Dlatego poszła ze znajomymi do Żydowskiego Urzędu Zatrudnienia. Gdyby dostała pracę na zmiany, w nocy dzieckiem mogłaby się zająć jej matka.
Podczas tych pierwszych dni urząd był oblegany. Judenrat miał już swoją policję: Ordnungsdienst (OD) rozrosła się i utrzymywała porządek w getcie. Kolejki przed urzędem pilnował chłopak w czapce i z opaską na ręku.
Grupa, w której znajdowała się Edyta Liebgold, właśnie przekroczyła próg, czyniąc przy tym ze znudzenia sporo hałasu, gdy podszedł do niej niski mężczyzna w średnim wieku, ubrany w garnitur i krawat. Zwabiło go zapewne ich ożywienie. Z początku wydawało się, że wybrał Edytę.
– Posłuchajcie – odezwał się. – Po co czekać? Na Zabłociu jest pewna fabryka emalii.
Odczekał chwilę, by informacja wywołała właściwy efekt. Zabłocie leżało poza gettem, w ten sposób mówił im, że jest to miejsce gdzie można handlować z Polakami, którzy tam pracują. Potrzebował dziesięciu zdrowych kobiet na nocną zmianę.
Dziewczęta skrzywiły się, tak jakby mogły sobie pozwolić na wybór pracy, jakby mogły mu odmówić. Praca nie jest ciężka, ciągnął. Przyuczenie na miejscu. Podał swoje nazwisko: Abraham Bankier. Jest kierownikiem. Właściciel to oczywiście Niemiec. Co za Niemiec? Bankier uśmiechnął się szeroko, jakby nagle chciał spełnić wszystkie ich nadzieje. Niezły, odrzekł.
Wieczorem tego samego dnia Edyta Liebgold wraz z pozostałymi pracownicami nocnej zmiany pomaszerowała przez getto w stronę Zabłocia pod strażą żydowskiego odemana, policjanta służby porządkowej getta. Idąc w kolumnie, rozpytywała się o tę Deutsche Emailwaren Fabrik. Dają dobrą, gęstą zupę, powiedziano jej. Czy biją? – pytała dalej. – Nie, tam nie. Tam nie jest tak, jak u Beckmanna w fabryce żyletek; bardziej jak u Madritscha. Madritsch jest w porządku, i Schindler też.
Przy wejściu do fabryki Bankier wywołał nowo przyjęte i zaprowadził je na górę. Idąc wzdłuż pustych biurek, doszli pod drzwi z napisem „Herr Direktor”. Głęboki głos z wewnątrz kazał im wejść. Zastały Herr Direktora siedzącego na rogu biurka, palącego papierosa. Jego włosy w kolorze ciemnoblond wyglądały na świeżo wyszczotkowane. Miał na sobie dwurzędowy garnitur i jedwabny krawat. Wyglądał jak ktoś, kto miał właśnie wyjść na kolację, ale poczekał specjalnie po to, by z nimi pomówić. Był wielki i młody. Od takiego ideału hitlerowca Edyta spodziewała się wykładu o wysiłku wojennym i normach produkcyjnych.
– Chciałem was powitać – powiedział po polsku. – Jesteście cząstką ekspansji tego zakładu.
Odwrócił głowę; może nawet pomyślał: „Nie mów im tego, one nie mają udziałów w tej fabryce”.
Następnie, bez mrugnięcia okiem, bez wprowadzenia, bez niepewnego wzruszenia ramion dodał:
– Będziecie tu bezpieczne. Jeśli będziecie pracować, przeżyjecie wojnę.
Potem się pożegnał, razem z nimi wyszedł z gabinetu, pozwalając, by Bankier wstrzymał je na chwilę u szczytu schodów, tak aby Herr Direktor mógł zejść pierwszy i zasiąść za kierownicą samochodu.
Obietnica wprawiła je w oszołomienie. Była to obietnica boska. Jak człowiek mógł coś takiego przyrzec? Lecz Edyta Liebgold uwierzyła natychmiast. I to nie dlatego, że chciała uwierzyć, nie dlatego, że była to uspokajająca, nierozważna zachęta. Uwierzyła, bo gdy Herr Schindler składał obietnicę, nie pozostawało nic innego, jak tylko uwierzyć.
Nowe pracownice Deutsche Emailwaren Fabrik uczyły się zawodu w stanie przyjemnego oszołomienia. Tak jakby stara, zwariowana Cyganka, nie mając nic do zyskania, przepowiedziała im, że wyjdą za mąż za księcia. Obietnica nieodwracalnie zmieniła stosunek Edyty do przyszłości. Gdyby ktoś chciał ją kiedyś zastrzelić, ona by po prostu stała i protestowała: „Ależ Herr Direktor powiedział, że to niemożliwe!”
Praca nie wymagała wysiłku umysłowego. Edyta nosiła do pieca zanurzone uprzednio w emalii garnki, które wisiały na hakach u długiej tyczki. I cały czas rozważała obietnicę Herr Schindlera. Tylko szaleńcy wypowiadają tak bezwarunkowe obietnice bez mrugnięcia okiem. Ale on nie był szaleńcem. Był przecież przemysłowcem, który szedł na kolację. Zatem on na pewno wie. Ale to oznacza jakąś wiedzę tajemną, bliski kontakt z Bogiem czy szatanem, wgląd w naturę rzeczy. A przy tym jego aparycja – ręka ze złotym sygnetem – nie była ręką wizjonera. To ręka, która może sięgać po wino, ręka, w której można odczuć ukrytą pieszczotę. Wróciła więc do myśli o jego szaleństwie, do uczucia upojenia, do mistycznych wyjaśnień, do sposobu, dzięki któremu Herr Schindler zaraził ją pewnością.
Podobne ścieżki rozumowania przejdą w tym roku i w następnych latach wszyscy ci, którym Oskar złożył swoje nierozważne obietnice. Niektórzy dojdą do nigdy głośno nie wypowiedzianego wniosku. Jeśli ten człowiek się myli, jeśli lekkomyślnie używa swego daru przekonywania, to nie ma Boga, nie ma ludzkości, chleba, pomocy. Są tylko szanse, i to niewielkie.
IX
Na wiosnę Schindler zostawił fabrykę, wsiadł do BMW i pojechał na zachód, przez granicę, przez budzące się do życia lasy – do Zwittau. Chciał się zobaczyć z Emilią, z ciotkami i z siostrą. Wszystkie one były jego sprzymierzeńcami przeciwko ojcu, wszystkie były strażniczkami płomyka męczeństwa jego matki. Jeśli istniało jakieś podobieństwo między losem nieżyjącej już matki a losem jego żony, to Oskar Schindler – w płaszczu z futrzanymi wyłogami, w skórkowych rękawiczkach trzymających zrobioną na zamówienie kierownicę, sięgający po kolejnego tureckiego papierosa na prostych odcinkach szosy w Jesionikach – podobieństwa tego nie dostrzegał. Dziecko nie musi dostrzegać takich rzeczy. Jego ojciec był bogiem, podlegał więc surowszym prawom.
Lubił odwiedzać ciotki. Ten ich podziw na widok jego garnituru… Młodsza siostra wyszła za urzędnika kolejowego i mieszkała w przyjemnym mieszkaniu, przydzielonym im przez władze kolejowe. Jej mąż liczył się w Zwittau, miasto było bowiem węzłem kolejowym i posiadało duży dworzec towarowy. Oskar najpierw wypił z siostrą i szwagrem herbatę, potem kilka sznapsów. W pokoju panowała czuła atmosfera wzajemnego podziwu – dzieciom Schindlerów wiodło się nie najgorzej.