Выбрать главу

A po­tem, pod ko­niec 1941 roku, Oskar zna­lazł się w aresz­cie. Pew­nie za­de­nun­cjo­wał go ja­kiś Po­lak z dzia­łu wy­sył­ki albo nie­miec­ki tech­nik z hali amu­ni­cyj­nej; po­szedł na Po­mor­ską i do­niósł. Pew­ne­go ran­ka na Li­po­wą pod­je­cha­ło dwóch ge­sta­pow­ców w cy­wi­lu i za­blo­ko­wa­ło swo­im mer­ce­de­sem bra­mę, jak­by chcie­li wstrzy­mać całą dzia­łal­ność „Ema­lii”. We­szli na górę i po­ka­za­li Oska­ro­wi na­kaz upo­waż­nia­ją­cy ich do za­bra­nia wszyst­kich ksiąg han­dlo­wych. Chy­ba jed­nak nie zna­li się na eko­no­mi­ce.

– Ja­kie księ­gi chce­cie? – spy­tał Schin­dler.

– Ka­so­we – po­wie­dział je­den.

– Głów­ne – do­dał dru­gi.

At­mos­fe­ra była dość swo­bod­na: ge­sta­pow­cy, w ocze­ki­wa­niu na po­wrót Oska­ra z księ­ga­mi, ga­wę­dzi­li z Klo­now­ską. A kie­dy wró­cił, dali mu tro­chę cza­su na za­no­to­wa­nie kil­ku na­zwisk, rze­ko­mo kon­tra­hen­tów, z któ­ry­mi był umó­wio­ny i z któ­ry­mi mu­siał te­raz od­wo­łać spo­tka­nie. Klo­now­ska jed­nak zo­rien­to­wa­ła się, że jest to li­sta osób, z któ­ry­mi trze­ba się skon­tak­to­wać, by za­ła­twić zwol­nie­nie Oska­ra za kau­cją.

Pierw­szy na li­ście był Obe­rfüh­rer Ju­lian Szer­ner, dru­gi Mar­tin Pla­the z wro­cław­skiej Abweh­ry. Bę­dzie mię­dzy­mia­sto­wa. Trze­cie na­zwi­sko na­le­ża­ło do ko­mi­sa­rza za­kła­dów Ost­fa­se­ra, za­pi­ja­czo­ne­go we­te­ra­na woj­sko­we­go, Fran­za Bo­scha, w któ­re­go Oskar nie­le­gal­nie za­in­we­sto­wał spo­rą ilość na­czyń ku­chen­nych. Po­chy­lił się te­raz nad ra­mie­niem Klo­now­skiej, nad jej zło­ci­stym ko­kiem, i wska­zu­jąc pal­cem zwró­cił uwa­gę na na­zwi­sko Bo­scha. Bosch to czło­wiek wpły­wo­wy: zna wszyst­kich wyż­szych urzęd­ni­ków, któ­rzy mają po­wią­za­nia z kra­kow­skim czar­nym ryn­kiem, i jest ich do­rad­cą w tej dzie­dzi­nie. A Oskar wie­dział, że aresz­to­wa­nie ma zwią­zek z czar­nym ryn­kiem; ry­zy­ko dzia­łal­no­ści czar­no­ryn­ko­wej po­le­ga na tym, że za­wsze moż­na zna­leźć prze­kup­nych urzęd­ni­ków, lecz ni­g­dy nie da się prze­wi­dzieć za­zdro­ści któ­re­goś z wła­snych pra­cow­ni­ków.

Czwar­ty na li­ście był Nie­miec, pre­zes Fer­rum AG z So­snow­ca, fir­my, w któ­rej Herr Schin­dler ku­po­wał stal. Te na­zwi­ska pod­trzy­my­wa­ły Oska­ra na du­chu, gdy ge­sta­pow­ski mer­ce­des wiózł go na Po­mor­ską, oko­ło ki­lo­me­tra na za­chód od cen­trum. Były gwa­ran­cją, że nie znik­nie bez śla­du w mro­kach sys­te­mu. Nie był za­tem tak bez­bron­ny jak ty­sią­ce miesz­kań­ców get­ta, któ­rych za­bie­ra­no we­dług wy­ka­zów Sym­che Spi­ry i w roz­gwież­dżo­ną noc gru­dnio­wą pro­wa­dzo­no do by­dlę­cych wa­go­nów na sta­cji Pro­ko­cim. Oskar znał parę gru­bych ryb.

Gmach kra­kow­skie­go SS był wiel­ki, no­wo­cze­sny, po­waż­ny, choć nie tak zło­wiesz­czy jak wię­zie­nie na Mon­te­lu­pich. Ale na­wet je­śli ktoś nie wie­rzył w po­gło­ski o sto­so­wa­nych tu tor­tu­rach, to mu­siał, wcho­dząc, po­czuć się nie­swo­jo z po­wo­du sa­mej wiel­ko­ści bu­dyn­ku, kaf­kow­skich ko­ry­ta­rzy, drę­twej groź­by nazw i na­pi­sów umiesz­czo­nych na drzwiach. Moż­na tu było zna­leźć Głów­ną Kan­ce­la­rię SS, sie­dzi­by Po­li­cji Po­rząd­ko­wej, Kri­po, Sipo i Ge­sta­po, Dział Go­spo­dar­czo-Ad­mi­ni­stra­cyj­ny SS, Per­so­nal­ny, Spraw Ży­dow­skich, Rasy i Prze­sie­dleń, Sąd SS, Ope­ra­cyj­ny, Służ­bo­wy SS, Ko­mi­sa­riat Rze­szy ds. Umac­nia­nia Ger­ma­ni­zmu, Biu­ro So­cjal­ne dla Et­nicz­nych Niem­ców.

Gdzieś we­wnątrz tego ula ge­sta­po­wiec w śred­nim wie­ku, spra­wia­ją­cy wra­że­nie oso­by zna­ją­cej się na księ­go­wo­ści le­piej niż po­li­cjan­ci, któ­rzy do­ko­na­li aresz­to­wa­nia, za­czął prze­słu­chi­wać Oska­ra. Za­cho­wy­wał się tro­chę jak cel­nik, któ­ry od­krył, że pa­sa­żer po­dej­rza­ny o szmu­giel wa­lu­ty w rze­czy­wi­sto­ści prze­my­ca kwiat­ki dla ciot­ki. Po­wie­dział Oska­ro­wi, że wszyst­kie przed­się­bior­stwa za­an­ga­żo­wa­ne w pro­duk­cję wo­jen­ną są pod ści­słym nad­zo­rem. Oskar nie wie­rzył w to, ale mil­czał.

– Chy­ba pan ro­zu­mie, Herr Schin­dler – mó­wił ge­sta­po­wiec – że fir­my pro­du­ku­ją­ce na po­trze­by woj­ny mają mo­ral­ny obo­wią­zek prze­ka­zy­wać całą swo­ją pro­duk­cję na ten cel. Ina­czej mó­wiąc, nie po­win­ny pod­ko­py­wać go­spo­dar­ki Ge­ne­ral­nej Gu­ber­ni nie­zgod­ny­mi z pra­wem trans­ak­cja­mi.

Oskar od­po­wie­dział – tym swo­im dud­nią­cym gło­sem, któ­ry rów­no­cze­śnie mógł za­wie­rać groź­bę i jo­wial­ność:

– Czy su­ge­ru­je pan, Herr Wacht­me­ister, że są do­nie­sie­nia, iż moja fa­bry­ka nie wy­ko­nu­je norm?

– Żyje się panu nie naj­go­rzej – po­wie­dział ge­sta­po­wiec z to­le­ran­cyj­nym uśmie­chem, któ­ry miał ozna­czać, że tak po­win­no być, że wiel­cy prze­my­słow­cy mają pra­wo do za­moż­no­ści. – A każ­dy, komu żyje się do­brze – kon­ty­nu­ował – no… mu­si­my się upew­nić, że swą sto­pę ży­cio­wą za­wdzię­cza w ca­ło­ści le­gal­nym kon­trak­tom.

Oskar uśmiech­nął się sze­ro­ko do funk­cjo­na­riu­sza.

– Ten, kto wam po­dał moje na­zwi­sko, to głu­piec i mar­no­tra­wi wasz czas.

– Kto jest kie­row­ni­kiem Deut­sche Ema­il­wa­ren Fa­brik? – prze­słu­chu­ją­cy zi­gno­ro­wał tę wy­po­wiedź.

– Abra­ham Ban­kier.

– Żyd?

– Oczy­wi­ście. Fir­ma na­le­ża­ła po­przed­nio do jego krew­nych.

– Wpi­sy w księ­gach mogą wy­star­czyć. Lecz gdy­by­śmy po­trze­bo­wa­li wię­cej in­for­ma­cji, to Herr Ban­kier za­pew­ne bę­dzie mógł ich do­star­czyć?

– Czy to zna­czy, że chce­cie mnie tu za­trzy­mać? – za­py­tał Oskar i ro­ze­śmiał się. – Coś panu po­wiem. Kie­dy bę­dzie­my z obe­rfüh­re­rem Scher­ne­rem śmiać się z tej ca­łej hi­sto­rii przy kie­lisz­ku, po­wiem mu, że trak­to­wał mnie pan z naj­wyż­szą uprzej­mo­ścią.

Ci dwaj, któ­rzy do­ko­na­li aresz­to­wa­nia, za­pro­wa­dzi­li go po­tem na dru­gie pię­tro i prze­szu­ka­li. Po­zwo­lo­no mu za­trzy­mać pa­pie­ro­sy i sto zło­tych na drob­ne wy­dat­ki. Po­tem za­mknę­li go w po­ko­ju, jed­nym z naj­lep­szych, ja­kie mie­li, tak w każ­dym ra­zie przy­pusz­czał Oskar. Był wy­po­sa­żo­ny w umy­wal­kę i to­a­le­tę, a w za­kra­to­wa­nych oknach wi­sia­ły za­ku­rzo­ne fi­ran­ki. W ta­kim po­ko­ju trzy­ma się prze­słu­chi­wa­nych dy­gni­ta­rzy. Gdy dy­gni­ta­rza zwal­nia­no, nie mógł się na ta­kie po­miesz­cze­nie po­skar­żyć, choć nie miał też po­wo­du się nim za­chwy­cać. Ale kie­dy oka­zy­wa­ło się, że jest zdraj­cą, wy­wro­tow­cem czy prze­stęp­cą go­spo­dar­czym, to pew­nie czuł się tak, jak­by w pod­ło­dze tego po­ko­ju otwo­rzy­ła się za­pad­nia: na­tych­miast prze­no­szo­no go do pod­zie­mi, gdzie sie­dział nie­ru­cho­mo w jed­nym z bok­sów, zwa­nych tram­wa­jem, i krwa­wiąc ocze­ki­wał prze­wie­zie­nia na Mon­te­lu­pich, gdzie wie­sza­ją lu­dzi w ce­lach. Oskar przy­glą­dał się drzwiom. Kto­kol­wiek mi to za­ła­twił, obie­cy­wał so­bie, to ja mu od­wdzię­czę się wy­jaz­dem do Ro­sji.