Szupo sprawiał wrażenie znudzonego nieustającą krzątaniną policji na dziedzińcu. Niedbale machnął ręką z przyzwoleniem. Pfefferberg nie miał okazji podziękować chłopcu ani zastanawiać się nad tym, dlaczego dziecko o chudej szyi kłamie w jego obronie, dlaczego naraża swoje życie tylko dlatego, że on, Pfefferberg, uczył kiedyś jego siostrę skakania przez kozioł.
Pfefferberg poszedł prosto do Urzędu Zatrudnienia i wcisnął się do środka omijając kolejkę. Za biurkiem siedziały panie Skoda i Knosalla, dwie krzepkie Niemki sudeckie.
– Liebchen, Liebchen – mówił do Skody – chcą mnie zabrać, bo nie mam nalepki. Popatrz na mnie, proszę, czyja nie jestem takim właśnie facetem, jakiego chciałabyś tu mieć?
Pomimo tłumów, które nie dawały jej odetchnąć przez cały dzień, pani Skoda podniosła brwi i nie zdołała pohamować uśmiechu. Wzięła jego kenkartę.
– Nie mogę panu pomóc, Herr Pfefferberg – powiedziała. – Oni panu nie dali, więc i ja nie mogę. Niestety…
– Ależ może pani, Liebchen – upierał się głośno i z afektacją. – Znam kilka fachów.
Skoda powiedziała, że tylko Herr Szepessi mógłby mu pomóc, ale ona nie może go wpuścić do niego. To zajmie parę dni.
– Ależ przecież wpuści mnie pani do niego, Liebchen – Pfefferberg obstawał przy swoim.
I wpuściła. Z tego właśnie brała się jej reputacja porządnej kobiety: potrafiła wzbić się ponad ogólny kierunek polityki i umiała w tłumie interesantów zobaczyć człowieka. Choć może pryszczatemu staruszkowi nie poszłoby z nią tak gładko.
Herr Szepessi, również cieszący się opinią ludzkiego człowieka, mimo że służył tak potwornej machinie, rzucił okiem na przepustkę Pfefferberga.
– Ale nam nie potrzeba nauczycieli gimnastyki – powiedział.
Pfefferberg zawsze odrzucał oferty pracy u Oskara, ponieważ miał się za człowieka czynu i za indywidualistę. Nie chciał za nędzne grosze tyrać całymi dniami na tym ponurym Zabłociu. Teraz jednak zrozumiał, że czasy indywidualizmu się skończyły. Żeby się utrzymać przy życiu, trzeba mieć pracę.
– Jestem szlifierzem – powiedział Szepessiemu.
W przeszłości pracował dorywczo u swojego wuja na Podgórzu, który prowadził mały zakład metalowy na Rękawce. Szepessi spojrzał na Pfefferberga spod okularów.
– No – odrzekł – to jest zawód. Wziął pióro, dokładnie przekreślił „profesor gimnazjum”, więc tym samym i wykształcenie na Uniwersytecie Jagiellońskim, z którego Pfefferberg był tak dumny, i nieco wyżej napisał „szlifierz”. Sięgnął po pieczątkę i poduszeczkę z tuszem i wyjął z biurka niebieską nalepkę.
– Teraz – powiedział wręczając dokument Pfefferbergowi – teraz gdyby pana zaczepił jakiś szupo, może go pan zapewnić, że jest pan pożytecznym członkiem społeczeństwa.
Jeszcze tego samego roku wyślą biednego Szepessiego do Oświęcimia za to, że tak łatwo dawał się przekonać.
XIV
Z różnych źródeł – między innymi od policjanta Toffla i od pijanego Boscha z „Ostfaseru”, fabryki tekstylnej SS – dochodziły Schindlera pogłoski, że „postępowanie w getcie” (cokolwiek miało to znaczyć) przybiera na sile. Słyszał, że SS sprowadza do Krakowa brutalne jednostki Sonderkommando z Lublina, które odwaliły tam kawał porządnej roboty w dziedzinie oczyszczenia rasowego. Toffel podpowiedział, że jeśli Oskar nie chce mieć przerwy w produkcji, to powinien zorganizować łóżka połowę dla nocnej zmiany do pierwszego szabatu czerwca.
Oskar wydzielił pomieszczenia sypialne w biurze i na piętrze hali amunicyjnej. Niektórzy pracownicy nocnej zmiany byli zadowoleni, mogąc tam spać. Na innych czekali w getcie rodzice, żony, dzieci. Poza tym mieli na swoich kenkartach święty niebieski pasek.
Trzeciego czerwca Abraham Bankier, kierownik „Emalii”, nie zjawił się na Lipowej. Schindler pił jeszcze kawę w domu na Straszewskiego, gdy zadzwonił telefon. Pracownica z biura mówiła, że widziała, jak prowadzono Bankiera z getta. Nie zatrzymali się nawet w „Optimie”, tylko poszli prosto do Prokocimia. W grupie byli także inni pracownicy „Emalii”: Reich, Leser… razem kilkunastu.
Oskar zadzwonił, by sprowadzono mu samochód z garażu. Pojechał na drugą stronę Wisły, do Prokocimia. Wartownikom przy bramie pokazał przepustkę. Stacja była zapełniona bydlęcymi wagonami, a budynek dworca – zbędnymi obywatelami getta, ustawionymi w grzeczne kolumny i nadal przekonanymi – być może słusznie – o potrzebie bierności i posłuszeństwa. Oskar po raz pierwszy zobaczył ludzi w wagonach bydlęcych. Słyszał już o tym, ale co innego słyszeć, a co innego zobaczyć. Z wrażenia aż zatrzymał się na chwilę na krawędzi peronu. Potem zobaczył znajomego złotnika.
– Widział pan Bankiera? – zapytał go.
– Jest już w którymś wagonie, Herr Schindler.
– Dokąd was zabierają?
– Mówią, że do obozu pracy koło Lublina. Podobno nie gorszy niż… – machnął ręką w kierunku Krakowa.
Schindler wyjął z kieszeni paczkę papierosów, wyszukał kilka banknotów dziesięciozłotowych i wręczył wszystko złotnikowi, który podziękował mu. Tym razem kazali im opuścić dom z pustymi rękami. Mówili, że bagaże doślą później.
Pod koniec ubiegłego roku Schindler widział w „Biuletynie Budżetowo-Budowlanym SS” zaproszenie do wzięcia udziału w przetargu na budowę kilku krematoriów w obozie na południowy wschód od Lublina. Bełżec. Schindler przyjrzał się złotnikowi. Sześćdziesiąt trzy, może cztery lata. Nieco wychudzony, pewnie w zimie przeszedł zapalenie płuc. Znoszony garnitur w prążki, za ciepły na taki dzień. A w jasnych mądrych oczach pogodzenie się z możliwością największych cierpień. Jeszcze latem 1942 nie sposób było zgadnąć, jaki jest związek między człowiekiem takim jak ten i owymi piecami o wielkiej wydajności. Czyżby zamierzano wywołać wśród więźniów epidemię? Czy to miała być metoda?
Zaczynając od lokomotywy, Schindler przeszedł wzdłuż składu liczącego ponad dwadzieścia wagonów bydlęcych, wołając do twarzy, które patrzyły nań z góry przez zakratowane okienka, nazwisko Bankiera. Na szczęście dla Abrahama Oskar nie zadał sobie pytania, dlaczego wywołuje akurat to nazwisko; nie przyszło mu do głowy, że „Bankier” ma taką samą wartość jak wszystkie inne nazwiska ludzi stłoczonych w taborze Ostbahnu. Egzystencjalista ugiąłby się pod ciężarem liczby ludzi w Prokocimiu, osłupiałby od podobieństwa wszystkich nazwisk i głosów tego miejsca. Lecz Schindler był nie skażony filozofią. Kogo znał, tego znał. A znał Bankiera.