Выбрать главу

– Chy­ba po­sta­no­wi­łem nie przej­mo­wać się zbyt­nio da­ta­mi – mó­wił Fi­lip – kie­dy zo­ba­czy­łem, jak ci dra­nie – mach­nął ręką w górę, w stro­nę gdzie prze­by­wa­li pla­ni­ści z SS, księ­go­wi, biu­ro­kra­ci – kie­dy zo­ba­czy­łem, jak oni żyją. Nie cho­dzi o to, że nie chcia­łem wra­cać. Po pro­stu uwa­ża­łem, że na­le­ży mi się tro­chę swo­bo­dy.

Oskar spy­tał, czy wo­lał­by być na Po­mor­skiej.

– Nie, wolę tu. Po­mor­ska wy­glą­da jak ho­tel. Ale mają tam, dra­nie, celę śmier­ci, peł­ną błysz­czą­cych, chro­mo­wa­nych krat. A co pan zro­bił, Herr Oskar?

– Po­ca­ło­wa­łem Ży­dów­kę. Moją pra­cow­ni­cę. Tak twier­dzą.

Fi­lip gwizd­nął.

– Ooo! I co, od­padł panu ku­tas?

Przez całe po­po­łu­dnie Stan­dar­ten­füh­rer Fi­lip nie szczę­dził złych słów SS. Zło­dzie­je i zbo­czeń­cy, tak ich na­zy­wał. Mó­wił, że to nie do wia­ry, jaką for­sę nie­któ­rzy z nich ro­bią. A za­czy­na­li jak nie­wi­niąt­ka. Strze­la­ją do Po­la­ków za szmu­glo­wa­nie ki­lo­gra­ma bocz­ku, a sami żyją jak ja­cyś cho­ler­ni han­ze­atyc­cy ba­ro­no­wie.

Oskar za­cho­wy­wał się tak, jak­by to wszyst­ko było dla nie­go no­wi­ną, jak gdy­by ła­pow­nic­two wśród wo­dzów Rze­szy było bo­le­snym cio­sem w jego han­dlo­wą nie­win­ność, w pro­win­cjo­nal­ną, su­dec­ką na­iw­ność, któ­ra spo­wo­do­wa­ła, że się za­po­mniał i uści­snął Ży­dów­kę. Wresz­cie Fi­lip, zmę­czo­ny swym obu­rze­niem, za­padł w drzem­kę.

Oskar chciał się na­pić. Odro­bi­na al­ko­ho­lu skró­ci­ła­by czas ocze­ki­wa­nia, zro­bi­ła­by ze stan­dar­ten­füh­re­ra lep­sze­go kom­pa­na, je­śli nie był on wtycz­ką, lub spo­wo­do­wa­ła­by po­tknię­cie, je­śli nią był. Oskar wy­jął bank­not dzie­się­cio­zło­to­wy i na­pi­sał na nim sze­reg na­zwisk i nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych, wię­cej niż po­przed­nio, cały tu­zin. Wy­jął jesz­cze czte­ry bank­no­ty, zmiął je w pal­cach, pod­szedł do drzwi i za­stu­kał w ju­da­sza. Po­ka­zał się pod­ofi­cer SS – na Oska­ra pa­trzy­ła po­waż­na, nie­mło­da twarz. Nie wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­ry by za­drę­czał Po­la­ków na śmierć albo miaż­dżył kop­nia­kiem ner­ki; inna spra­wa, że był to je­den z ele­men­tów tor­tu­ry: nie ocze­ki­wa­ło się jej od lu­dzi o wy­glą­dzie wuj­ka ze wsi.

– Czy da­ło­by się za­ła­twić pięć bu­te­lek wód­ki? – spy­tał Oskar.

– Pięć bu­te­lek? – po­wtó­rzył pod­ofi­cer ta­kim gło­sem, jak­by miał przed sobą mło­de­go, nie­do­świad­czo­ne­go pi­jacz­ka, któ­ry nie zna mia­ry. Za­my­ślił się, jak­by roz­wa­żał moż­li­wość do­nie­sie­nia na Oska­ra prze­ło­żo­nym.

– Chcie­li­by­śmy z puł­kow­ni­kiem do­stać po bu­tel­ce na gło­wę dla po­bu­dze­nia roz­mo­wy. A pan i pań­scy ko­le­dzy wy­pij­cie, pro­szę, resz­tę za moje zdro­wie. Są­dzę też, że czło­wiek o pań­skiej wła­dzy może od­być parę zwy­kłych roz­mów te­le­fo­nicz­nych w imie­niu więź­nia. Tu są nu­me­ry… tak, na bank­no­tach. Nie musi pan sam dzwo­nić wszę­dzie. Wy­star­czy prze­ka­zać je mo­jej se­kre­tar­ce, do­brze? Tak, ona jest pierw­sza na li­ście.

– To bar­dzo wpły­wo­wi lu­dzie – wy­szep­tał es­es­man.

– Ale z pana głu­piec – po­wie­dział do Oska­ra Fi­lip. – Za­strze­lą pana za pró­bę prze­ku­pie­nia straż­ni­ków.

Oska­ro­wi zrze­dła mina, choć uda­wał nie­fra­so­bli­we­go.

– To jest tak samo głu­pie jak ca­ło­wa­nie Ży­dów­ki – do­dał Fi­lip.

– Zo­ba­czy­my – po­wie­dział Oskar. Ale w głę­bi du­szy był prze­ra­żo­ny.

W koń­cu pod­ofi­cer wró­cił i przy­niósł wraz z dwie­ma bu­tel­ka­mi czy­ste ko­szu­le i bie­li­znę, książ­ki i bu­tel­kę wina. Pacz­ka była dzie­łem In­grid; przy­go­to­wa­na na Stra­szew­skie­go, zo­sta­ła do­star­czo­na do bra­my wię­zie­nia na Mon­te­lu­pich. Fi­lip i Oskar spę­dzi­li ra­zem przy­jem­ny wie­czór, choć w pew­nym mo­men­cie straż­nik za­ło­mo­tał w drzwi i za­żą­dał, żeby prze­sta­li śpie­wać. Ale na­wet wte­dy, gdy wód­ka przy­da­ła celi prze­strze­ni, a sło­wom stan­dar­ten­füh­re­ra traf­no­ści, Schin­dler nie prze­sta­wał na­słu­chi­wać, czy nie nad­cho­dzą z od­da­li krzy­ki, czy po­grą­żo­ny w bez­na­dziei wię­zień z są­sied­niej celi nie wy­stu­ku­je mor­sem ja­kiejś wia­do­mo­ści. Tyl­ko raz praw­dzi­wa na­tu­ra tego miej­sca roz­cień­czy­ła efekt wód­ki. Obok swe­go łóż­ka Fi­lip od­krył, czę­ścio­wo przy­sło­nię­ty sien­ni­kiem, ma­leń­ki na­pis czer­wo­nym ołów­kiem. Od­cy­fro­wa­nie go za­ję­ło mu dłuż­szą chwi­lę – jego pol­sz­czy­zna nie była tak do­bra jak Oska­ra.

– „Boże, jak mnie biją!” – prze­tłu­ma­czył. – Oskar, przy­ja­cie­lu, czyż ten świat nie jest pięk­ny?

Rano Schin­dler obu­dził się w do­brej for­mie. Ni­g­dy nie miał kaca i dzi­wił się, że lu­dzie ro­bią wo­kół nie­go tyle ha­ła­su. Fi­lip na­to­miast czuł się źle i był przy­gnę­bio­ny. Za­bra­no go jesz­cze przed po­łu­dniem. Wkrót­ce wró­cił po swo­je rze­czy. Po po­łu­dniu miał sta­nąć przed są­dem wo­jen­nym, ale rów­no­cze­śnie otrzy­mał przy­dział do ośrod­ka szko­le­nio­we­go w Sztu­to­wie, więc uwa­żał, że nie bę­dzie roz­strze­la­ny. Za­brał z łóż­ka swój płaszcz i po­szedł się tłu­ma­czyć ze swo­je­go pol­skie­go flir­tu. Sa­mot­ny Oskar spę­dził kil­ka go­dzin czy­ta­jąc przy­sła­ną mu przez In­grid książ­kę Ka­ro­la Maya, a po­po­łu­dnie – na roz­mo­wie ze swym ad­wo­ka­tem, Niem­cem su­dec­kim, spe­cja­li­stą od pra­wa cy­wil­ne­go, któ­ry dwa lata wcze­śniej otwo­rzył w Kra­ko­wie prak­ty­kę. Roz­mo­wa była dla Oska­ra po­cie­sza­ją­ca. Po­wód aresz­to­wa­nia był z pew­no­ścią taki, jak po­da­no. Jego mię­dzy­ra­so­we uści­ski nie sta­no­wi­ły pre­tek­stu do za­trzy­ma­nia na czas ba­da­nia jego in­te­re­sów.

– Ale mimo to spra­wa pew­nie doj­dzie do sądu SS i będą pana py­tać, dla­cze­go nie jest pan w woj­sku.

– Po­wód jest oczy­wi­sty – od­po­wie­dział Oskar. – Je­stem nie­zbęd­ny jako pro­du­cent wo­jen­ny. Ge­ne­rał Schin­dler może to po­twier­dzić.

Oskar de­lek­to­wał się opo­wie­ścią Ka­ro­la Maya: bia­ły my­śli­wy i in­diań­ski mę­drzec wśród ame­ry­kań­skiej dzi­czy – peł­ni wza­jem­ne­go sza­cun­ku. Oskar nie spie­szył się z czy­ta­niem. Może upły­nąć na­wet ty­dzień, za­nim sta­nie przed są­dem. Ad­wo­kat spo­dzie­wał się, że prze­wod­ni­czą­cy sądu wy­gło­si mowę o za­cho­wa­niu nie­god­nym Niem­ca i że ob­ło­ży go znacz­ną grzyw­ną. Trud­no. Na przy­szłość bę­dzie ostroż­niej­szy.

Pią­te­go dnia rano, kie­dy wy­pił pół li­tra czar­nej er­satz­ka­wy, któ­rą do­stał na śnia­da­nie, przy­szedł po nie­go pod­ofi­cer i dwóch straż­ni­ków. Po­pro­wa­dzi­li go szpa­le­rem nie­mych drzwi na górę, do jed­ne­go z po­miesz­czeń biu­ro­wych. Zna­lazł tam czło­wie­ka, któ­re­go spo­ty­kał na przy­ję­ciach, obe­rsturm­ban­n­füh­re­ra Rol­fa Czur­dę, sze­fa kra­kow­skiej SD. W swo­im po­rząd­nym gar­ni­tu­rze Czur­da wy­glą­dał jed­nak bar­dziej na przed­się­bior­cę niż na po­li­cjan­ta.