Выбрать главу

To oczy­wi­ście sio­stra Oska­ra opie­ko­wa­ła się Frau Schin­dler pod­czas jej ostat­niej cho­ro­by, a te­raz po kry­jo­mu od­wie­dza­ła ojca. Nie mo­gła zro­bić nic wię­cej, jak tyl­ko na­po­mknąć o po­jed­na­niu. Spró­bo­wa­ła tego przy her­ba­cie, ale od­po­wie­dzią były nie­chęt­ne po­mru­ki.

Obiad zjadł Oskar z Emi­lią. Bar­dzo się cie­szy­ła z jego obec­no­ści w domu na świę­ta. Będą mo­gli wziąć udział w ce­re­mo­niach wiel­ka­noc­nych ra­zem, jak sta­ro­świec­kie mał­żeń­stwo. Wła­śnie: ce­re­mo­nie… Ce­re­mo­nial­nie bo­wiem nad­ska­ki­wa­li so­bie przez cały wie­czór, usłu­gu­jąc na­wza­jem przy sto­le jak uprzej­mi, ale obcy lu­dzie. Lecz w ser­cu i w my­ślach za­rów­no Oskar, jak i Emi­lia dzi­wi­li się tej nie­zwy­kłej nie­wy­dol­no­ści ich mał­żeń­stwa, temu, że on po­tra­fił za­ofia­ro­wać ob­cym lu­dziom, pra­cow­ni­kom swo­jej fa­bry­ki, wię­cej niż jej.

W po­wie­trzu wi­sia­ło py­ta­nie, czy Emi­lia ma po­je­chać z nim do Kra­ko­wa, czy zo­stać w Zwit­tau. Gdy­by zre­zy­gno­wa­ła z miesz­ka­nia w Zwit­tau i od­da­la je lo­ka­to­rom, wte­dy mu­sia­ła­by już po­zo­stać w Kra­ko­wie na sta­le. Uwa­ża­ła za swój obo­wią­zek być z Oska­rem – w ję­zy­ku ka­to­lic­kiej teo­lo­gii mo­ral­nej jego od­da­le­nie od żony sta­no­wi­ło „przy­bli­że­nie oka­zji do grze­chu”. Lecz ży­cie z nim w ob­cym mie­ście by­ło­by zno­śne tyl­ko wte­dy, gdy­by Oskar był ostroż­ny, uważ­ny i wraż­li­wy na jej od­czu­cia. Pro­blem z Oska­rem po­le­gał na tym, że nie moż­na było mieć pew­no­ści, iż za­cho­wa swo­je po­tknię­cia dla sie­bie. Bez­tro­ski, na wpół za­wia­ny, lek­ko uśmiech­nię­ty, uwa­żał chy­ba, że je­śli jemu się po­do­ba ja­kaś dziew­czy­na, to wszyst­kim in­nym też musi się po­do­bać.

Nie roz­wią­za­na kwe­stia jej wy­jaz­du do Kra­ko­wa tak im cią­ży­ła, że po skoń­czo­nym obie­dzie Oskar prze­pro­sił żonę i po­szedł do ka­wiar­ni w ryn­ku. Lo­kal był uczęsz­cza­ny przez in­ży­nie­rów gór­ni­ków, drob­nych przed­się­bior­ców, cza­sem ja­kie­goś han­dlow­ca, te­raz w mun­du­rze ofi­ce­ra. Oskar z za­do­wo­le­niem spo­strzegł tam kil­ku swo­ich zna­jo­mych z cza­sów mo­to­cy­klo­wych. Więk­szość z nich była w mun­du­rach We­hr­mach­tu. Po­sta­wił im ko­niak. Nie­któ­rzy wy­ra­ża­li zdzi­wie­nie, że taki ka­wał chło­pa nie jest w woj­sku.

– Prio­ry­te­to­wy prze­mysł – od­burk­nął.

Wspo­mi­na­li swo­je mo­to­cy­klo­we przy­go­dy. Mó­wi­li na przy­kład o mo­to­rze, któ­ry Oskar sa­mo­dziel­nie po­skła­dał, gdy był jesz­cze w szko­le śred­niej. A ra­czej o efek­tach aku­stycz­nych tej ma­szy­ny. O efek­tach aku­stycz­nych wiel­kie­go „Gal­lo­ni” 500. Ha­łas w ka­wiar­ni rósł, za­ma­wia­no na­stęp­ne lamp­ki ko­nia­ku. Z osob­nej sali ja­dal­nej wy­szli ko­le­dzy szkol­ni – mie­li ta­kie miny, jak­by roz­po­zna­li za­po­mnia­ne­go ka­wa­la­rza, któ­rym zresz­tą Oskar istot­nie był.

Po chwi­li je­den z nich spo­waż­niał.

– Oskar, po­słu­chaj. Twój oj­ciec je obiad w dru­giej sali. Zu­peł­nie sam.

Oskar wpa­try­wał się w swój ko­niak. Twarz mu pło­nę­ła – ale tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Po­wi­nie­neś z nim po­roz­ma­wiać – ktoś po­wie­dział. – To cień czło­wie­ka. Bied­ny sta­ry.

Oskar po­wie­dział, że po­wi­nien już iść. Pod­niósł się, ale ręce ko­le­gów spo­czę­ły na jego ra­mio­nach, po­wstrzy­mu­jąc go.

– On wie, że tu je­steś – usły­szał.

Dwóch po­szło już do sta­re­go Han­sa Schin­dle­ra, sie­dzą­ce­go nad reszt­ka­mi obia­du. Oskar ogar­nię­ty pa­ni­ką wstał i szu­kał po kie­sze­niach nu­mer­ka z szat­ni. Na­gle z są­sied­niej sali, ze zbo­la­łym wy­ra­zem twa­rzy, wy­ło­nił się Hans Schin­dler, de­li­kat­nie po­py­cha­ny przez dwóch mło­dych męż­czyzn. Na ten wi­dok Oskar znie­ru­cho­miał. Choć za­wsze był wo­bec ojca har­dy, to jed­nak ile­kroć wy­obra­żał so­bie, że je­śli doj­dzie mię­dzy nimi do po­jed­na­nia, on sam bę­dzie tym, któ­ry pierw­szy wy­cią­gnie rękę. Sta­ru­szek był taki dum­ny. I oto te­raz po­zwa­la się po­py­chać ku swe­mu sy­no­wi.

Gdy ich tak po­py­cha­no ku so­bie, pierw­szym ge­stem star­sze­go pana był prze­pra­sza­ją­cy pół­u­śmiech i unie­sie­nie brwi. Ten do­brze zna­ny gest cał­ko­wi­cie roz­bro­ił Oska­ra. „Nic na to nie mo­głem po­ra­dzić”, zda­wał się mó­wić Hans. „Mał­żeń­stwo i w ogó­le wszyst­ko, two­ja mat­ka i ja, wszyst­ko po­szło, jak samo chcia­ło”. Wy­ra­żo­na ge­stem myśl mo­gła być cał­kiem zwy­czaj­na, ale Oskar wi­dział już tego wie­czo­ra taki wy­raz na czy­jejś twa­rzy. Tak, to była jego wła­sna twarz. Stał przed lu­strem w hal­lu miesz­ka­nia Emi­lii i wkła­dał płaszcz. „Mał­żeń­stwo i wszyst­ko, wszyst­ko idzie, jak samo chce”. Zro­bił tę minę sam do sie­bie, a te­raz, trzy ko­nia­ki póź­niej, taką samą minę zro­bił do nie­go oj­ciec.

– Jak się masz, Oskar – ode­zwał się Hans Schin­dler.

Sło­wom to­wa­rzy­szył świsz­czą­cy przy­dźwięk. Stan zdro­wia ojca po­gor­szył się.

Tak więc Oskar uznał, że na­wet Herr Schin­dler jest czło­wie­kiem, cze­go nie mógł prze­łknąć jesz­cze przy her­ba­cie u sio­stry, i uści­skał sta­rusz­ka, ca­łu­jąc go trzy­krot­nie w po­licz­ki, czu­jąc na twa­rzy ukłu­cie jego za­ro­stu. Roz­pła­kał się, a kor­pus ofi­ce­rów, in­ży­nie­rów i by­łych mo­to­cy­kli­stów aplau­zem przy­jął tę bu­du­ją­cą sce­nę.

X

Urzęd­ni­cy Ju­den­ra­tu, pod nową pre­ze­su­rą Ar­tu­ra Ro­sen­zwe­iga, któ­rzy na­dal wi­dzie­li sie­bie jako straż­ni­ków ży­cia, zdro­wia i kart­ko­wych przy­dzia­łów chle­ba in­ter­no­wa­nych w get­cie lu­dzi, spra­wi­li, że po­li­cja get­ta – OD – uwie­rzy­ła, że rów­nież i ona peł­ni służ­bę pu­blicz­ną. Zwy­kle re­kru­to­wa­no do niej mło­dych lu­dzi, wy­kształ­co­nych i o mięk­kim ser­cu. Wpraw­dzie w kwa­te­rze SS uwa­ża­no OD po pro­stu za po­moc­ni­czą, go­to­wą do speł­nia­nia wszyst­kich roz­ka­zów po­li­cję, ale w le­cie 1941 roku więk­szość ode­ma­nów mia­ła o so­bie inne wy­obra­że­nie.

Nie moż­na za­prze­czyć, że w mia­rę upły­wu cza­su ode­man w get­cie sta­wał się fi­gu­rą co­raz bar­dziej po­dej­rza­ną, naj­praw­do­po­dob­niej ko­la­bo­ran­tem. Nie­któ­rzy ode­ma­ni prze­ka­zy­wa­li in­for­ma­cje pod­zie­miu na­ru­sza­jąc sys­tem, ale praw­do­po­dob­nie więk­szość w co­raz więk­szym stop­niu uza­leż­nia­ła eg­zy­sten­cję swo­ją i swo­ich ro­dzin od współ­pra­cy z SS. Uczci­we­go OD mo­gła spro­wa­dzić na złą dro­gę, ale dla oszu­sta była szan­są.

Jed­nak w cią­gu pierw­szych mie­się­cy swe­go ist­nie­nia OD wy­da­wa­ła się in­sty­tu­cją nie­szko­dli­wą. Le­opold Pfef­fer­berg może słu­żyć za przy­kład dwu­znacz­no­ści, z jaką była zwią­za­na służ­ba w OD. Kie­dy wszyst­kie szko­ły dla Ży­dów, na­wet te zor­ga­ni­zo­wa­ne przez Ju­den­rat, zo­sta­ły w grud­niu 1940 zli­kwi­do­wa­ne, Po­ld­ko­wi za­pro­po­no­wa­no pra­cę przy pil­no­wa­niu ko­le­jek i pro­wa­dze­niu ter­mi­na­rza spo­tkań w urzę­dzie miesz­ka­nio­wym Ju­den­ra­tu. Było to za­ję­cie na pół eta­tu, ale da­wa­ło mu pa­pier, dzię­ki któ­re­mu mógł z pew­ną swo­bo­dą po­ru­szać się po Kra­ko­wie. OD zo­sta­ła utwo­rzo­na w mar­cu 1941 rze­ko­mo w celu chro­nie­nia Ży­dów spro­wa­dza­ją­cych się do pod­gór­skie­go get­ta z in­nych czę­ści mia­sta. Po­ldek przy­jął ofer­tę i wło­żył na gło­wę czap­kę ode­ma­na. Są­dził, że ro­zu­mie za­da­nia tej służ­by: ma ona nie tyl­ko za­pew­nić roz­sąd­ne za­cho­wa­nie lu­dzi w ob­rę­bie mu­rów, ale tak­że osią­gnąć taki sto­pień po­słu­szeń­stwa, któ­ry w hi­sto­rii eu­ro­pej­skich Ży­dów spra­wiał, że prze­śla­dow­cy szyb­ciej od­cho­dzi­li, że za­czy­na­li pa­trzeć przez pal­ce i że tam gdzie nie pa­trzy­li, ży­cie zno­wu sta­wa­ło się moż­li­we.