Dr Schindel zdjął kitel i pospieszył na plac. Znalazł Genię niemal natychmiast. Siedziała na trawniku, udając opanowanie, wśród całych rzędów strażników. Dr Schindel wiedział, że to tylko pozór, bowiem nieraz wstawał w nocy, żeby uspokoić jej nocne krzyki.
Chodził dokoła placu, aż go spostrzegła. Chciał jej powiedzieć, by nie wdała do niego, że sam to załatwi. Nie chciał sceny, bo mogłaby się źle skończyć dla nich obojga. Niepotrzebnie się przejmował. Zobaczył, że jej oczy stają się nieme i niewidzące. Aż się zatrzymał na widok tego żałosnego, a jednocześnie godnego podziwu sprytu. Już w wieku trzech lat Genia była na tyle mądra, by nie szukać chwilowego pocieszenia u wujka. Wiedziała, że wzbudzenie zainteresowania SS wujkiem Idkiem nie przyniesie ratunku.
Schindel układał w głowie mowę, jaką zamierzał wygłosić przed rosłym oberscharführerem stojącym przy ścianie egzekucji. Lepiej nie podchodzić do przedstawicieli władz zbyt pokornie, i lepiej nie załatwiać niczego za pośrednictwem ich podwładnych. Jeszcze raz obejrzał się na Genię. W mruganiu jej oczu dostrzegł zapowiedź błysku. Po chwili, niesłychanie opanowana, mała weszła między dwóch strażników i przekroczyła kordon. Szła z bolesną powolnością, która do tego stopnia przykuła uwagę jej wuja, że później, ilekroć zamykał oczy, widział Genię idącą przez las lśniących butów SS. Nikt jej nie spostrzegł. Szła nadal tym swoim trochę niepewnym, trochę ceremonialnym krokiem ryzykanta do apteki i za róg, trzymając się niewidocznej strony ulicy. Dr Schindel stłumił okrzyk uznania. Przedstawienie zasługiwało na widownię, gdyby nie to, że widownia zniszczyłaby je.
Schindel czuł, że nie może od razu pójść za nią; zmarnowałby to, co jej udało się osiągnąć, swoją dorosłą niezdatnością. Wbrew naturalnym impulsom, uważał, że instynkt, który wywiódł Genię z placu Zgody, pozwoli jej również znaleźć schronienie. On musi dać jej czas – wrócił do szpitala inną drogą.
Genia poszła z powrotem do sypialni na Krakusa, którą dzieliła z wujkiem. Ulica przed szpitalem była już pusta. Ci, którzy jeszcze kryli się za podwójną ścianą, nie chcieli się ujawniać. Genia weszła do domu i schowała się pod łóżkiem. Wracający do domu Idek zobaczył z rogu ulicy esesmanów stukających do drzwi, żeby dokonać ostatecznego przeszukania. Lecz Genia nie dała znaku życia. Jemu, kiedy przyszedł, też się nie pokazała. Tyle że on wiedział, gdzie patrzeć: w szparę między zasłoną a ramą okna. I zobaczył – połyskujący w tym szarym pokoju jej czerwony bucik.
Tymczasem Schindler odprowadził konia do stajni. Nie zatrzymał się na wzgórzu, z którego mógłby zobaczyć niewielki, ale znaczący triumf czerwonej Geni, która wróciła do miejsca, skąd przedtem zabrało ją SS. Siedział teraz w swoim gabinecie w „Emalii”, zamknięty w sobie, niezdolny do podzielenia się z dzienną zmianą tym wszystkim, co widział. Ten dzień zapisze się mocno w pamięci jowialnego Herr Schindlera. W tym dniu beztroski w jakimś stopniu playboy zmienił się w bezkompromisowego sędziego. „Po tym dniu – powie później – żaden myślący człowiek nie mógł nie przewidzieć, co się wydarzy dalej. Byłem teraz zdecydowany zrobić wszystko, co w mojej mocy, by przeciwstawić się systemowi”.
XVI
SS „pracowało” w getcie do soboty wieczór. Działali z taką samą brutalnością, jaką Oskar zaobserwował przy egzekucji na Krakusa. Trudno było przewidzieć ich następny ruch. Wielu ludzi, którzy umknęli w piątek, złapano w sobotę. Ale Genia przeżyła ten tydzień. Przeżyła dzięki swej nad wiek rozwiniętej umiejętności bycia cicho, dzięki temu, że mimo swojego czerwonego stroju umiała być niewidzialna.
Schindler nie śmiał wierzyć, że Genia przeżyła Aktion. Z rozmów z Tofflem i innymi znajomymi z Pomorskiej dowiedział się, że z getta wywieziono siedem tysięcy ludzi. Urzędnik gestapo z Urzędu ds. Żydów potwierdził ten fakt z nie ukrywaną satysfakcją. Na Pomorskiej przekładacze papierków uznali akcję za triumf.
Oskar zaczął teraz bardziej zwracać uwagę na takie informacje. Dowiedział się na przykład, że akcją kierował Obersturmführer Otto von Mallotke. Oskar nie prowadził kartoteki; przygotowywał się tylko do chwili, gdy trzeba będzie złożyć pełne sprawozdanie – Canarisowi albo światu. Dojdzie do tego szybciej, niż się spodziewał. Na razie zbierał informacje, które w przeszłości traktował jako przejawy chwilowego szaleństwa. Otrzymywał te tragiczne wiadomości od swoich znajomych w policji, lecz także od rozumnych Żydów, takich jak Stern. Wiadomości z innych części Polski przedostawały się do getta m. in. przez aptekę Pankiewicza, to znaczy przez partyzantów AL. Informacje z innych gett przynosił również Dolek Liebeskind, dowódca grupy oporu Akiba Halutz. Zdobywał je dzięki swym oficjalnym podróżom służbowym z ramienia Samopomocy Żydowskiej, organizacji, której Niemcy, oglądając się na Międzynarodowy Czerwony Krzyż, pozwalali istnieć.
Nie było sensu dostarczać takich informacji Judenratowi. Rada nie uważała za społecznie pożądane informować mieszkańców getta o obozach. Ludzie tylko by się przejmowali, ucierpiałby na tym porządek publiczny, a za to na wszystkich spadłaby kara. Lepiej było pozwolić, aby wieści krążyły w postaci plotek, bo wtedy można było pomyśleć, że są zbyt potworne, aby były prawdziwe; a to znowu podnosiło na duchu. Tak uważała większość żydowskich rajców, nawet pod kierownictwem przyzwoitego Artura Rosenzweiga. Lecz Rosenzweiga już nie było. Na czele Judenratu, częściowo dzięki swemu germańskiemu nazwisku, stanął sprzedawca Dawid Gutter. Zaczęły ginąć przydziały żywności. Przechwytywali je nie tylko niektórzy wyżsi urzędnicy SS, ale i sam Gutter ze swoimi nowymi rajcami, których namiestnikiem na ulicy był pewny swego Symche Spira, szef OD. Judenrat zatem nie miał już interesu w tym, żeby informować ludzi z getta, dokąd jadą wypełnione ludźmi bydlęce wagony, ponieważ jego członkowie mieli pewność, że sami nie będą musieli się udać w tę podróż.