Nie wypłaciwszy czterech tysięcy reichsmarek, rolnik z Alt-Molstein na pewno w jakiś sposób wpłynął na dalszy bieg życia Oskara; równocześnie jednak nie pomyślał, jak bardzo ta odmowa posagu dotknie jego córkę, że zmusi ją to do zajęcia postawy obronnej i że w dwanaście lat później, gdy to nie będzie już miało dla Oskara żadnego znaczenia, Emilia nadal będzie tę sprawę rozpamiętywała.
– Moja droga – powiedział Oskar – te pieniądze nigdy nie były mi potrzebne.
Sporadyczne kontakty Emilii z Oskarem wyglądały jak kontakty kobiety, która wie, że mąż ją zdradza, ale która mimo to nie życzy sobie, aby dowody tych zdrad podtykano jej pod nos. Owszem, brała udział w różnych przyjęciach, spotykała się z ludźmi, którzy jako przyjaciele Oskara z pewnością wiedzieli o jego romansach, ale zawsze zachowywała pewną rezerwę, pewien dystans wobec prób zaznajomienia jej z prawdziwym stanem rzeczy.
Pewnego razu młody Polak – był to Poldek Pfefferberg, ten sam, który omal nie zastrzelił jej męża, o czym Emilia oczywiście nie mogła wiedzieć – przybył pod drzwi mieszkania ze zrolowanym dywanem na ramieniu. Był to czarnorynkowy dywan, przywieziony z Istambułu via Węgry; zdobycie go powierzyła Pfefferbergowi Ingrid, która na czas odwiedzin Emilii wyprowadziła się od Oskara.
– Czy jest Frau Schindler? – zapytał Pfefferberg. Zawsze mówił o Ingrid jako o Frau Schindler, ponieważ uważał tę formę za mniej obraźliwą.
– To ja jestem Frau Schindler – odpowiedziała Emilia, od razu domyślając się, co takie pytanie oznacza.
Pfefferberg wykazał pewien takt, usiłując zatuszować gafę. W gruncie rzeczy nie chodziło mu o Frau Schindler, o której tak wiele słyszał od Herr Schindlera. Chciał się widzieć z Herr Schindlerem w interesach.
Emilia odrzekła, że Herr Schindlera nie ma w domu. Zaproponowała młodemu Pfefferbergowi drinka, ale ten pośpiesznie odmówił. Emilia zrozumiała także i to: Poldek Pfefferberg był zdegustowany prywatnym życiem Oskara – wydawało mu się nieprzyzwoite siedzieć i pić z osobą, która w tym życiu odgrywała rolę ofiary.
Fabryka, którą dzierżawił Oskar, znajdowała się po drugiej stronie Wisły, na Zabłociu, przy ulicy Lipowej nr 4. Stojące wzdłuż ulicy biura fabryki były nowoczesne i Oskar zastanawiał się, czy nie byłoby mu wygodnie, gdyby się tu wprowadził, to znaczy urządził sobie mieszkanie np. na trzecim piętrze – mimo że ulica Lipowa, i w ogóle dzielnica przemysłowa, to nie było to samo, co ulica Straszewskiego w centrum Krakowa.
Kiedy Oskar przejął fabrykę „Rekord”, zmieniając jej nazwę na Deutsche Emailwaren Fabrik, było tam czterdziestu pięciu robotników zatrudnionych przy niewielkiej produkcji naczyń kuchennych. Wkrótce po Nowym Roku Oskar otrzymał pierwsze kontrakty wojskowe. Nie były one niespodzianką. Utrzymywał stosunki z różnymi wpływowymi inżynierami Wehrmachtu, którzy zasiadali w Radzie Głównej Inspektoratu Uzbrojenia generała Schindlera. Chodził na te same co oni przyjęcia i zabierał ich na obiady do hotelu „Cracovia”. Pozostały zdjęcia Oskara, siedzącego z nimi przy suto zastawionych stołach: wszyscy uprzejmie uśmiechnięci do obiektywu, wszyscy obficie nakarmieni i hojnie napojeni, oficerowie elegancko umundurowani. Niektórzy z nich przybijali właściwe pieczątki na jego ofertach i pisali cenne listy polecające do generała Schindlera po prostu z przyjaźni i dlatego, że wiedzieli, iż Oskar ma zakład i będzie dostarczał towar. Inni działali pod wpływem podarunków, jakie Oskar zawsze podsuwał urzędnikom – a więc koniaków, dywanów, biżuterii, mebli i koszy luksusowego jedzenia. Oprócz tego krążyła wieść, że generał Schindler dobrze zna i bardzo lubi swego imiennika z branży emalierskiej.
Teraz na podstawie lukratywnych kontraktów Inspektoratu Uzbrojenia Oskarowi zezwolono na powiększenie zakładu. Miejsca było dość. Za bramą i biurowcem stały dwie duże hale fabryczne. Część powierzchni produkcyjnej w budynku po lewej, patrząc od strony głównej bramy, była zajęta obecną produkcją. Drugi budynek stał zupełnie pusty.
Oskar zakupił nowe maszyny, część na miejscu, część w Niemczech. Oprócz zapotrzebowania wojskowego trzeba jeszcze było zaspokoić wszystkożerny czarny rynek. Teraz Oskar wiedział, że stanie się potentatem. Zanim nadejdzie lato 1940, będzie już zatrudniał dwustu pięćdziesięciu robotników i stanie wobec konieczności uruchomienia nocnej zmiany. Fabryka maszyn rolniczych Hansa Schindlera w Zwittau w najlepszych czasach zatrudniała pięćdziesięciu ludzi. Słodką jest rzeczą prześcignąć ojca, któremu się nie przebaczyło.
W ciągu lego roku zdarzyło się Sternowi wpaść kilka razy do Schindlera w sprawie pracy dla znajomych – sieroty z Łodzi, córki urzędnika któregoś z wydziałów Judenratu. Po kilku miesiącach Oskar zatrudniał już stu pięćdziesięciu Żydów, a jego fabryka zyskała w niektórych kręgach opinię raju.
W tymże roku, jak zresztą w każdym następnym aż do końca wojny, Żydzi poszukiwali zatrudnienia, które byłoby uważane za niezbędne dla wysiłku wojennego. W kwietniu gubernator generalny Frank wydał dekret o ewakuacji Żydów ze swojej krakowskiej stolicy. Dziwna to była decyzja: władze Rzeszy nadal przysyłały do Generalnej Guberni Żydów i Polaków, i to w tempie blisko dziesięciu tysięcy dziennie. Ale warunki w Krakowie, mówił Frank do członków swojego „rządu”, są skandaliczne. On, Frank, słyszał o niemieckich dowódcach dywizji, którzy muszą mieszkać w jednej kamienicy z Żydami. Wyżsi urzędnicy również są narażeni na to skandaliczne poniżenie. Obiecał, że w ciągu sześciu miesięcy uczyni Kraków judenfrei. Pozwoli zostać jedynie pięciu czy sześciu tysiącom wykwalifikowanych robotników żydowskich. Wszystkich innych przeniesie się do innych miast Generalnej Guberni, do Warszawy, Radomia, Lublina, Częstochowy. Żydzi mają prawo wybrać miejsce emigracji pod warunkiem, że wyjadą przed 15 sierpnia. Kto po tym dniu będzie jeszcze w Krakowie, zostanie wywieziony z małą ilością bagażu w takie miejsce, jakie będzie najbardziej odpowiadało władzom. Od 1 listopada, mówił Frank, Niemcy będą mogli w Krakowie oddychać „dobrym niemieckim powietrzem”, będą mogli chodzić po mieście, nie oglądając „oblezionych żydostwem ulic”.