Выбрать главу

Po­ldek Pfef­fer­berg chciał się te­raz wy­co­fać ze służ­by. Krą­ży­ła po­gło­ska, że ge­sta­po na­ło­ży na wszyst­kich ode­ma­nów obo­wią­zek zło­że­nia przy­się­gi Füh­re­ro­wi, po któ­rej nie by­ło­by żad­ne­go uspra­wie­dli­wie­nia dla nie­po­słu­szeń­stwa. Po­ldek nie chciał być ko­le­gą po fa­chu Spi­ry, Spit­za, Zel­lin­ge­ra i po­dob­nych spo­rzą­dza­czy wy­ka­zów. Po­szedł do szpi­ta­la na rogu Wę­gier­skiej po­mó­wić z urzę­do­wym le­ka­rzem Ju­den­ra­tu, ła­god­nym czło­wie­kiem o nie­co wy­sta­ją­cych zę­bach, Alek­san­drem Bi­ber­ste­inem, któ­re­go brat, Ma­rek, pierw­szy prze­wod­ni­czą­cy rady, na­dal od­sia­dy­wał w po­nu­rym wię­zie­niu na Mon­te­lu­pich swój wy­rok za nad­uży­cia fi­nan­so­we i usi­ło­wa­nie prze­kup­stwa.

Pfef­fer­berg bła­gał Bi­ber­ste­ina o za­świad­cze­nie le­kar­skie, któ­re by mu umoż­li­wi­ło opusz­cze­nie OD. We­dług Bi­ber­ste­ina spra­wa nie była ła­twa. Pfef­fer­berg na­wet nie wy­glą­dał na cho­re­go. Nie mógł­by udać, że ma nad­ci­śnie­nie. Dok­tor Bi­ber­ste­in na­uczył go sy­mu­lo­wać ob­ja­wy scho­rze­nia krę­go­słu­pa. Pfef­fer­berg za­czął sta­wiać się na służ­bę moc­no po­chy­lo­ny, pod­pie­ra­jąc się la­ską.

Spi­ra był wście­kły. Gdy Pfef­fer­berg po raz pierw­szy po­pro­sił go o zwol­nie­nie z OD, szef od­rzekł – ni­czym do­wód­ca stra­ży pa­ła­co­wej – że może odejść tyl­ko na tar­czy. Spi­ra i jego in­fan­tyl­ni ko­le­dzy gra­li w get­cie rolę eli­tar­nej gwar­dii. Byli tu Le­gią Cu­dzo­ziem­ską, pre­to­ria­na­mi.

– Po­śle­my cię do le­ka­rza ge­sta­po – krzy­czał Spi­ra.

Bi­ber­ste­in, któ­ry wi­dział, jak bar­dzo mło­dy Pfef­fer­berg wsty­dzi się swo­jej służ­by w OD, wy­szko­lił go do­brze. Po­ldek prze­szedł ba­da­nie przez le­ka­rza ge­sta­po i zo­stał zwol­nio­ny z OD z po­wo­dów zdro­wot­nych – jako cier­pią­cy na scho­rze­nie, któ­re może ogra­ni­czyć jego spraw­ność w ak­cji tłu­mie­nia za­mie­szek. Że­gna­jąc się z funk­cjo­na­riu­szem Pfef­fer­ber­giem, Spi­ra wy­ra­ził po­gar­dę i wro­gość.

Na­stęp­ne­go dnia Niem­cy na­pa­dły na Ro­sję. Oskar usły­szał wia­do­mość nie­le­gal­nie – przez BBC – i zdał so­bie spra­wę, że Ma­da­ga­skar jest już nie­ak­tu­al­ny. Lata upły­ną, za­nim znaj­dą się stat­ki na ten cel. Wy­czuł też, że wy­da­rze­nie to zmie­ni­ło głów­ny kie­ru­nek pla­nów SS, bo­wiem te­raz eko­no­mi­ści, in­ży­nie­ro­wie, pla­ni­ści od prze­śla­do­wań i po­li­cjan­ci wszyst­kich for­ma­cji przy­go­to­wa­li się psy­chicz­nie na dłu­gą woj­nę i przy­bra­li po­sta­wę za­kła­da­ją­cą sys­te­ma­tycz­ne dą­że­nie do ra­so­wo nie­ska­zi­tel­ne­go im­pe­rium.

XI

Przy jed­nej z prze­cznic Li­po­wej, ty­łem do „Ema­lii” Schin­dle­ra, sta­ła Nie­miec­ka Fa­bry­ka Opa­ko­wań. Za­wsze ru­chli­wy i szu­ka­ją­cy to­wa­rzy­stwa Oskar za­cho­dził tam cza­sem po­ga­wę­dzić z ko­mi­sa­rzem, Ern­stem Kuhn­pa­stem, lub z by­łym wła­ści­cie­lem i nie­ofi­cjal­nym kie­row­ni­kiem, Szy­mo­nem Je­re­them. Fa­bry­ka Opa­ko­wań Je­re­tha zo­sta­ła Nie­miec­ką Fa­bry­ką Opa­ko­wań dwa lata wcze­śniej we­dług zna­ne­go sche­ma­tu, bez od­szko­do­wa­nia, bez żad­nych pod­pi­sa­nych przez wła­ści­cie­la do­ku­men­tów.

Je­reth nie czuł się już zbyt do­tknię­ty tą nie­spra­wie­dli­wo­ścią. To samo przy­da­rzy­ło się więk­szo­ści lu­dzi, któ­rych znał. Przej­mo­wał się na­to­miast get­tem. Kłót­nie w kuch­ni, bez­li­to­sna wspól­no­ta ży­cia, odór ciał, wszy prze­ska­ku­ją­ce na twój gar­ni­tur z wy­tłusz­czo­nej kurt­ki czło­wie­ka, o któ­re­go ocie­rasz się na scho­dach. Zwie­rzył się Oska­ro­wi, że jego żona jest bar­dzo przy­bi­ta. Za­wsze była przy­zwy­cza­jo­na do ład­nych rze­czy; po­cho­dzi­ła z do­brej ro­dzi­ny z Kle­pa­rza.

– I po­my­śleć – mó­wił do Oska­ra – że z tych wszyst­kich de­sek mógł­bym so­bie tu­taj wy­bu­do­wać do­mek.

Wska­zał na ka­wał bez­u­ży­tecz­ne­go te­re­nu z tyłu za swo­im za­kła­dem. Ro­bot­ni­cy gra­li tam w pił­kę; miej­sca było dość. Więk­szość tej zie­mi na­le­ża­ła do fa­bry­ki Oska­ra, resz­ta do pol­skie­go mał­żeń­stwa Biel­skich. Lecz o tym Oskar nie wspo­mniał bied­ne­mu Je­re­tho­wi, ani też nie przy­znał się, że on też za­sta­na­wia się nad wy­ko­rzy­sta­niem pu­ste­go miej­sca. Bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ła Oska­ra po­śred­nia ofer­ta sprze­da­ży drew­na.

– Czy moż­na za­ła­twić aż tyle de­sek?

– Wie pan – od­rzekł Je­reth – to tyl­ko kwe­stia od­po­wied­nie­go pa­pier­ka.

Sta­li ra­zem w oknie ga­bi­ne­tu Je­re­tha, za­sta­na­wia­jąc się nad nie­użyt­kiem. Z warsz­ta­tów do­cho­dził dźwięk ude­rzeń mło­ta i nie­ustan­ny zgrzyt pił.

– Za nic nie chciał­bym stra­cić kon­tak­tu z tym miej­scem – mó­wił Je­reth. – Nie chciał­bym ugrzę­znąć w ja­kimś obo­zie pra­cy i za­sta­na­wiać się, co ci głup­cy tu wy­pra­wia­ją. Pan oczy­wi­ście mnie ro­zu­mie, Herr Schin­dler?

Czło­wiek taki jak Je­reth nie ocze­ki­wał wy­ba­wie­nia. Zda­wa­ło się, że woj­ska nie­miec­kie od­no­szą nie­koń­czą­ce się suk­ce­sy w Ro­sji. Na­wet BBC nie bar­dzo mo­gła uwie­rzyć, że woj­ska te same pcha­ją się w pasz­czę lwa. Za­mó­wie­nia z In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia na po­ło­wę na­czy­nia ku­chen­ne nie­prze­rwa­nie na­pły­wa­ły na biur­ko Oska­ra; to­wa­rzy­szy­ły im po­zdro­wie­nia od ge­ne­ra­ła Ju­liu­sa Schin­dle­ra, do­pi­sa­ne u dołu li­stów po­twier­dza­ją­cych, i naj­lep­sze ży­cze­nia prze­ka­zy­wa­ne te­le­fo­nicz­nie od róż­nych młod­szych ofi­ce­rów. Z jed­nej stro­ny Oskar przyj­mo­wał za­mó­wie­nia i gra­tu­la­cje, a z dru­giej cie­szył się z dość lek­ko­myśl­nie pi­sa­nych li­stów od ojca, któ­re za­czę­ły nad­cho­dzić po ich po­jed­na­niu. To dłu­go nie po­trwa, twier­dził Schin­dler se­nior, Hi­tler nie utrzy­ma się. Ame­ry­ka w koń­cu się do nie­go do­bie­rze. A Ro­sja­nie? Mój Boże, czy ktoś za­dał so­bie trud, żeby po­wie­dzieć dyk­ta­to­ro­wi, ilu jest tych bez­boż­nych bar­ba­rzyń­ców? Czy­ta­jąc te li­sty, Oskar uśmie­chał się. Zu­peł­nie się nie przej­mo­wał sprzecz­no­ścią mię­dzy za­do­wo­le­niem han­dlow­ca z kon­trak­tów In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia i bar­dziej oso­bi­stą ra­do­ścią z wy­wro­to­wych li­stów ojca. Wy­sy­łał Han­so­wi cze­ki na ty­siąc ma­rek mie­sięcz­nie, w do­wód sy­now­skiej mi­ło­ści i po­par­cia dla jego wy­wro­to­wych idei, jak rów­nież dla sa­mej przy­jem­no­ści by­cia hoj­nym.

Rok mi­jał szyb­ko i, jak do­tąd, bez­bo­le­śnie. Był wy­peł­nio­ny pra­cą, przy­ję­cia­mi w „Cra­co­vii”, pi­jac­ki­mi se­sja­mi w klu­bie jaz­zo­wym, wi­zy­ta­mi u pięk­nej Klo­now­skiej. Aż się zdzi­wił, kie­dy za­uwa­żył, że li­ście już opa­da­ją. Wra­że­nie ucie­ka­ją­ce­go cza­su do­dat­ko­wo po­głę­bia­ło póź­ne lato, a te­raz wcze­śniej­sze niż zwy­kle je­sien­ne desz­cze. Nie­re­gu­lar­ność pór roku, sprzy­ja­ją­cą So­wie­tom, już nie­dłu­go od­czu­ją wszy­scy Eu­ro­pej­czy­cy. Ale dla Oska­ra Schin­dle­ra po­go­da na­dal była po pro­stu po­go­dą.