierścionków i futrzanych okryć pozostawiono akordzistom z krakowskiej SS. Ludzie z Einsatzu mieli wziąć udział w akcji o charakterze symbolicznym, to znaczy związanej ze starymi krakowskimi synagogami.
Od kilku tygodni oczekiwali oni na jakąś ćwiczebną akcję, podobnie jak miejscowe Sonderkommando (Jednostki Specjalne) SS i Służby Bezpieczeństwa SD Czurdy, również przydzielone do Aktion w krakowskim getcie. Wojsko wynegocjowało z Heydrichem i wyższymi funkcjonariuszami policji wstrzymanie operacji do czasu, gdy Polska spod władzy wojskowej przejdzie pod rządy cywilne. Przekazanie władzy już się odbyło i w całym kraju spuszczono ze smyczy rycerzy Einsatzu i Sonderkommando, by z właściwym zrozumieniem kwestii rasowej i z zawodowym do niej dystansem parli w głąb żydowskich gett.
Na końcu ulicy, przy której stał dom Oskara, wyrastał ufortyfikowany, skalisty Wawel, z którego rządził Hans Frank. Jeśli ktoś chce zrozumieć polską przyszłość Oskara, musi się przyjrzeć związkowi Franka i wykonawców rozkazów z SS i SD oraz Franka i krakowskich Żydów.
Hans Frank nie miał bezpośredniej władzy nad oddziałami, które grabiły Kazimierz. Siły policyjne Heinricha Himmlera zawsze były samodzielne i nie kontrolowane, niezależnie od miejsca ich działalności. Frank, oprócz tego, że niechętnym okiem spoglądał na tę niezależność, to jeszcze nie zgadzał się z nimi także na płaszczyźnie pragmatycznej. Żywił tak wielki wstręt do Żydów, jak mało kto w partii, i piękny skądinąd Kraków wydawał mu się obrzydliwy z powodu ich liczebności. A ostatnio protestował, gdy usiłowano użyć Generalnej Guberni, a szczególnie Krakowa z jego węzłem kolejowym, jako miejsca zgrupowania Żydów z miast nad Wartą, od Łodzi do Poznania. Ale mimo tej niechęci do Żydów nie uważał, że akcje i metody stosowane przez Einsatzgruppen czy Sonderkommanda były właściwe. Zdaniem Franka, podzielanym przez Himmlera w niektórych okresach jego umysłowych wahnięć, powinien powstać jeden wielki obóz koncentracyjny dla Żydów, na który należało przeznaczyć na przykład Lublin wraz z okolicami, a najlepiej Madagaskar. Ten sam Madagaskar, do którego sami Polacy zawsze tęsknili. W 1937 roku rząd polski wysłał komisję dla zbadania tej górzystej wyspy. Francuskie Biuro Kolonialne, które zarządzało Madagaskarem, było nawet skłonne dobić targu, bowiem Madagaskar, zapełniony europejskimi Żydami, stanowiłby wyśmienity rynek eksportowy. Południowoafrykański minister obrony, Oswald Pirow, przez jakiś czas spełniał rolę negocjatora w sprawie wyspy między Hitlerem a Francją. Zatem Madagaskar, jako sposób na rozwiązanie kwestii żydowskiej, miał chlubny rodowód. I na ten właśnie sposób, a nie na Einsatzgruppen, stawiał Hans Frank. Sporadyczne napaści i masakry nie mogły zredukować populacji Żydów we wschodniej Europie. Podczas kampanii warszawskiej Einsatzgruppen wieszały Żydów w synagogach Śląska, rozdzierały im wnętrzności wodą, napadały na ich domy w szabat i święta, odcinały im pejsy, podpalały modlitewne szale, stawiały ich pod ścianę. Ale to niczego nie zmieniało. W historii istnieje wiele przesłanek, dowodził Frank, że zagrożone rasy na ogół przewyższają rozrodczością swych prześladowców. Fallus jest szybszy niż karabin.
Wtedy jeszcze nikt nie wiedział – ani uczestnicy debaty, ani jadący na ciężarówce wykształceni chłopcy z Einsatzgruppen, ani jadący na innej ciężarówce szeregowi esesmani, ani wierni w synagogach, ani Herr Oskar Schindler jadący do domu na Straszewskiego przebrać się przed obiadem – nikt z nich nie wiedział, a wielu partyjnych planistów nawet nie marzyło o tym, że wkrótce zostanie odkryty środek techniczny, „dezynfekcyjny” związek chemiczny o nazwie cyklon B, który zastąpi Madagaskar, który o wiele lepiej niż Madagaskar rozwiąże kwestię żydowską.
Warto w tym miejscu wspomnieć o pewnym incydencie związanym z protegowaną Hitlera, aktorką i reżyserką Leni Riefenstahl. Przyjechała ona do Łodzi z zespołem zdjęciowym tuż po kapitulacji miasta i zobaczyła ustawionych w rzędzie Żydów, takich typowych, z pejsami, których rozstrzeliwano z karabinów maszynowych. Leni Riefenstahl pojechała prosto do Führera, który przebywał wtedy w kwaterze Armii Południe, i zrobiła scenę. To właśnie logistyka, waga liczb, liczenie się z opinią stawiały chłopców z Einsatzgruppen w głupim świetle. Lecz także pomysł z Madagaskarem wydałby się śmieszny z chwilą wynalezienia środków znacznej redukcji populacji podludzi Europy Środkowej, w wyznaczonych miejscach wyposażonych w urządzenia do likwidacji zwłok, w miejscach, na które nie mógłby się natknąć żaden modny filmowiec.
Informacja, jaką Oskar przekazał Sternowi, była prawdziwa. SS przeprowadziła ekonomiczną akcję idąc od domu do domu na Jakuba, na Izaaka, na Józefa. Włamywali się do mieszkań, wywlekali zawartość szaf, wyrywali zamki biurek i komód. Zdejmowali kosztowności z palców, z dekoltów, wyjmowali zegarki z kieszonek. Dziewczynie, która nie chciała oddać futra, złamano rękę; chłopca z Ciemnej, który chciał zatrzymać swoje narty, zastrzelono.