Odwrócił wzrok i popatrzył nieco dalej, w głąb ulicy, na postać czerwonego dziecka. Tamto pod parapetem działo się o kilkadziesiąt metrów od tej małej; nie poczekali, aż jej kolumna zniknie za rogiem Józefińskiej. Oskar nie mógł zrozumieć, jak te dwie rzeczy mogą się dziać równocześnie. Chyba jednak dowodziło to jakiegoś ukrytego zamiaru. Dziewczynka odwróciła się i patrzyła, i w tym momencie strzelili kobiecie pod parapetem w szyję; a kiedy jej syn ze skomleniem osunął się na ziemię, jeden z żołnierzy przygniótł jego głowę butem, by go unieruchomić, zgodnie z instrukcją SS przyłożył mu lufę do karku i nacisnął spust.
Oskar znów spojrzał na czerwoną dziewczynkę. Patrzyła cały czas, widziała but na głowie chłopca. Powiększył się odstęp między nią a resztą grupy. Strażnik znów po bratersku popchnął ją we właściwym kierunku. Schindler nie rozumiał, dlaczego nie uderzył jej kolbą karabinu, skoro na drugim końcu tej samej ulicy litość została anulowana.
Wreszcie Schindler zsunął się z konia, potknął się i upadł na kolana obejmując pień sosny. Uważał, że potrzebę zwymiotowania doskonałym śniadaniem należy zwalczyć, bowiem podejrzewał, że jego przewrotny organizm chce tylko zrobić sobie miejsce na strawienie potworności, które działy się na Krakusa.
Brak uczuć u tych ludzi, których przecież urodziły kobiety, którzy pisali listy do domu (co w nich pisali?), nie był najgorszym aspektem tego, co widział Oskar. Wiedział, że nie znają wstydu. Przecież strażnik kolumny nie przeszkadzał dziecku w oglądaniu okrucieństw. Najgorsze jednak było to, że wszystko to działo się za oficjalnym pozwoleniem. Teraz już nie można się było odwołać do niemieckiej kultury czy do twierdzeń wygłaszanych przez przywódców po to, by zwolnić anonimowych ludzi z obowiązku wychodzenia poza swój ogródek, z oglądania przez okno tego, co działo się na ulicy. Na ulicy Krakusa Oskar zobaczył oblicze polityki swojego rządu, zobaczył coś, czego nie można już było złożyć na karb tymczasowego wypaczenia. Teraz już wiedział, że esesmani na Krakusa spełniali po prostu rozkazy; gdyby tak nie było, idący na końcu kolumny esesman nie pozwoliłby dziecku w czerwieni na oglądanie się.
Kilka godzin później, po wypiciu sporej ilości koniaku, Oskar zrozumiał już wszystko. Esesmanom tacy świadkowie jak maluch w czerwieni nie przeszkadzali dlatego, że oni też mieli zginąć.
W rogu placu Zgody znajdowała się apteka prowadzona przez Tadeusza Pankiewicza. Utrzymana była w starym stylu. Porcelanowe flakoniki z łacińskimi nazwami leków i kilkaset malutkich, polakierowanych szufladek kryło przed oczami mieszkańców Podgórza całą złożoność farmacji. Za zgodą władz, a na prośbę lekarzy działających w getcie, magister Pankiewicz mieszkał nad apteką jako jedyny Polak, któremu pozwolono pozostać wewnątrz murów. Był spokojnym człowiekiem, około czterdziestki, i miał zainteresowania intelektualne. Polski impresjonista Abraham Neumann, kompozytor Mordche Gebirtig, filozof Leon Steinberg oraz naukowiec i filozof dr Rappaport regularnie odwiedzali Pankiewicza. Lokal był także skrzynką kontaktową między Żydowską Organizacją Bojową a partyzantami Armii Ludowej. Zaglądali tam czasem, choć dyskretnie, młody Dolek Liebeskind oraz Szymon i Gusta Dranger – organizatorzy krakowskiego ŻOB-u. Musieli uważać, by nie narazić Pankiewicza swoimi działaniami, które, inaczej niż kolaborancka polityka Judenratu, wiązały się z niedwuznacznym, zaciekłym oporem.
Plac przed apteką stał się w tych pierwszych dniach czerwca punktem przeładunkowym. „To przechodziło ludzkie pojęcie” – mówił potem Pankiewicz. Na małym zieleńcu na środku placu ludzi jeszcze raz segregowano i zabierano im bagaż. „Zostanie wam przysłany!” Pod pustą ścianą po zachodniej stronie placu opornych lub przemycających aryjskie papiery rozstrzeliwano, bez żadnych wyjaśnień dla tych, którzy stali na środku placu. Ogłuszający huk karabinów przerywał rozmowę i kładł kres nadziei. Niektórzy jednak, mimo krzyków i płaczu krewnych ofiar, będąc w stanie szoku lub rozpaczliwego pragnienia przeżycia, zdawali się nie przyjmować do wiadomości stosów trupów. Gdy tylko podjeżdżały ciężarówki i grupy wyznaczonych Żydów załadowały je ciałami, pozostali na placu natychmiast zaczynali rozmawiać o przyszłości. I znów do uszu Pankiewicza docierało to samo, co przez cały dzień słyszał od podoficerów SS: „Zapewniam panią, że jedziecie do pracy. Czy myśli pani, że możemy sobie pozwolić na rezygnację z was?” Szalone pragnienie wiary pojawiało się na twarzach kobiet, gdy tymczasem żołnierze i oficerowie SS, jeszcze z dymiącymi lufami karabinów, przechadzali się wśród tłumu i doradzali, jak oznaczyć bagaże.
Z Krzemionek Oskar nie był w stanie dojrzeć placu Zgody, ale zarówno Pankiewicz na placu, jak i Schindler na wzgórzu nigdy przedtem nie widzieli tak zimnego okrucieństwa. Pankiewiczowi również zbierało się na wymioty, a do jego uszu docierało coś w rodzaju nierealnego świstu, jakby go ktoś uderzył w głowę. Był tak zagubiony w tym natłoku hałasu i okrucieństwa, że nie dostrzegał nawet wśród zabitych na placu jego własnych znajomych: Gebirtiga, autora znanej pieśni Gore!, i delikatnego Neumanna. Do apteki zaczęli wpadać lekarze, zdyszani po biegu ze szpitala. Chcieli bandaży: z ulic pościągali rannych. Jeden prosił o środki wymiotne, ponieważ w tłumie kilkanaście osób dławiło się lub zapadło w śpiączkę po zażyciu cyjanku. Pewien znany Pankiewiczowi inżynier wsunął go sobie do ust, gdy żona nie patrzyła.
Młody lekarz, Idek Schindel, pracujący w szpitalu na rogu Węgierskiej, usłyszał od jakiejś rozhisteryzowanej kobiety, że zabierają dzieci. Widziała całą kolumnę na Krakusa, była wśród nich Genia. Schindel zostawił dziewczynkę rano u sąsiadów: w getcie on był jej opiekunem; rodzice małej nadal ukrywali się na wsi, ale zamierzali wkrótce przedostać się do względnie bezpiecznego – do dziś – getta. Tego ranka Genia, która czuła się bardzo niezależna, opuściła kobietę, mającą się nią zajmować, i poszła z powrotem do domu, gdzie mieszkała z wujkiem. Tam ją aresztowano. W ten sposób przyciągnęła uwagę Schindlera swoją samotną, bez matki, obecnością na końcu kolumny na ulicy Krakusa.