Выбрать главу

– Oska­rze, Oska­rze – za­czął Czur­da ubo­le­wa­ją­cym gło­sem sta­re­go przy­ja­cie­la. – Da­je­my ci te Ży­dów­ki za pięć ma­rek dzien­nie. Po­wi­nie­neś ca­ło­wać nas, nie je.

Oskar wy­ja­śnił, że to były jego uro­dzi­ny. Za­cho­wał się po­ryw­czo. Był po kie­lisz­ku.

Czur­da po­trzą­snął gło­wą.

– Nie wie­dzia­łem, że masz ta­kie roz­le­głe kon­tak­ty, Oska­rze. Te­le­fo­ny były aż z Wro­cła­wia, od na­szych przy­ja­ciół z Abweh­ry. Nie ma sen­su trzy­mać cię z dala od pra­cy tyl­ko dla­te­go, że ob­ma­ca­łeś ja­kąś Ży­dów­kę.

– Je­steś bar­dzo wy­ro­zu­mia­ły, Herr Obe­rsturm­ban­n­füh­rer – po­wie­dział Oskar, czu­jąc, że w Czur­dzie wzbie­ra proś­ba o ja­kieś wy­na­gro­dze­nie. – Je­śli będę kie­dyś mógł zre­wan­żo­wać się za ten wspa­nia­ło­myśl­ny gest…

– Wła­śnie – pod­chwy­cił Czur­da. – Mam sta­rą ciot­kę, któ­rej zbom­bar­do­wa­no miesz­ka­nie.

Jesz­cze jed­na ciot­ka. Schin­dler współ­czu­ją­co mla­snął i po­wie­dział, że wy­słan­nik pana Czur­dy bę­dzie mile wi­dzia­ny na Li­po­wej, gdzie może do­ko­nać wy­bo­ru spo­śród gamy pro­duk­tów.

Jed­nak nie wy­pa­da­ło po­zwo­lić na to, aby taki Czur­da so­bie po­my­ślał, że zwol­nie­nie Oska­ra jest Bóg wie jaką ła­ską, a na­czy­nia ku­chen­ne naj­skrom­niej­szą z moż­li­wych za­pła­tą uszczę­śli­wio­ne­go więź­nia. Gdy Czur­da po­zwo­lił mu odejść, Oskar za­pro­te­sto­wał.

– Nie mogę tak po pro­stu we­zwać mo­je­go sa­mo­cho­du, Herr Obe­rsturm­ban­n­füh­rer. Moje za­so­by pa­li­wa są ogra­ni­czo­ne.

Czur­da spy­tał, czy Herr Schin­dler ocze­ku­je, że SD za­wie­zie go do domu.

Oskar wzru­szył ra­mio­na­mi. Prze­cież miesz­ka na dru­gim koń­cu mia­sta. Na pie­cho­tę za da­le­ko.

Czur­da ro­ze­śmiał się.

– Każę cię od­wieźć jed­ne­mu z mo­ich wła­snych kie­row­ców – po­wie­dział.

Li­mu­zy­na cze­ka­ła już przy głów­nych scho­dach z włą­czo­nym sil­ni­kiem, ale Herr Schin­dler nie wsia­dał. Pa­trzył w górę na pu­ste okna, ocze­ku­jąc zna­ku z tej dru­giej re­pu­bli­ki, z kró­le­stwa męki, z za­kra­to­wa­ne­go pie­kła dla tych, któ­rzy nie mają garn­ków i pa­tel­ni, by się wy­ku­pić. Kie­dy chciał wsiąść do sa­mo­cho­du, Rolf Czur­da chwy­cił go za ło­kieć.

– Żar­ty na bok, Oska­rze, dro­gi przy­ja­cie­lu. Był­byś głup­cem, gdy­byś na­praw­dę za­sma­ko­wał w ja­kiejś ży­dow­skiej spód­nicz­ce. Oni nie mają przy­szło­ści. To już nie jest zwy­kła nie­na­wiść do Ży­dów, za­pew­niam cię. To po­li­ty­ka.

XIII

Jesz­cze la­tem 1941 roku lu­dzie za­mknię­ci w mu­rach get­ta mie­li na­dzie­ję, że jest ono ma­łym, ale pew­nym schro­nie­niem. W tym roku na­dzie­ję tego ro­dza­ju ła­two było uspra­wie­dli­wić. W get­cie dzia­łał jesz­cze urząd pocz­to­wy, i na­wet wy­da­wa­no znacz­ki. Wy­cho­dzi­ła też ga­ze­ta, choć poza de­kre­ta­mi Wa­we­lu i Po­mor­skiej nie za­wie­ra­ła wie­le. Na Lwow­skiej po­zwo­lo­no otwo­rzyć lo­kal ga­stro­no­micz­ny, re­stau­ra­cję Fo­er­ste­ra, gdzie po po­wro­cie ze wsi, zbyt nie­bez­piecz­nej, rzą­dzą­cej się zmien­ny­mi na­stro­ja­mi chło­pów, gra­li na skrzyp­cach i akor­de­onie bra­cia Ro­sne­ro­wie. Przez pe­wien krót­ki czas wy­da­wa­ło się, że w ofi­cjal­nych szko­łach za­cznie się na­uka, że po­wsta­ną or­kie­stry, któ­re będą da­wać re­gu­lar­ne kon­cer­ty, że ży­dow­skie ży­cie – tak rze­mieśl­ni­ków, jak i mę­dr­ców – bę­dzie się roz­wi­ja­ło niby do­bro­tli­wy no­wo­twór. Biu­ro­kra­ci SS z Po­mor­skiej jesz­cze nie do­wie­dli osta­tecz­nie, że ta­kiej idei get­ta nie na­le­ży trak­to­wać jako ka­pry­su, lecz jako ob­ra­zę ra­cjo­nal­ne­go bie­gu hi­sto­rii.

Więc kie­dy Unter­sturm­füh­rer Brandt we­zwał prze­wod­ni­czą­ce­go Ju­den­ra­tu, Ar­tu­ra Ro­sen­zwe­iga, na Po­mor­ską, gdzie bił go trzon­kiem szpi­cru­ty, to zna­czy, że pró­bo­wał w ten spo­sób zmie­nić jego wi­zję get­ta jako miej­sca, w któ­rym moż­na w mia­rę spo­koj­nie żyć. Get­to było skła­dem, bocz­ni­cą, ogro­dzo­nym przy­stan­kiem au­to­bu­so­wym. Za­nim na­stał rok 1942, wszyst­ko, co mo­gło­by sprzy­jać in­ne­mu po­glą­do­wi na tę spra­wę, zo­sta­ło zni­we­czo­ne.

A za­tem było tu ina­czej niż w get­tach, któ­re na­wet z pew­nym roz­rzew­nie­niem wspo­mi­na­li sta­rzy lu­dzie. Mu­zy­ka to tu­taj ża­den za­wód. Tu nie było żad­nych za­wo­dów. Hen­ryk Ro­sner po­szedł pra­co­wać do sto­łów­ki bazy Luft­waf­fe. Po­znał tam mło­de­go Niem­ca, ku­cha­rza-kie­row­ni­ka o imie­niu Ry­szard, uśmiech­nię­te­go chłop­ca, któ­ry wśród za­gad­nień kuch­ni i bu­fe­tu ukry­wał się przed hi­sto­rią dwu­dzie­ste­go wie­ku. Ro­sne­ro­wi ufał do tego stop­nia, że po­sy­łał go na dru­gi ko­niec mia­sta po od­biór wy­płat Kor­pu­su Za­opa­trze­nio­we­go Luft­waf­fe. Twier­dził, że Niem­com w ta­kich spra­wach nie moż­na ufać: po­przed­nik Hen­ry­ka, Nie­miec, wziął wy­pła­tę i uciekł na Wę­gry.

Ry­szard, jak każ­dy bar­man god­ny swo­je­go sta­no­wi­ska, dużo wie­dział i cie­szył się życz­li­wo­ścią ofi­cje­li. Pierw­sze­go czerw­ca przy­szedł do get­ta ze swo­ją dziew­czy­ną, volks­deut­sch­ką ubra­ną w po­włó­czy­stą pe­le­ry­nę, któ­ra z uwa­gi na czerw­co­we ule­wy nie wy­da­wa­ła się stro­jem prze­sad­nym. Dzię­ki swe­mu za­wo­do­wi Ry­szard znał wie­lu po­li­cjan­tów, z wach­mi­strzem Bo­sko włącz­nie, i nie miał kło­po­tów z wej­ściem do get­ta, choć ofi­cjal­nie był to dla nie­go te­ren za­ka­za­ny. Kie­dy mi­nął bra­mę, skie­ro­wał się w stro­nę pla­cu Zgo­dy. Hen­ryk był za­sko­czo­ny wi­zy­tą Ry­szar­da. Po­że­gnał się z nim w sto­łów­ce Luft­waf­fe za­le­d­wie kil­ka go­dzin wcze­śniej, a tu na­gle ten sam Ry­szard stoi pod jego drzwia­mi, na do­da­tek z dziew­czy­ną, obo­je ubra­ni jak na ofi­cjal­ną wi­zy­tę. Wzmoc­ni­ło to w Hen­ry­ku po­czu­cie nie­nor­mal­no­ści tych cza­sów. Przez ostat­nie dwa dni miesz­kań­cy get­ta sta­li w ko­lej­kach do bu­dyn­ku daw­nej Pol­skiej Kasy Oszczęd­no­ści na Jó­ze­fiń­skiej po nowe do­wo­dy oso­bi­ste. Do żół­tej ken­kar­ty ze zdję­ciem le­gi­ty­ma­cyj­nym w ko­lo­rze se­pii i dużą li­te­rą „J” nie­miec­cy urzęd­ni­cy do­kle­ja­li – je­śli mia­ło się to szczę­ście – nie­bie­ski pa­sek. Wi­dać było lu­dzi, któ­rzy wy­cho­dząc z ban­ku ma­cha­li swo­imi le­gi­ty­ma­cja­mi z Blau­sche­inem, jak­by le­gi­ty­ma­cje te da­wa­ły im pra­wo do prze­trwa­nia. Pra­cow­ni­cy sto­łów­ki Luft­waf­fe, ga­ra­ży We­hr­mach­tu, za­kła­dów Ma­drit­scha, „Ema­lii” Schin­dle­ra, fa­bry­ki „Po­stęp” – ci nie mie­li trud­no­ści ze zdo­by­ciem Blau­sc­ke­inu. Ale tym, któ­rym go od­mó­wio­no, wy­da­wa­ło się, że na­wet ich pra­wo do prze­by­wa­nia w get­cie sta­je się pro­ble­ma­tycz­ne.

Ry­szard po­wie­dział, że syn Hen­ry­ka, Olek, po­wi­nien za­miesz­kać u jego dziew­czy­ny. Pew­nie usły­szał coś w sto­łów­ce.

– Nie moż­na tak po pro­stu wyjść przez bra­mę – po­wie­dział Hen­ryk.

– Już to za­ła­twi­łem z Bo­skiem – od­parł Ry­szard.

Hen­ryk i Man­ci za­sta­na­wia­li się wspól­nie. Dziew­czy­na w pe­le­ry­nie po­wie­dzia­ła, że bę­dzie do­kar­miać Olka cze­ko­la­dą.