Выбрать главу

W tym roku nie uda­ło się jed­nak Fran­ko­wi zre­du­ko­wać ży­dow­skiej po­pu­la­cji mia­sta do za­po­wia­da­ne­go po­zio­mu. Na­to­miast gdy ogło­szo­no jego de­kre­ty, wśród ży­dow­skiej lud­no­ści Kra­ko­wa, szcze­gól­nie wśród mło­dych, za­czął się pęd do zdo­by­wa­nia kwa­li­fi­ka­cji za­wo­do­wych. Lu­dzie w ro­dza­ju Iza­aka Ster­na, ofi­cjal­ni i nie­ofi­cjal­ni dzia­ła­cze Ju­den­ra­tu, zdą­ży­li już skom­ple­to­wać li­stę przy­chyl­nych Niem­ców, do któ­rych bę­dzie moż­na się od­wo­łać. Znaj­do­wał się na tej li­ście Schin­dler, a tak­że wie­deń­czyk Ju­lius Ma­dritsch, któ­re­mu nie­daw­no uda­ło się za­ła­twić zwol­nie­nie z We­hr­mach­tu i któ­ry te­raz ob­jął sta­no­wi­sko ko­mi­sa­rza Za­kła­dów Mun­du­ro­wych „Opti­ma”. Ma­dritsch nie był śle­py na ko­rzy­ści pły­ną­ce z kon­trak­tów In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia i za­mie­rzał wła­śnie otwo­rzyć wła­sną fa­bry­kę mun­du­rów w Pod­gó­rzu. W koń­cu zro­bi on for­tu­nę na­wet więk­szą niż Schin­dler, ale wte­dy jesz­cze, w tym oso­bli­wym roku 1940, pra­co­wał na cu­dzym. Po pro­stu wia­do­mo było, że jest ludz­ki, to wszyst­ko.

Do 1 li­sto­pa­da Frank zdo­łał usu­nąć z Kra­ko­wa dwa­dzie­ścia trzy ty­sią­ce ży­dow­skich ochot­ni­ków. Nie­któ­rzy z nich tra­fi­li do no­wych gett w War­sza­wie i Ło­dzi. Moż­na so­bie wy­obra­zić po­że­gna­nia na dwor­cu i smu­tek pu­stych miejsc przy sto­le – ale lu­dzie zno­si­li to z po­ko­rą. My­śle­li: Zro­bi­my to i da­dzą nam wresz­cie spo­kój. Oskar wi­dział, co się dzie­je, ale po­dob­nie jak Ży­dzi miał na­dzie­ję, że jest to tyl­ko chwi­lo­wy wy­skok.

Rok ten był praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej pra­co­wi­tym ro­kiem w ży­ciu Oska­ra. Ze sta­rej ma­nu­fak­tu­ry po­wsta­ło no­wo­cze­sne przed­się­bior­stwo, któ­re po­waż­nie będą trak­to­wać agen­cje rzą­do­we. Gdy spa­dły pierw­sze śnie­gi, Schin­dler nie bez iry­ta­cji za­uwa­żył, że każ­de­go dnia sześć­dzie­się­ciu, a na­wet wię­cej ży­dow­skich ro­bot­ni­ków nie sta­wia się do pra­cy. W dro­dze do za­kła­du za­trzy­my­wa­ło ich SS i za­trud­nia­ło przy od­śnie­ża­niu. Schin­dler od­wie­dził swe­go przy­ja­cie­la Tof­fla w kwa­te­rze SS na Po­mor­skiej, by się po­skar­żyć.

– Któ­re­goś dnia nie­obec­nych było stu dwu­dzie­stu pię­ciu pra­cow­ni­ków – za­wo­łał z obu­rze­niem.

– Mu­sisz zro­zu­mieć – zwie­rzał się Tof­fel – że nie­któ­rzy z tych fa­ce­tów mają gdzieś pro­duk­cję. Dla nich zmu­sza­nie Ży­dów do od­gar­nia­nia śnie­gu to kwe­stia na­ro­do­wej dumy. Ja sam tego nie ro­zu­miem… to ma dla nich ja­kieś ry­tu­al­ne zna­cze­nie, ci Ży­dzi od­gar­nia­ją­cy śnieg. I to nie tyl­ko to­bie tak ro­bią, wszyst­kim in­nym też.

Oskar spy­tał, czy wszy­scy inni też skła­da­li skar­gi. Tak, od­rzekł Tof­fel. Tyl­ko że gru­ba ryba z Biu­ra Bu­dże­to­wo-Kon­struk­cyj­ne­go SS przy­szła na obiad na Po­mor­ską i po­wie­dzia­ła, że prze­ko­na­nie, iż w go­spo­dar­ce Rze­szy jest miej­sce dla wy­kwa­li­fi­ko­wa­ne­go ro­bot­ni­ka ży­dow­skie­go, pach­nie zdra­dą.

– Oba­wiam się, Oskar, że bę­dziesz mu­siał po­go­dzić się z wie­lo­ma ak­cja­mi od­śnie­ża­nia.

Oskar przy­jął po­sta­wę obu­rzo­ne­go pa­trio­ty albo obu­rzo­ne­go spe­ku­lan­ta.

– Je­śli chce­my wy­grać tę woj­nę – po­wie­dział – bę­dzie­my mu­sie­li się po­zbyć ta­kich fa­ce­tów.

– Po­zbyć się ich? – zdzi­wił się Tof­fel. – Prze­cież ci dra­nie są na sa­mej gó­rze!

W wy­ni­ku ta­kich roz­mów Oskar stał się orę­dow­ni­kiem za­sa­dy, że wła­ści­ciel fa­bry­ki po­wi­nien mieć nie­skrę­po­wa­ny do­stęp do swo­ich wła­snych pra­cow­ni­ków, że ci pra­cow­ni­cy po­win­ni mieć do­stęp do za­kła­du, że nie po­win­no się ich za­trzy­my­wać i ty­ra­ni­zo­wać w dro­dze do czy z pra­cy. Dla Oska­ra był to ak­sjo­mat za­rów­no mo­ral­ny, jak i eko­no­micz­ny. W koń­cu doj­dzie do tego, że bę­dzie go re­ali­zo­wał w swej Deut­sche Ema­il­wa­ren Fa­brik w ca­łej peł­ni.

VII

Nie­któ­rzy lu­dzie z wiel­kich miast – z War­sza­wy i Ło­dzi z ich get­ta­mi oraz z Kra­ko­wa po­sia­da­ją­ce­go Fran­ka opę­ta­ne­go ma­nią ju­den­frei – wy­je­cha­li na wieś zgu­bić się wśród chło­pów. Bra­cia Ro­sne­ro­wie osie­dli­li się w sta­rej wsi Ty­niec po­ło­żo­nej w uro­czym za­ko­lu Wi­sły, wsi z wie­ko­wym, wzno­szą­cym się na wa­pien­nej ska­le be­ne­dyk­tyń­skim opac­twem. Ro­sne­rom miej­sce to wy­da­wa­ło się wy­jąt­ko­wo za­cisz­ne. Było tam kil­ku ży­dow­skich skle­pi­ka­rzy i or­to­dok­syj­nych rze­mieśl­ni­ków, z któ­ry­mi mu­zy­cy z noc­ne­go lo­ka­lu mie­li nie­wie­le wspól­nych te­ma­tów do roz­mo­wy. Na­to­miast miej­sco­wi chło­pi, za­pra­co­wa­ni przy żni­wach, byli z obec­no­ści Ro­sne­rów bar­dzo za­do­wo­le­ni.

Ro­sne­ro­wie przy­by­li do Tyń­ca nie z Kra­ko­wa, nie z tego punk­tu zbor­ne­go nie­da­le­ko ogro­du bo­ta­nicz­ne­go na Mo­gil­skiej, gdzie es­es­ma­ni wpy­cha­li lu­dzi na cię­ża­rów­ki, wy­krzy­ku­jąc szy­der­cze i kłam­li­we za­pew­nie­nia, że wszyst­kie do­kład­nie pod­pi­sa­ne ba­ga­że zo­sta­ną do­star­czo­ne póź­niej. Przy­je­cha­li tu z War­sza­wy, gdzie mie­li an­gaż w „Ba­zy­lisz­ku”. Wy­je­cha­li na dzień przed tym, jak Niem­cy za­mknę­li war­szaw­skie get­to. Hen­ryk, Le­opold oraz żona Hen­ry­ka Man­ci i pię­cio­let­ni syn Olek.

Po­mysł z Tyń­cem, nie­od­le­głym od ich ro­dzin­ne­go Kra­ko­wa, bar­dzo przy­padł Ro­sne­rom do gu­stu. W ra­zie po­pra­wy wa­run­ków będą mo­gli zła­pać au­to­bus do Kra­ko­wa i po­szu­kać tam pra­cy. Man­ci Ro­sner, Au­striacz­ka, przy­wio­zła z sobą ma­szy­nę do szy­cia i Ro­sne­ro­wie za­ło­ży­li w Tyń­cu mały warsz­tat kra­wiec­ki, a wie­czo­ra­mi gra­li w karcz­mach. Wkrót­ce zna­li ich już wszy­scy wo­ko­ło. Na wsi lubi się i wspie­ra nie­zwy­kłych lu­dzi, na­wet je­śli są oni Ży­da­mi. A poza tym skrzyp­ce są w Pol­sce łu­bia­ne jak ża­den inny in­stru­ment.

Pew­ne­go wie­czo­ra prze­jezd­ny volks­deutsch z Po­zna­nia usły­szał Ro­sne­rów gra­ją­cych koło jed­nej z kar­czem. Volks­deutsch był urzęd­ni­kiem miej­skim w Kra­ko­wie, jed­nym z tych Po­la­ków po­cho­dze­nia nie­miec­kie­go, w imię któ­rych Hi­tler w ogó­le za­jął Pol­skę. On to po­wie­dział Hen­ry­ko­wi, że bur­mistrz Kra­ko­wa, Obe­rsturm­ban­n­füh­rer Pa­vlu, wraz ze swo­im za­stęp­cą, słyn­nym nar­cia­rzem Sep­pem Rohr­lem, będą wi­zy­to­wać oko­li­ce Tyń­ca w żni­wa i on, ów volks­deutsch, chce, by wi­zy­tu­ją­cy usły­sze­li grę tak wspa­nia­łych wy­ko­naw­ców jak Ro­sne­ro­wie.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia, gdy zwią­za­ne snop­ki sta­ły w polu ci­che i za­po­mnia­ne jak w nie­dzie­lę, ko­lum­na li­mu­zyn prze­to­czy­ła się przez Ty­niec i pod­je­cha­ła pod dwo­rek, nie­gdyś wła­sność pol­skie­go ary­sto­kra­ty. Bra­cia Ro­sne­ro­wie cze­ka­li na we­ran­dzie, a gdy wszyst­kie pa­nie i wszy­scy pa­no­wie usie­dli w sa­lo­nie, gdzie w prze­szło­ści za­pew­ne od­by­wa­ły się bale, po­pro­szo­no ich, by za­czę­li grać. Hen­ryk i Le­opold od­czu­wa­li za­rów­no pod­nie­ce­nie, jak i strach z po­wo­du po­wa­gi, z jaką świ­ta obe­rsturm­ban­n­füh­re­ra Pa­vlu ocze­ki­wa­ła na ich grę. Ko­bie­ty mia­ły na so­bie bia­łe suk­nie i rę­ka­wicz­ki, ofi­ce­ro­wie peł­ne umun­du­ro­wa­nie, biu­ro­kra­ci sztyw­ne koł­nie­rzy­ki. Je­śli ktoś za­da­je so­bie tyle tru­du, ła­two go roz­cza­ro­wać. W przy­pad­ku Żyda na­wet spra­wie­nie re­żi­mo­wi kul­tu­ral­ne­go roz­cza­ro­wa­nia by­ło­by po­waż­nym prze­stęp­stwem.