Potem zjawił się Juda Dresner, zaopatrzeniowiec z zakładów Boscha, i cała rodzina była już w komplecie.
Dwudziestego ósmego kwietnia wypadały urodziny Oskara. W roku 1942 obchodził je jak dziecko wiosny: hucznie i rozrzutnie. Atmosfera w „Emalii” była odświętna. Herr Direktor przywiózł biały chleb (wtedy wielka rzadkość) i zarządził, by bez względu na koszty rozdano go z południową zupą. Wesoły nastrój udzielił się całemu biuru i warsztatom. Przemysłowiec Oskar Schindler świętował swoje życiowe sukcesy.
Te jego trzydzieste czwarte urodziny zaczęły się w „Emalii” wcześnie – Schindler zasygnalizował je wchodząc do biura z trzema butelkami koniaku pod pachą, żeby poczęstować inżynierów, księgowych i kreślarzy. Urzędnikom w rachubie i personalnym wpychał garściami papierosy; potem rozdawanie prezentów przeniosło się także na hale fabryczne. Z cukierni przyniesiono tort, który Oskar sam pokroił na biurku Klonowskiej. Do biura zaczęły się schodzić delegacje robotników, Żydów i Polaków, a rozpromieniony Herr Direktor serdecznie wycałował dziewczynę o nazwisku Kucharska, której ojciec przed wojną zasiadał w Sejmie. Potem przyszły Żydówki, były uściski dłoni mężczyzn. Jakimś cudem zjawił się też Stern, który pracował w zakładach „Postęp”. Oficjalnie uścisnął dłoń Oskara, ale chwilę potem znalazł się już w jego niedźwiedzich objęciach.
Po południu ktoś – może ten sam malkontent, co poprzednio – zadzwonił na Pomorską i powiedział o niestosownym ze względów rasowych zachowaniu Oskara. Może jego księgi nie boją się rewizji, lecz nie można zaprzeczyć, że to żydofil.
Aresztowanie przebiegło w sposób bardziej profesjonalny niż za pierwszym razem. 29 kwietnia rano mercedes zablokował bramę fabryki i dwóch gestapowców, jakby bardziej pewnych siebie niż poprzednio, podeszło do Oskara, gdy ten przechodził przez plac. Powiedzieli mu, że jest oskarżony o naruszenie przepisów Aktu Rasowego i Przesiedleńczego, i zażądali, aby poszedł z nimi.
– Nie, nie ma potrzeby, żeby szedł pan najpierw do gabinetu.
– Macie nakaz? – zapytał.
– Nie jest nam potrzebny – odparli.
Roześmiał się im w twarz.
– Panowie wiecie zapewne – powiedział – że jeśli zabierzecie mnie bez nakazu, źle się to dla was skończy.
Powiedział to lekko, ale zauważył, że determinacja esesmanów okrzepła od czasu zeszłorocznego, operetkowego zatrzymania. Tamtym razem tematem konwersacji na Pomorskiej były przepisy gospodarcze i to, czy zostały one naruszone. Teraz miał do czynienia z czymś bardziej groteskowym, z prawem dolnej partii jelit, z dekretem ciemnej strony mózgu. Poważna sprawa.
– Cóż, zaryzykujemy – odrzekł jeden z nich.
Starał się oszacować ich pewność siebie, niebezpieczną obojętność wobec niego, człowieka ze znajomościami, od niedawna trzydziestoczteroletniego.
– W taki wiosenny ranek – powiedział – mogę poświęcić trochę czasu na przejażdżkę.
Pocieszał się, że znów przydzielą mu jedną z tych wytwornych cel na Pomorskiej. Ale gdy skręcili w Kolejową, wiedział już, że tym razem jedzie nie na Pomorską, tylko na Montelupich.
– Chciałbym pomówić z adwokatem – oświadczył.
– We właściwym czasie – brzmiała odpowiedź.
Oskar miał dość wiarygodną informację od jednego z kolegów od kieliszka, że Instytut Anatomii Uniwersytetu Jagiellońskiego otrzymuje ciała z Montelupich.
Z tylnego siedzenia gestapowskiego mercedesa widać było długie mury więzienia i złowróżbną jednakowość okien trzeciego i czwartego piętra. Przejechali przez bramę, potem pod arkadami. Siedzący w biurowym pokoju urzędnik SS mówił szeptem, jakby podniesiony głos mógł wywołać ogłuszające echo w wąskich korytarzach. Oskarowi zabrano pieniądze, ale obiecano mu, że będzie dostawał na każdy dzień pobytu w więzieniu pięćdziesiąt złotych. Nie, jeszcze nie czas na adwokata, usłyszał od funkcjonariuszy, którzy go aresztowali.
Kiedy szedł korytarzem, pod strażą, nasłuchiwał, czy nie usłyszy krzyków, które mogłyby w tej grobowej ciszy przedostać się przez judasze w drzwiach cel.
Zaprowadzono go piętro niżej, w klaustrofobiczny tunel biegnący wzdłuż zamkniętych cel, z których jedna miała otwarte okienko. Siedziało w niej kilku więźniów w koszulach, każdy w osobnym boksie, odwróceni plecami, tak że nie było widać twarzy. U jednego z nich Oskar zauważył naderwane ucho. Ktoś inny pociągał nosem, jakby nie mógł go wyczyścić. Klonowska, Klonowska, czy już dzwonisz, kochanie?
Otworzyli jego celę; wszedł. Obawiał się nieco, że będzie zatłoczona, lecz okazało się, że był tam tylko jeden więzień, żołnierz w płaszczu. Głowę wtulił w podniesiony kołnierz. Siedział na jednym z dwóch drewnianych łóżek z siennikiem. Umywalki oczywiście nie było. Wiadro na wodę i wiadro na odchody. Wojskowy, Standartenführer SS, był nie ogolony, miał pod płaszczem nieświeżą, rozpiętą koszulę, na nogach zabłocone buty.
– Witam pana – powiedział oficer z krzywym uśmiechem, wyciągając do Oskara rękę.
Był przystojnym mężczyzną, o kilka lat starszym od Oskara. Pewnie podstawiony. Tylko dlaczego ma na sobie mundur, i do tego tak wysokiej rangi?
Oskar spojrzał na zegarek, usiadł, wstał, popatrzył w wysokie okno. Przenikało przez nie trochę światła z dziedzińca, ale nie było to okno, na którym można by się oprzeć i uwolnić od obecności tych dwóch łóżek, od siedzenia z łokciami na kolanach naprzeciw kogoś obcego.
W końcu zaczęli rozmawiać. Oskar był bardzo ostrożny, lecz Standartenführer gadał jak najęty. Na imię miał Filip. Nazwiska nie powiedział, bo uważał, że to nie po dżentelmeńsku podawać nazwisko w więzieniu. Poza tym teraz ludzie zwracają się do siebie po imieniu. Gdybyśmy wcześniej poprzestań na używaniu imion, bylibyśmy teraz szczęśliwszą rasą.
Oskar wysnuł wniosek, że jeżeli nie jest podstawiony, to pewnie przeżył jakieś załamanie, jakiś spowodowany wojną wstrząs psychiczny. Potem dowiedział się, że Filip brał udział w kampanii w południowej Rosji, a jego batalion trzymał się pod Nowogrodem całą zimę. Potem dostał urlop, żeby mógł odwiedzić swoją dziewczynę, Polkę z Krakowa. Mówił, że „zatracili się w sobie zupełnie”. Aresztowano go w jej mieszkaniu w trzy dni po upływie urlopu.