Выбрать главу

Pierw­szym w get­cie świa­dec­twem praw­dy, a dla Oska­ra osta­tecz­nym po­twier­dze­niem, był po­wrót do Kra­ko­wa, w osiem dni po wy­wie­zie­niu z Pro­ko­ci­mia, mło­de­go ap­te­ka­rza Bach­ne­ra. Nikt nie wie­dział, ja­kim spo­so­bem zna­lazł się on z po­wro­tem ani też dla­cze­go wró­cił w to miej­sce, z któ­re­go SS znów go po pro­stu wy­śle w taką samą po­dróż. Do domu spro­wa­dzi­ła go tę­sk­no­ta za czymś zna­nym, za swo­im miej­scem. Niósł swą opo­wieść przez całą Lwow­ską i ulicz­ka­mi za pla­cem Zgo­dy. Mó­wił, że wi­dział osta­tecz­ną za­gła­dę. W jego oczach błysz­cza­ło sza­leń­stwo, w cią­gu krót­kiej nie­obec­no­ści zdą­ży­ły mu po­si­wieć wło­sy. Mó­wił, że wszyst­kich aresz­to­wa­nych w Kra­ko­wie na po­cząt­ku czerw­ca wy­wie­zio­no pod gra­ni­cę ro­syj­ską, do obo­zu Beł­żec. Gdy po­cią­gi sta­wa­ły na sta­cji, Ukra­iń­cy pał­ka­mi wy­ga­nia­li lu­dzi z wa­go­nów. Wo­kół snuł się strasz­ny smród, ale ja­kiś es­es­man uprzej­mie po­in­for­mo­wał przy­by­łych, że to środ­ki de­zyn­fe­ku­ją­ce. Usta­wio­no lu­dzi przed dwo­ma wiel­ki­mi ma­ga­zy­na­mi. Na jed­nym było na­pi­sa­ne „Szat­nia”, na dru­gim – „Kosz­tow­no­ści”. Przy­by­łym ka­za­no się ro­ze­brać, a mały ży­dow­ski chło­piec krą­żył wo­kół tłu­mu, roz­da­jąc ka­wał­ki sznur­ka do wią­za­nia bu­tów pa­ra­mi. Po­zbie­ra­no oku­la­ry i ob­rącz­ki. Na­gim więź­niom fry­zjer go­lił gło­wy, a pod­ofi­cer SS in­for­mo­wał, że wło­sy są po­trzeb­ne do cze­goś tam dla za­łóg U-bo­otów. Od­ro­sną, po­wie­dział im, pod­trzy­mu­jąc mit o cią­głej uży­tecz­no­ści Ży­dów. W koń­cu ofia­ry po­pę­dzo­no przej­ściem ogro­dzo­nym dru­tem kol­cza­stym do bun­krów, któ­re mia­ły na da­chach mie­dzia­ne gwiaz­dy Da­wi­da i na­pis „Ką­pie­le i in­ha­la­cje”. Es­es­ma­ni przez cały czas uspo­ka­ja­ją­co za­le­ca­li głę­bo­kie od­de­chy jako świet­ny spo­sób na de­zyn­fek­cję. Bach­ner zo­ba­czył, jak mała dziew­czyn­ka upu­ści­ła na zie­mię bran­so­let­kę, a trzy­let­ni chło­piec pod­niósł ją i ba­wiąc się nią wszedł do bun­kra.

W bun­krach, mó­wił Bach­ner, wszyst­kich za­ga­zo­wa­no. Na­stęp­nie spe­cjal­ne bry­ga­dy wy­plą­ty­wa­ły po­szcze­gól­ne dała ze sto­su tru­pów, wy­wo­zi­ły je i grze­ba­ły. W cią­gu dwóch dni za­ga­zo­wa­no wszyst­kich z wy­jąt­kiem jego. Kie­dy cze­kał na wiel­kim pla­cu na swą ko­lej, za­alar­mo­wał go uspo­ka­ja­ją­cy ton SS-ma­nów, uda­ło mu się ja­koś prze­śli­zgnąć do la­try­ny i za­nu­rzyć w otwo­rze. Przez trzy dni sie­dział po szy­ję w od­cho­dach z twa­rzą ob­le­pio­ną mu­cha­mi. Spał sto­jąc, za­kli­no­wa­ny w dziu­rze, żeby się nie uto­pić. Na wierzch wy­czoł­gał się ko­lej­nej nocy.

Ja­kimś cu­dem opu­ścił Beł­żec, idąc to­ra­mi ko­le­jo­wy­mi. Wszy­scy do­my­śla­li się, że uda­ło mu się uciec dla­te­go, iż jest taki nie­roz­sąd­ny. Po dro­dze ktoś go oczy­ścił – za­pew­ne ja­kaś wie­śniacz­ka – i dał mu świe­że ubra­nie na po­wrot­ną po­dróż tam, skąd go za­bra­no.

Ale na­wet wte­dy byli w Kra­ko­wie lu­dzie, któ­rzy uwa­ża­li re­la­cję Bach­ne­ra za nie­bez­piecz­ną po­gło­skę. Od krew­nych uwię­zio­nych w Oświę­ci­miu przy­cho­dzi­ły prze­cież kart­ki pocz­to­we. Za­tem je­śli opo­wieść o Bełż­cu jest praw­dzi­wa, to nie­praw­dzi­we mu­szą być wie­ści z Oświę­ci­mia. A czy to moż­li­we? Przy nie­wiel­kiej ska­li emo­cjo­nal­nej get­ta żyło się cze­pia­jąc każ­dej wie­ści no­szą­cej po­zo­ry wia­ry­god­no­ści.

Ko­mo­ry Bełż­ca, o czym ze swo­ich źró­deł do­wie­dział się Schin­dler, zo­sta­ły ukoń­czo­ne w mar­cu tego roku pod nad­zo­rem ham­bur­skiej fir­my bu­dow­la­nej i in­ży­nie­rów SS z Ora­nien­bur­ga. Z re­la­cji Bach­ne­ra wy­ni­ka­ło, że ko­mo­ry te mo­gły uśmier­cać dzien­nie trzy ty­sią­ce lu­dzi. W bu­do­wie były kre­ma­to­ria – ten no­wo­cze­sny spo­sób po­zby­wa­nia się zwłok co­raz bar­dziej wy­pie­rał sta­ro­świec­kie me­to­dy. Fir­ma z Ham­bur­ga in­sta­lo­wa­ła już iden­tycz­ne urzą­dze­nia w So­bi­bo­rze, tak­że w oko­li­cy Lu­bli­na. Pod­pi­sa­no kon­trak­ty i bu­do­wa po­dob­nych in­sta­la­cji w Tre­blin­ce koło War­sza­wy była już da­le­ko po­su­nię­ta. Za­rów­no ko­mo­ry ga­zo­we, jak i pie­ce kre­ma­to­ryj­ne dzia­ła­ły w obo­zie głów­nym w Oświę­ci­miu i w od­da­lo­nym o kil­ka ki­lo­me­trów Oświę­ci­miu II, czy­li w Brze­zin­ce. Ruch opo­ru twier­dził, że moc prze­ro­bo­wa Oświę­ci­mia II wy­no­si nie mniej niż dzie­sięć ty­się­cy mor­dów dzien­nie. Obóz Chełm­no koło Ło­dzi rów­nież był wy­po­sa­żo­ny w nową tech­no­lo­gię.

Pi­sa­nie o tym te­raz to tyl­ko przy­po­mi­na­nie hi­sto­rii. Lecz do­wie­dzieć się praw­dy o obo­zach w roku 1942 było jak uj­rze­nie spa­da­ją­ce­go z ja­sne­go, czerw­co­we­go nie­ba gro­mu, ozna­cza­ło prze­ży­cie naj­głęb­sze­go wstrzą­su, do­zna­nie cha­osu w tej czę­ści mó­zgu, w któ­rej prze­cho­wu­je się nie­zmien­ne wy­da­wa­ło­by się wy­obra­że­nia o lu­dziach i ich moż­li­wo­ściach. Tego lata mi­lio­ny lu­dzi w Eu­ro­pie, wśród nich tak­że Oskar i miesz­kań­cy kra­kow­skie­go get­ta, z bó­lem przy­sto­so­wy­wa­li swo­je umy­sły do fak­tu ist­nie­nia w pol­skich la­sach oto­czo­nych dru­tem miejsc w ro­dza­ju Bełż­ca.

Tego lata Schin­dler zli­kwi­do­wał pod­upa­dłą fir­mę „Re­kord” i zgod­nie z prze­pi­sa­mi Pol­skie­go Sądu Han­dlo­we­go za po­śred­nic­twem li­cy­ta­cji, prze­pro­wa­dzo­nej pro for­ma, prze­jął cały jej ma­ją­tek na wła­sność. Choć woj­ska nie­miec­kie sta­ły nad Do­nem, w dro­dze do kau­ka­skie­go za­głę­bia naf­to­we­go, Oskar wie­dział już, po tym, co zo­ba­czył na uli­cy Kra­ku­sa, że tej woj­ny Niem­cy nie mogą wy­grać. Była to za­tem wła­ści­wa pora, by jak naj­bar­dziej upra­wo­moc­nić wła­sność fa­bry­ki na Li­po­wej. Miał na­dzie­ję, nie­co dzie­cię­cą, na któ­rą hi­sto­ria nie zwró­ci uwa­gi, że upa­dek złe­go kró­la nie zni­we­czy tej pra­wo­moc­no­ści, że w no­wej erze nie prze­sta­nie mu do­pi­sy­wać do­tych­cza­so­we szczę­ście.

Je­reth z fa­bry­ki opa­ko­wań na­dal na­ma­wiał go do bu­do­wy schro­ni­ska na na­le­żą­cej do nie­go czę­ści nie­użyt­ku. Oskar uzy­skał z urzę­dów od­po­wied­nie po­zwo­le­nia. Na ich uży­tek na­zwał ten ob­szar „miej­scem od­po­czyn­ku dla noc­nej zmia­ny”. Drew­no na bu­do­wę schro­ni­ska prze­ka­zał mu Je­reth.

Ukoń­czo­ny w je­sie­ni bu­dy­nek nie wy­glą­dał zbyt im­po­nu­ją­co. De­ski mia­ły zie­lon­ka­wy od­cień, jak drew­no do pa­ko­wa­nia, i wy­glą­da­ły, że lada mo­ment się ro­ze­schną i będą prze­pusz­czać za­ci­na­ją­cy śnieg. Lecz w cza­sie paź­dzier­ni­ko­wej ak­cji w get­cie było to schro­nie­nie dla oboj­ga Je­re­thów, dla in­nych ro­bot­ni­ków z fa­bry­ki opa­ko­wań i za­kła­du grzej­ni­ków, a tak­że dla noc­nej zmia­ny z fa­bry­ki Oska­ra.

Oskar Schin­dler wy­cho­dził przed biu­ro­wiec w mroź­ne po­ran­ki pod­czas trwa­ją­cej Ak­tion i roz­ma­wiał z es­es­ma­nem, Ukra­iń­cem ze służ­by po­moc­ni­czej, z gra­na­to­wym po­li­cjan­tem, z ode­ma­na­mi, któ­rzy chcie­li od­pro­wa­dzić jego noc­ną zmia­nę do domu; Oskar Schin­dler dzwo­nił do znaj­du­ją­ce­go się przy get­cie biu­ra wach­mi­strza Bo­sko i tłu­ma­czył, dla­cze­go noc­na zmia­na musi dzi­siaj po­zo­stać na Li­po­wej – to już był Oskar Schin­dler, któ­ry da­le­ko wy­kra­czał poza gra­ni­ce ostroż­ne­go pro­wa­dze­nia in­te­re­sów. Wpły­wo­wym lu­dziom, któ­rzy dwu­krot­nie wy­cią­ga­li go z wię­zie­nia, nie uda się tego ro­bić w nie­skoń­czo­ność, na­wet je­śli on w dal­szym cią­gu bę­dzie im da­wał na uro­dzi­ny dro­gie pre­zen­ty. Tego roku na­wet wpły­wo­wi lu­dzie tra­fia­li do Oświę­ci­mia. A je­śli tam umie­ra­li, wdo­wy po nich do­sta­wa­ły la­ko­nicz­ny, po­zba­wio­ny wy­ra­zów ubo­le­wa­nia te­le­gram od ko­men­dan­ta: „Pani mąż zmarł w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym Au­schwitz”.