Nie umiał czekać. Po godzinie zastukał w drzwi. Otworzył je żołnierz w mundurze SS. Oskar wręczył mu pięćdziesiąt złotych i kazał sobie kupić butelkę wódki. Suma była oczywiście trzykrotnie większa niż cena butelki, ale Oskar stosował takie metody. Jeszcze tego samego dnia, dzięki Klonowskiej i Ingrid, przyszła paczka z przyborami toaletowymi, książkami i piżamą. Przyniesiono mu doskonały posiłek z połową butelki węgierskiego wina; nikt mu nie przeszkadzał i nie zadał ani jednego pytania. Przypuszczał, że księgowy gestapo nadal ślęczy nad księgami „Emalii”. Przydałoby mu się radio, żeby wysłuchać wiadomości BBC z Rosji, Dalekiego Wschodu i od niedawna walczących Stanów Zjednoczonych. Miał wrażenie, że gdyby poprosił strażników o radio, też by mu przynieśli.
Miał nadzieję, że gestapo nie wkroczyło do jego mieszkania na Straszewskiego, by oszacować wartość wyposażenia i biżuterii Ingrid. Przed zaśnięciem popadł w stan niecierpliwego oczekiwania na kolejne spotkanie ze śledczymi.
Rano przyniesiono mu dobre śniadanie – śledź, ser, jajka, bułki, kawa – i nadal nikt mu się nie naprzykrzał. Później zaś przyszedł ten sam rewident księgowy, trzymając w ręku obie księgi „Emalii”.
Pozdrowił go uprzejmie i spytał, czy wygodnie spędził noc. Nie było czasu na dokładniejszą kontrolę dokumentów, ale uznano, że człowieka, który cieszy się tak dobrą opinią u tylu wysoko postawionych osób, nie trzeba na razie zbyt dokładnie kontrolować. Esesman powiedział, że otrzymali kilka telefonów. Dziękując mu, Oskar był przekonany, że uniewinnienie jest tylko tymczasowe. Otrzymał z powrotem swoje księgi, a w pokoju przyjęć zwrócono mu wszystkie pozostałe pieniądze.
Na dole czekała na niego promiennie uśmiechnięta Klonowska. To dzięki jej zabiegom Oskar, w dwurzędowym garniturze, opuszczał ten dom śmierci nawet nie draśnięty. Poprowadziła go do „Adlera”, który pozwolono jej zaparkować na dziedzińcu. Na tylnym siedzeniu rozpierał się jej śmieszny pudel.
XII
Ta dziewczynka przybyła do Dresnerów późnym popołudniem. Wróciła do Krakowa po pobycie na wsi, gdzie opiekowało się nią pewne polskie małżeństwo. Małżeństwu temu udało się przekonać granatową policję, by ich wpuściła do getta w interesach, przy czym udawali, że dziewczynka jest ich dzieckiem.
Byli to przyzwoici ludzie, którzy wstydzili się, że ze wsi przywożą tę dziewczynkę do Krakowa, do getta. Bardzo się do niej przywiązali, ale nie mogli już dłużej trzymać żydowskiego dziecka. Władze lokalne, nie mówiąc już o SS, wyznaczały nagrody w wysokości pięciuset, a nawet więcej złotych, za każdego wydanego Żyda. Chodziło o sąsiadów: sąsiadom nie można było wierzyć. A w razie donosu nie tylko dziecko miałoby kłopoty, ale i cała rodzina. Mój Boże, w niektórych okolicach chłopi polowali na Żydów z kosami i sierpami.
Dziewczynka nie była chyba zbyt przybita ubóstwem, jakie zastała w getcie. Siedziała przy małym stoliku wśród rozwieszonych wilgotnych ubrań i grymasząc jadła piętkę chleba otrzymaną od Dresnerowej. Przyjmowała obojętnie wszelkie czułe słowa padające z ust kobiety, która dzieliła z Dresnerami kuchnię. Dresnerowa zauważyła, jak dziwnie ostrożne były wszystkie odpowiedzi dziecka. Jak wszystkie trzylatki, mała miała swoje próżnostki i swój zdecydowanie ulubiony kolor: czerwień. Była teraz ubrana w czerwoną czapeczkę, czerwony płaszczyk, czerwone buciki. Chłopska rodzina rozpieszczała ją.
Dresnerowa nawiązała rozmowę, mówiąc o prawdziwych rodzicach małej. Także i oni mieszkali, a właściwie ukrywali się, na wsi. Ale, mówiła Dresnerowa, i oni przyjadą wkrótce do Krakowa. Dziewczynka skinęła głową, ale to chyba nie wstydliwość zamknęła jej usta.
Wcześniej, w styczniu, jej rodzice znaleźli się na liście sporządzonej przez Symche Spirę. Gdy prowadzono ich na stację w Prokocimiu, stojący na chodnikach Polacy szydzili z nich. „Żegnajcie, Żydzi!” – wołali. Oni zaś, rodzice dziewczynki, wyskoczyli z kolumny, przeszli przez ulicę, jakby byli Polakami, którzy przyszli obejrzeć deportację wrogów społecznych, następnie wmieszali się w tłum, sami trochę pokrzyczeli, a potem odeszli, opuszczając Kraków i udając się na wieś.
Ale i tam nie czuli się już bezpieczni – zamierzali w lecie przekraść się z powrotem do Krakowa. Matka Czerwonej Czapeczki, jak nazwali ją synowie Dresnerów, którzy wrócili do domu z pracy w oddziałach roboczych, była kuzynką Dresnerowej.
Wkrótce przyszła z pracy córka Dresnerów, Danka, sprzątaczka i służąca w bazie Luftwaffe. Nie miała jeszcze czternastu lat, ale była tak wysoka, że dostała kenkartę umożliwiającą jej zatrudnienie poza gettem.
Zachwycała się dzieckiem, które zachowywało rezerwę:
– Geniu, znam twoją mamę, Ewę. Chodziłyśmy razem oglądać sukienki i kupowała mi ciastka w cukierni na Brackiej.
Mała siedziała na swoim miejscu, nie uśmiechała się, patrzyła przed siebie.
– Proszę pani, mojej mamie na imię Joasia, nie Ewa.
I dalej wyliczała imiona ze swej fikcyjnej polskiej genealogii, której nauczyli ją rodzice i chłopscy opiekunowie, na wypadek gdyby granatowa policja albo SS kiedykolwiek ją wypytywało. Wszyscy Dresnerowie spojrzeli po sobie marszcząc brwi; tego rodzaju spryt stanowczo nie pasował do trzyletniego dziecka. Uznali więc, że jest odpychający – ale nie zamierzali z nim walczyć, bowiem mógł się okazać niezbędny, i to może już niedługo.
Wieczorem, w porze kolacji, przyszedł Idek Schindel, wujek dziewczynki, młody lekarz ze szpitala na Węgierskiej. Był to akurat taki zabawny, przekorny i uczuciowy wujek, jakiego potrzebowała. Na jego widok Genia stała się znów dzieckiem; zeszła z krzesła i podbiegła do niego. Jeśli on tu był i nazywał tych ludzi kuzynami, to rzeczywiście nimi byli. Teraz można już przyznać, że mama ma na imię Ewa, a dziadkowie wcale nie nazywali się Ludwik i Zofia.