Wszystkie te pogłoski (a wiele z nich docierało także do Oskara) miały swoje źródło w chęci zabezpieczenia się przed dem za pomocą mówienia o nim. Chodziło o to, by uprzedzić los, pokazując mu, że ma się tyle samo wyobraźni co on. Mimo to w czerwcu 1942 wszystkie najgorsze sny i plotki stały się rzeczywistością.
Na południe od getta, za ulicą Rękawka, wznosiło się pagórkowate pustkowie Krzemionek. Było coś intymnego, coś ze średniowiecznych obrazów o oblężeniu miasta w tym, że można było patrzeć na getto z góry, ponad jego południowym murem. Idącemu grzbietami wzgórz ukazywał się plan getta; można było zobaczyć, co się dzieje na ulicach.
Schindler spostrzegł tę możliwość na wiosnę, podczas przejażdżki konnej z Ingrid. Teraz, wstrząśnięty widokiem stacji w Prokocimiu, postanowił wybrać się tam znowu. Rankiem następnego dnia po uratowaniu Bankiera wynajął konie ze stajni w Parku Bednarskiego. Zarówno on, jak i Ingrid mieli na sobie eleganckie kurtki do konnej jazdy, bryczesy i lśniące buty. Dwoje sudeckich blondynów ponad wzburzonym mrowiskiem getta.
Przejechali przez lasek i pogalopowali otwartą łąką. Z wysokości siodeł widzieli teraz ulicę Węgierską, tłumy ludzi na rogu koło szpitala i, nieco bliżej, oddział esesmanów wchodzących z psami do domów, wybiegające na ulicę całe rodziny, które przewidując nieprędki powrót, mimo upału taszczyły ze sobą płaszcze. Ingrid i Oskar przywiązali konie do drzewa i stojąc w cieniu przyglądali się temu, co się działo w getcie. Uzbrojeni w pałki odemani pomagali esesmanom. Niektórzy żydowscy policjanci podchodzili do sprawy z entuzjazmem – w przeciągu kilku minut Oskar zobaczył, jak okładali pałkami po plecach trzy opierające się kobiety. Najpierw wezbrał w nim naiwny gniew. SS używało Żydów do bicia Żydów. Ale jeszcze tego samego dnia zrozumiał, że niektórzy odemani okładali ludzi pałkami, żeby oszczędzić im gorszych jeszcze rzeczy. Inna sprawa, że w OD panowała teraz nowa zasada: jeśli nie wyciągniesz na ulicę jakiejś rodziny, stracisz własną.
Schindler zauważył też, że na Węgierskiej sformowano dwie kolumny, z których jedna cały czas stała, zaś drugą, w chwili gdy osiągała odpowiednią długość, odprowadzano grupami za róg, na Józefińską, poza pole widzenia Oskara. Nietrudno było zinterpretować całe to zamieszanie. Ingrid i Oskar, ukryci wśród sosen i wyniesieni ponad poziom getta, byli oddaleni od miejsca akcji tylko o dwie lub trzy przecznice.
Wygnane z mieszkań rodziny siłą rozłączano i przydzielano do różnych kolumn. Dorastające dziewczyny, posiadające odpowiednie kenkarty, przydzielano do kolumny, która się nie ruszała; wołały stamtąd do swoich matek, stojących w drugiej kolumnie. Robotnikowi z nocnej zmiany, jeszcze nie rozbudzonemu ze snu, kazano stanąć w jednym szeregu, a jego żonie i dziecku w drugim. Człowiek ten kłócił się teraz z odemanem na środku ulicy. Do cholery z Blauscheinem, krzyczał, chcę iść z Ewą i dzieckiem.
Interweniował uzbrojony esesman. Wśród szarej masy gettomenschów taki typ w odprasowanym letnim mundurze wyglądał świeżo i zdrowo. Ze wzgórza widać było oliwę na jego pistolecie maszynowym. Esesman uderzył Żyda w ucho i zaczął do niego ostro, głośno mówić. Schindler, choć nie rozróżniał słów, był pewny, że chodzi o to samo co w Prokocimiu. Dla mnie to żadna różnica. Jeśli chcesz iść ze swoją żydowską kurwą, to idź. Przeprowadzono mężczyznę z jednej kolumny do drugiej. Schindler zobaczył, jak robotnik przesuwa się wzdłuż szeregu ludzi do swojej żony, jak ją obejmuje i jak pod osłoną tego aktu małżeńskiej lojalności inna kobieta, nie zauważona przez Sonderkommando SS, chyłkiem przemyka z powrotem do domu.
Oskar i Ingrid zawrócili konie, przejechali w poprzek pustą alejkę i wspięli się na wapienną platformę, z której był widok na ulicę Krakusa. Na bliższym jej końcu wydawało się nieco spokojniej niż na Węgierskiej. Niezbyt długą kolumnę kobiet i dzieci prowadzono w stronę Piwnej. Na początku i na końcu kolumny szedł strażnik. W kolumnie widać było pewną dysproporcję: bardzo dużo dzieci i tylko trochę kobiet. Na końcu, marudząc, szło małe dziecko, chłopczyk albo dziewczynka, ubrane w czerwony płaszczyk i czerwoną czapeczkę. Zwróciło ono uwagę Schindlera, ponieważ podobnie jak uparty robotnik z Węgierskiej demonstrowało jakąś postawę – w tym wypadku uwielbienie dla czerwieni.
Schindler zasięgnął opinii Ingrid. Orzekła, że to na pewno dziewczynka. Małe dziewczynki mają hyzia na punkcie kolorów, szczególnie tak jaskrawych jak ten.
Idący za kolumną młody esesman od czasu do czasu wyciągał rękę i korygował kierunek poruszania się czerwonego punkciku. Nie robił tego brutalnie, tylko tak, jakby to robił starszy brat. Gdyby jego przełożeni prosili go, by zrobił coś dla uspokojenia sentymentalnych trosk cywilnych gapiów, to nie mógłby zrobić nic lepszego. Moralny niepokój dwojga jeźdźców na Krzemionkach został na moment irracjonalnie ukojony. Ale tylko na moment. Bowiem za odchodzącą kolumną kobiet i dzieci, dla której maluch w czerwieni stanowił meandrującą końcową kropkę, postępowały po obu stronach ulicy oddziały SS z psami.
Bezwzględnie przeszukiwali śmierdzące mieszkania. Spieszyli się. Z okna na drugim piętrze wyleciała walizka. Spadła na bruk i otwarła się od uderzenia. Przed psami uciekali mężczyźni, kobiety i dzieci, którzy ukryli się na strychach, w szafach i komodach bez szuflad. To byli ci, którzy zdołali się ukryć przy pierwszej fali przeszukiwań. Wypadali teraz na ulicę, gwałtownie łapiąc powietrze, krzycząc ze strachu przed dobermanami. Sceny te rozgrywały się jak na przyspieszonym filmie, zbyt szybko, by obserwatorzy na wzgórzu mogli za nimi nadążyć. Do wyłaniających się z domów postaci z miejsca strzelano. Siła pocisków rzucała ich w tył, do rynsztoka, w który tryskała krew. Matka i syn, może ośmioletni, a może wychudzony dziesięciolatek, przyczaili się pod parapetem po zachodniej stronie ulicy Krakusa. Schindler odczuwał nieznośny strach o nich, czuł przerażenie we własnym ciele – rozluźnił nacisk ud na siodło i o mało nie spadł z konia. Spojrzał na Ingrid i zobaczył jej ręce kurczowo splecione na cuglach. Wykrzykiwała coś błagalnie.