Выбрать главу

Ak­tion? – spy­tał ci­cho Hen­ryk. – Ma być Ak­tion?

– Masz Blau­sche­in? – od­po­wie­dział py­ta­niem Ry­szard.

– Oczy­wi­ście.

– A Man­ci?

– Man­ci też.

– Ale Olek nie ma – po­wie­dział Ry­szard.

W desz­czo­wy wie­czór sze­ścio­let­ni Olek Ro­sner, je­dy­ne dziec­ko Hen­ry­ka i Man­ci, wy­cho­dził z get­ta osło­nię­ty pe­le­ry­ną dziew­czy­ny ku­cha­rza Ry­szar­da. Ry­zy­ko było duże: gdy­by ja­kie­muś po­li­cjan­to­wi za­chcia­ło się unieść pe­le­ry­nę i Ry­szard, i jego dziew­czy­na mo­gli­by za ten for­tel od­po­wie­dzieć gło­wa­mi. Olek też oczy­wi­ście by znik­nął. W opusz­czo­nym przez dziec­ko po­ko­ju Hen­ryk i Man­ci Ro­sne­ro­wie po­zo­sta­li z na­dzie­ją, że słusz­nie po­stą­pi­li.

Nie­co wcze­śniej Po­ldek Pfef­fer­berg, go­niec Oska­ra Schin­dle­ra, otrzy­mał po­le­ce­nie ucze­nia dzie­ci Sym­che Spi­ry, am­bit­ne­go sze­fa OD.

Spi­ra od­niósł się do Po­ld­ka po­gar­dli­wie, jak­by chciał po­wie­dzieć: „Tak, wie­my, że nie na­da­jesz się do mę­skiej pra­cy, ale przy­naj­mniej mo­żesz prze­ka­zać moim dzie­ciom tro­chę swo­je­go wy­kształ­ce­nia”.

Pfef­fer­berg za­ba­wiał Schin­dle­ra opo­wie­ścia­mi o tych lek­cjach. Spi­ra był jed­nym z nie­wie­lu Ży­dów, któ­rzy zaj­mo­wa­li całe pię­tro. Sym­che, spa­ce­ru­jąc wśród dwu­wy­mia­ro­wych ob­ra­zów dzie­więt­na­sto­wiecz­nych ra­bi­nów, słu­chał nauk Pfef­fer­ber­ga w taki spo­sób, jak­by chciał zo­ba­czyć wie­dzę kieł­ku­ją­cą jak kwia­tek z uszu dzie­ci. Ten opatrz­no­ścio­wy mąż, z ręką wsu­nię­tą w kla­pę ma­ry­nar­ki, uwa­żał, że ów na­po­le­oń­ski gest jest po­wszech­ny wśród lu­dzi wpły­wo­wych.

Żona Spi­ry była nie rzu­ca­ją­cą się w oczy ko­bie­tą, nie­co oszo­ło­mio­ną nie­ocze­ki­wa­ną wła­dzą męża, z po­wo­du któ­rej sta­rzy zna­jo­mi prze­sta­li się z nią wi­dy­wać. Dzie­ci, dwu­na­sto­let­ni chło­piec i czter­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka, były grzecz­ne, ale nie­zbyt in­te­li­gent­ne.

Gdy Pfef­fer­berg po­szedł do Pol­skiej Kasy Oszczęd­no­ści, nie spo­dzie­wał się, żad­nych kło­po­tów z otrzy­ma­niem nie­bie­skie­go pa­ska. Był pe­wien, że jego pra­ca z dzieć­mi Spi­ry zo­sta­nie uzna­na za nie­zbęd­ną. Na jego żół­tej ken­kar­cie było wy­raź­nie na­pi­sa­ne: „Pro­fe­sor gim­na­zjum” – co w tym czę­ścio­wo tyl­ko, jak do­tąd, od­wró­co­nym do góry no­ga­mi świe­cie cią­gle jesz­cze sta­no­wi­ło po­wód do dumy.

Urzęd­ni­cy od­mó­wi­li mu na­lep­ki. Kłó­cąc się z nimi za­sta­na­wiał się, czy ma się od­wo­łać do Oska­ra, czy do Herr Sze­pes­sie­go, au­striac­kie­go biu­ro­kra­ty pro­wa­dzą­ce­go Nie­miec­kie Biu­ro Za­trud­nie­nia przy tej sa­mej uli­cy. Oskar od roku na­ma­wiał Po­ld­ka, żeby przy­szedł do „Ema­lii”, ale on uwa­żał, że pra­ca w peł­nym wy­mia­rze go­dzin za bar­dzo by go krę­po­wa­ła.

Gdy wy­cho­dził z bu­dyn­ku, od­dzia­ły nie­miec­kiej Po­li­cji Bez­pie­czeń­stwa, pol­skiej po­li­cji gra­na­to­wej i sek­cji po­li­tycz­nej OD spraw­dza­ły na uli­cy do­ku­men­ty wszyst­kich prze­cho­dzą­cych i za­trzy­my­wa­ły tych, któ­rzy nie mie­li nie­bie­skie­go pa­ska. Na środ­ku Jó­ze­fiń­skiej stał już cały sze­reg ta­kich pe­chow­ców, ko­biet i męż­czyzn. Pfef­fer­berg przy­brał woj­sko­wą po­sta­wę i wy­ja­śnił, że pra­cu­je, i to w nie­jed­nym miej­scu. Lecz po­li­cjant, do któ­re­go mó­wił, po­trzą­snął gło­wą.

– Nie spie­raj się ze mną. Nie masz Blau­sche­inu. Stań w tym rzę­dzie. Ro­zu­miesz, Ży­dzie?

Pfef­fer­berg zro­bił, jak mu ka­za­no. Jego ład­na, de­li­kat­na żona, po­ślu­bio­na przed osiem­na­sto­ma mie­sią­ca­mi, pra­co­wa­ła u Ma­drit­scha i mia­ła już nie­bie­ski pa­sek. Przy­naj­mniej tyle.

Kie­dy ko­lum­na uro­sła do po­nad stu osób, po­pro­wa­dzo­no ją za róg, koło szpi­ta­la, na po­dwó­rze za­kła­dów kon­fek­cyj­nych „Opti­ma”. Tam cze­ka­ły już set­ki in­nych. Wcze­śniej przy­by­li za­ję­li za­cie­nio­ne miej­sca w daw­nych staj­niach, gdzie nie­gdyś za­przę­ga­no ko­nie mię­dzy po­dwój­ne dy­sz­le dwu­kó­łek wy­ła­do­wa­nych li­kie­ra­mi i cze­ko­lad­ka­mi. Za­cho­wy­wa­li się ci­cho. Byli tam przed­sta­wi­cie­le wol­nych za­wo­dów, ban­kie­rzy, ap­te­ka­rze i den­ty­ści. Sta­li grup­ka­mi, spo­koj­nie roz­ma­wia­jąc. Mło­dy ap­te­karz Bach­ner roz­ma­wiał ze star­szym mał­żeń­stwem Woh­lów. Było wie­lu sta­rych lu­dzi. Star­cy i bie­da­cy, ży­ją­cy z przy­dzia­łów Ju­den­ra­tu. Tego lata sam Ju­den­rat, roz­dziel­ca żyw­no­ści i miesz­kań, był jesz­cze bar­dziej nie­spra­wie­dli­wy niż wcze­śniej.

Pie­lę­gniar­ki z dzia­ła­ją­ce­go na te­re­nie get­ta szpi­ta­la cho­dzi­ły wśród za­trzy­ma­nych z wia­dra­mi wody, któ­ra jest po­dob­no do­bra na stre­sy i dez­orien­ta­cję. W każ­dym ra­zie było to je­dy­ne – oprócz czar­no­ryn­ko­we­go cy­jan­ku – kon­kret­ne le­kar­stwo, ja­kie szpi­tal mógł za­ofe­ro­wać. Star­cy i ro­dzi­ny bie­da­ków ze szte­tli po­pi­ja­li wodę w ner­wo­wej ci­szy.

Przez cały dzień po­li­cja trzech róż­nych for­ma­cji wy­cho­dzi­ła na dzie­dzi­niec z wy­ka­za­mi, for­mo­wa­ła ko­lum­ny lu­dzi, któ­re oto­czo­ne przy bra­mie stra­żą SS były pro­wa­dzo­ne na sta­cję ko­le­jo­wą Pro­ko­cim. Nie­któ­rzy pra­gnąc od­wlec przy­dzie­le­nie ich do na­stęp­nej ko­lum­ny, trzy­ma­li się od­le­głych za­kąt­ków dzie­dziń­ca. Ale Pfef­fer­berg miał inny styl. Krę­cił się koło bra­my, wy­pa­tru­jąc ja­kie­goś wyż­sze­go funk­cjo­na­riu­sza, do któ­re­go mógł­by się zwró­cić o po­moc. Może po­ka­że się Spi­ra, ubra­ny jak ak­tor fil­mo­wy, i bę­dzie skłon­ny – nie­zgrab­nie iro­ni­zu­jąc – wy­pu­ścić go? Przy bud­ce straż­ni­ka stał chło­pak o smut­nej twa­rzy, w czap­ce OD, stu­diu­ją­cy ja­kąś kart­kę, któ­rą trzy­mał w de­li­kat­nych pal­cach za róg. Pfef­fer­berg nie tyl­ko słu­żył ra­zem z nim w OD, ale tak­że w pierw­szym roku swo­jej pra­cy na­uczy­ciel­skiej w gim­na­zjum Ko­ściusz­ki w Pod­gó­rzu uczył jego sio­strę.

Chło­pak pod­niósł wzrok.

– Pro­fe­sor Pfef­fer­berg – po­wie­dział ci­cho, z sza­cun­kiem, któ­ry już do tych cza­sów nie pa­so­wał, mimo że szko­ła, w któ­rej uczył Pfef­fer­berg, sta­ła nie­da­le­ko. Za­py­tał Pfef­fer­ber­ga, co tu robi – jak gdy­by po­dwó­rze za­peł­nio­ne było sa­my­mi kry­mi­na­li­sta­mi.

– To brzmi głu­pio – od­po­wie­dział Pfef­fer­berg – ale nie mam jesz­cze Blau­sche­inu.

Chło­pak po­krę­cił gło­wą.

– Pro­szę za mną – po­wie­dział.

Pod­pro­wa­dził Pfef­fer­ber­ga do star­sze­go, umun­du­ro­wa­ne­go szu­po przy bra­mie i za­sa­lu­to­wał. W tej swo­jej śmiesz­nej czap­ce i z chu­dą szy­ją nie wy­glą­dał bo­ha­ter­sko. Pfef­fer­berg, kie­dy się po­tem nad tym za­sta­na­wiał, do­szedł do wnio­sku, że taki wy­gląd do­da­wał chłop­cu wia­ry­god­no­ści.

– To jest Herr Pfef­fer­berg z Ju­den­ra­tu – skła­mał z mie­sza­ni­ną re­spek­tu i pew­no­ści sie­bie. – Od­wie­dzał krew­nych.