Выбрать главу

Od 20 mar­ca za­trud­nie­ni u Oska­ra Ży­dzi mie­li nie otrzy­my­wać za­pła­ty i żyć wy­łącz­nie z przy­dzia­łów. Za­miast tego miał on wno­sić opła­tę w kwa­te­rze głów­nej SS w Kra­ko­wie. Za­rów­no Oskar, jak i Ma­dritsch nie czu­li się z tym do­brze, bo wie­dzie­li, że woj­na się kie­dyś skoń­czy i wła­ści­cie­li nie­wol­ni­ków, jak w Ame­ry­ce, spo­tka hań­ba. Na­leż­no­ści, ja­kie Oskar po­wi­nien wpła­cać po­li­cyj­nym sze­fom, były nor­mal­ny­mi opła­ta­mi Głów­ne­go Urzę­du Ad­mi­ni­stra­cji i Go­spo­dar­ki SS – wy­no­si­ły sie­dem i pół re­ich­smar­ki dzien­nie od ro­bot­ni­ka wy­kwa­li­fi­ko­wa­ne­go i pięć – od każ­de­go nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­ne­go i od ko­bie­ty. Staw­ki te były nie­co niż­sze niż na wol­nym ryn­ku pra­cy, ale w przy­pad­ku Oska­ra i Ju­liu­sa Ma­drit­scha świa­do­mość nie­mo­ral­no­ści ta­kiej sy­tu­acji była moc­niej­sza niż chęć zy­sku. Pie­nią­dze na wy­pła­ty wy­da­wa­ły się tego roku naj­mniej­szym zmar­twie­niem Oska­ra. Poza tym nie był on ni­g­dy ide­al­nym ka­pi­ta­li­stą. W mło­do­ści oj­ciec czę­sto oskar­żał go o lek­ko­myśl­ny sto­su­nek do pie­nię­dzy. Bę­dąc za­le­d­wie kie­row­ni­kiem dzia­łu sprze­da­ży, utrzy­my­wał dwa sa­mo­cho­dy, bo miał na­dzie­ję, że oj­ciec do­wie się o tym i bę­dzie wstrzą­śnię­ty. Te­raz, w Kra­ko­wie, mógł po­zwo­lić so­bie na utrzy­ma­nie peł­ne­go ga­ra­żu: bel­gij­skiej „Mi­ner­wy”, „May­ba­cha”, ka­brio­le­tu „Ad­ler”, BMW…

Być roz­rzut­nym, a mimo to za­moż­niej­szym niż ostroż­ny oj­ciec – to był je­den z tych suk­ce­sów, o któ­rych Oskar ma­rzył naj­bar­dziej. W cza­sach pro­spe­ri­ty kosz­ty siły ro­bo­czej nie mają du­że­go zna­cze­nia. Po­dob­nie było z Ma­drit­schem. Jego fa­bry­ka mun­du­rów znaj­do­wa­ła się po za­chod­niej stro­nie get­ta, ja­kiś ki­lo­metr od za­kła­dów Oska­ra. In­te­re­sy szły mu tak do­brze, że sta­rał się o otwar­cie po­dob­nej fa­bry­ki w Tar­no­wie. Ma­dritsch rów­nież był ulu­bień­cem In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia, a jego kre­dyt stał tak wy­so­ko, że otrzy­mał po­życz­kę od Ban­ku Emi­syj­ne­go w wy­so­ko­ści mi­lio­na zło­tych.

Nie­za­leż­nie od skru­pu­łów ci dwaj przed­się­bior­cy nie od­czu­wa­li mo­ral­ne­go na­ka­zu, aby nie przyj­mo­wać do pra­cy ko­lej­nych Ży­dów. By­ło­by to wy­ra­zem pryn­cy­pial­no­ści – a oni byli prag­ma­ty­ka­mi, pryn­cy­pial­ność nie była w ich sty­lu. W każ­dym ra­zie Iza­ak Stern, a tak­że Ro­man Gin­ter, przed­się­bior­ca i przed­sta­wi­ciel Biu­ra Po­mo­cy przy Ju­den­ra­cie, od­wie­dzi­li i Oska­ra, i Ju­liu­sa, bła­ga­jąc ich o za­trud­nie­nie więk­szej licz­by Ży­dów, tylu ilu się da. Ce­lem tych za­bie­gów było za­pew­nie­nie get­tu go­spo­dar­czej trwa­ło­ści. Uwa­ża­no wte­dy – a przy­naj­mniej Stern i Gin­ter tak wte­dy uwa­ża­li – że Żyd, któ­ry przed­sta­wia sobą war­tość go­spo­dar­czą w świe­żo upie­czo­nym im­pe­rium, łak­ną­cym wy­kwa­li­fi­ko­wa­nej siły ro­bo­czej, jest bez­piecz­ny. Za­rów­no Oskar, jak i Ma­dritsch wy­ra­zi­li zgo­dę.

Przez dwa ty­go­dnie miesz­czań­skie ro­dzi­ny cią­gnę­ły swo­je tacz­ki przez Ka­zi­mierz i most na Wi­śle do Pod­gó­rza, a ich służ­ba, Po­la­cy, to­wa­rzy­szy­ła im, po­ma­ga­jąc pchać. Na dnie wóz­ków, pod ma­te­ra­ca­mi, czaj­ni­ka­mi i ron­dla­mi, znaj­do­wa­ły się po­zo­sta­łe jesz­cze brosz­ki i fu­tra. Po­la­cy, tłum­nie zgro­ma­dze­ni na Stra­do­miu i Sta­ro­wiśl­nej, szy­dzi­li z idą­cych i ob­rzu­ca­li ich bło­tem. „Ży­dzi od­cho­dzą, Ży­dzi od­cho­dzą! Że­gnaj­cie, Ży­dzi”.

Za mo­stem no­wych miesz­kań­ców get­ta wi­ta­ła ozdob­na drew­nia­na bra­ma. Zwień­czo­na bia­ły­mi pół­ko­li­sty­mi blan­ka­mi, któ­re nada­wa­ły jej ara­be­sko­wy wy­gląd, po­sia­da­ła dwa łuki dla tram­wa­jów ja­dą­cych do Kra­ko­wa i z po­wro­tem, a obok sta­ła bia­ła bud­ka straż­ni­ka. Po­wy­żej łu­ków wid­niał uspo­ka­ja­ją­cy, he­braj­ski na­pis: ŻY­DOW­SKIE MIA­STO. Wzdłuż gra­ni­cy get­ta, od stro­ny Wi­sły, cią­gnę­ło się wy­so­kie ogro­dze­nie z dru­tu kol­cza­ste­go, a otwar­te prze­strze­nie za­mknię­to za­okrą­glo­ny­mi u góry, be­to­no­wy­mi pły­ta­mi trzy­me­tro­wej wy­so­ko­ści, któ­re przy­po­mi­na­ły rzę­dy bez­i­mien­nych na­grob­ków.

Przy bra­mie na pcha­ją­ce­go wó­zek Żyda cze­kał przed­sta­wi­ciel urzę­du miesz­ka­nio­we­go Ju­den­ra­tu. Je­śli się mia­ło żonę i dużo dzie­ci, moż­na było do­stać dwa po­ko­je i moż­li­wość ko­rzy­sta­nia z kuch­ni. Nie­mniej jed­nak po wy­god­nym ży­ciu lat dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych trud­no było przy­zwy­cza­ić się do wspól­ne­go ży­cia z ro­dzi­na­mi o in­nym ry­tu­ale i zwy­cza­jach, o in­nej, rzad­ko kie­dy przy­jem­nej woni. Mat­ki krzy­cza­ły, a oj­co­wie mó­wi­li, że mo­gło być go­rzej, wcią­ga­li gło­śno po­wie­trze i po­trzą­sa­li gło­wa­mi. Stło­cze­ni w jed­nym po­ko­ju or­to­dok­si do­zna­wa­li uczu­cia obrzy­dze­nia na wi­dok li­be­ra­łów.

20 mar­ca ruch ustał. Wszy­scy, któ­rzy po­zo­sta­li na ze­wnątrz, byli prze­gra­ni i na­ra­że­ni na ry­zy­ko. We­wnątrz, na ra­zie, moż­na było żyć.

Dwu­dzie­sto­trzy­let­nią Edy­tę Lieb­gold za­kwa­te­ro­wa­no we wspól­nym po­ko­ju z mat­ką i dziec­kiem. Ka­pi­tu­la­cja Kra­ko­wa przed osiem­na­sto­ma mie­sią­ca­mi wpra­wi­ła jej męża w na­strój bli­ski de­spe­ra­cji. Opu­ścił on dom, jak­by chciał się ro­zej­rzeć w moż­li­wo­ściach. Miał ja­kieś po­my­sły zwią­za­ne z la­sa­mi, ze zna­le­zie­niem bez­piecz­ne­go schro­nie­nia. Nie wró­cił już.

Ze swo­je­go okna, przez za­po­rę z dru­tów kol­cza­stych, Edy­ta mo­gła zo­ba­czyć Wi­słę, ale jej dro­ga do in­nych czę­ści get­ta, szcze­gól­nie do szpi­ta­la na Wę­gier­skiej, wio­dła przez plac Zgo­dy, je­dy­ny plac get­ta. W tym miej­scu, już na dru­gi dzień po za­mknię­ciu get­ta, o dwa­dzie­ścia se­kund omi­nę­ło ją za­bra­nie na cię­ża­rów­kę SS i za­wie­zie­nie do roz­ła­dun­ku wę­gla czy od­gar­nia­nia śnie­gu w mie­ście. Nie cho­dzi­ło tyl­ko o to, że od­dzia­ły ro­bo­cze wra­ca­ły w uszczu­plo­nej licz­bie. Bar­dziej niż śmierć prze­ra­ża­ło Edy­tę to, że ją za­bio­rą na cię­ża­rów­kę. A prze­cież jesz­cze przed chwi­lą my­śla­ła, że idzie tyl­ko do ap­te­ki Pan­kie­wi­cza, a dziec­ko trze­ba na­kar­mić za dwa­dzie­ścia mi­nut.