Rodzina C., którą Stern znał od dzieciństwa, nie miała najlepszej reputacji. Typy może nie przestępcze, ale bezpardonowe w działaniu. Przy tym, co w tej sprawie istotne, znani z tego, że w razie wpadki sypali.
Stern wiedział, że Leon C. rzeczywiście miał siniaki. Obnosił się z nimi po ulicy i chętnie się na ich temat rozwodził. Pobicie przez SS rzeczywiście gdzieś miało miejsce, ale mogło mieć tuzin przyczyn. Stern nie tylko nie wierzył, aby Oskar mógł zwrócić się do SS o tego rodzaju przysługę, ale na dodatek miał wrażenie, że zajmowanie stanowiska wobec tego, co o tej sprawie mówiono, nie wiąże się z jego własnymi, szerszymi zamierzeniami. Wiązałoby się, gdyby Schindler zaczął być brutalny. Jeśli chodzi o Sterna, przypadkowe potknięcia się nie liczyły. Gdyby Oskar był bezgrzeszny, to nie miałby takiego mieszkania, jakie miał, a Ingrid nie czekałaby w sypialni.
Wreszcie należy jeszcze raz przypomnieć, że Oskar uratuje ich wszystkich – pana C. z żoną, pana H. i panią M., ich starą sekretarkę – i oni nigdy nie będą temu przeczyć, ale też zawsze będą obstawać przy swojej wersji historii z pobiciem.
Tego wieczora Izaak Stern przyniósł też wiadomość o wyroku na Marka Bibersteina. Dostał dwa lata na Montelupich. Marek był przewodniczącym Judenratu – oczywiście do momentu aresztowania. W innych miastach ludność żydowska już przeklinała Judenrat, bowiem jego główną funkcją stało się sporządzanie wykazów ludzi do robót przymusowych i do obozów. Administracja niemiecka uważała Judenraty za organy wprowadzające w życie jej wolę, ale w Krakowie Marek Biberstein i jego gabinet nadal sądzili, że są czymś w rodzaju buforu między biurami Franka, Wachtera, Pavlu i szefów policji Schernera i Czurdy z jednej strony, a żydowską ludnością miasta z drugiej. W niemieckiej gazecie „Krakauer Zeitung” z 13 marca 1940 roku niejaki dr Dietrich Redecker napisał, że podczas wizyty w biurze Judenratu uderzył go kontrast między znajdującymi się tam dywanami i pluszowymi krzesłami a nędzą i ubóstwem żydowskich mieszkań na Kazimierzu. Ale Żydzi – ci, którzy przetrwali – nie zapamiętali członków krakowskiego Judenratu z tamtego okresu jako ludzi izolujących się od ogółu. Spragnieni dopływu gotówki, powtórzyli oni jednak błąd, jaki wcześniej popełniły Judenraty Łodzi i Warszawy, które pozwoliły, by bogaci wykupywali się z list osób kierowanych na przymusowe roboty, tym samym skazując biednych na ciężką pracę za zupę i kromkę chleba. Mimo to jeszcze w 1940 roku Biberstein i jego rada cieszyli się szacunkiem krakowskich Żydów.
Początkowo Judenrat składał się z dwudziestu czterech członków, w większości intelektualistów. Każdego dnia w drodze na Zabłocie Oskar mijał w Podgórzu ich narożny biurowiec, w którym stłoczono różne sekretariaty. Jak w gabinecie rządowym, każdy członek rady zajmował się innym aspektem samorządu. Schenker troszczył się o podatki, Steinberg o budynki – praca niezwykłej wagi w społeczności, której członkowie co chwila zmieniali miejsce zamieszkania, raz ukrywając się na wsi, to znów, przybici ograniczonością chłopów, wracając do miasta. Leon Salpeter, aptekarz z zawodu, miał pieczę nad jedną z tek opieki społecznej. Podlegały mu sekretariaty do spraw żywności, cmentarzy, zdrowia, dokumentów podróży, spraw gospodarczych, służb administracyjnych, kultury, a nawet – przy zamkniętych szkołach – oświaty.
Biberstein i jego rada byli przekonani, że Żydzi wywiezieni z Krakowa trafią w gorsze miejsce, i zdecydowali się posłużyć prastarym chwytem: łapówką. Pustawy skarb Judenratu przeznaczył na ten cel dwieście tysięcy złotych. Biberstein i sekretarz ds. mieszkaniowych, Chaim Goldfluss, wyszukali pośrednika; był to volksdeutsch o nazwisku Reichert, człowiek mający kontakty w SS i na Wawelu. Zadaniem Reicherta było przekazanie pieniędzy szeregowi urzędników, począwszy od obersturmführera Seiberta, oficera łącznikowego między Judenratem a Generalną Gubernią. W zamian za pieniądze administracja, pomimo zarządzeń Franka, miała pozwolić dziesięciu tysiącom krakowskich Żydów pozostać w mieście. Lecz czy to Reichert, zatrzymawszy zbyt dużą część pieniędzy dla siebie, obraził urzędników składając zbyt skromną ofertę, czy panowie d uważali, że największa ambicja gubernatora Franka, by Kraków stał się judenfrei, czyniła branie łapówek zbyt niebezpiecznym – tego z przebiegu procesu sądowego nie można było wywnioskować. Biberstein dostał dwa lata na Montelupich, Goldfluss sześć miesięcy w Oświęcimiu. Sam Reichert zaś dostał osiem lat. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że będzie mu lżej niż dwóm pozostałym.
Herr Schindler pokręcił głową na pomysł lokowania dwustu tysięcy złotych w tak kruchej nadziei.
– Reichert to oszust – powiedział.
Zaledwie dziesięć minut wcześniej zastanawiali się, czy panowie C. są oszustami, i pozostawili tę kwestię otwartą. Ale co do Reicherta nie było wątpliwości.
– Mogłem im powiedzieć, że to oszust – powtarzał.
Stern filozoficznie zauważył, że czasami jest tak, iż oprócz oszustów nie ma już nikogo, z kim można by prowadzić interesy.
To stwierdzenie rozbawiło Schindlera. Roześmiał się szeroko, jak wieśniak odsłaniając zęby.
– Bardzo dziękuję, przyjacielu – rzekł Sternowi.
VIII
Święta Bożego Narodzenia nie były złe tego roku. A przecież czuło się jednak jakby smutek; śnieg niby znak zapytania leżał na Plantach vis-à-vis mieszkania Schindlera, na dachach pobliskiego Wawelu i pod starymi fasadami ulicy Kanoniczej – jak coś upozowanego, czujnego i wiecznego. Nikt już nie wierzył w szybkie zakończenie wojny: ani żołnierze niemieccy, ani Polacy, ani Żydzi po tej i po tamtej stronie rzeki.
Klonowskiej, swojej polskiej sekretarce, Schindler kupił na święta pudla, śmiesznego francuskiego pieska zdobytego przez Pfefferberga. Ingrid sprezentował biżuterię; również biżuterię wysłał łagodnej Emilii do Zwittau. O pudla nie było łatwo, zameldował mu Pfefferberg, lecz biżuteria nie stanowiła problemu. Z powodu trudnych czasów w obrocie znajdowało się dużo drogocennych kamieni.