Выбрать главу

Bo­sko był szczu­pły. Szczu­plej­szy niż Oskar. Miał gru­by głos i, po­dob­nie jak Oskar, był Cze­chem po­cho­dze­nia nie­miec­kie­go. Tak­że i jego ro­dzi­na na­le­ża­ła do kon­ser­wa­tyw­nych i sza­no­wa­ła sta­re ger­mań­skie war­to­ści. Przez pe­wien krót­ki czas Bo­sko ży­wił pan­ger­mań­skie uczu­cia w związ­ku z doj­ściem Hi­tle­ra do wła­dzy; po­dob­nie Beetho­ven dał się po­nieść eu­ro­pej­skim na­dzie­jom za Na­po­le­ona. Bo­sko wstą­pił do SS w Wied­niu, w mie­ście, gdzie stu­dio­wał teo­lo­gię. Do SS za­pi­sał się tro­chę dla­te­go, żeby unik­nąć wcie­le­nia do We­hr­mach­tu, a tro­chę z prze­lot­nej sym­pa­tii, któ­rą te­raz sta­rał się od­po­ku­to­wać, i to w więk­szym stop­niu, niż się Oska­ro­wi zda­wa­ło. Oskar wie­dział o nim wów­czas tyl­ko tyle, że chęt­nie sa­bo­tu­je Ak­tion. Był od­po­wie­dzial­ny za całe get­to i ze swe­go ga­bi­ne­tu, miesz­czą­ce­go się poza mu­ra­mi get­ta, spo­glą­dał na ak­cje z prze­ra­że­niem: uwa­żał się bo­wiem, po­dob­nie jak Oskar, za po­ten­cjal­ne­go świad­ka.

Oskar nie wie­dział, że pod­czas paź­dzier­ni­ko­wej ak­cji Bo­sko prze­my­cił z get­ta kil­ka­dzie­się­cio­ro dzie­ci w kar­to­no­wych pu­dłach. Oskar nie był rów­nież świa­dom, że wach­mistrz wy­sta­wia dzie­siąt­ki prze­pu­stek dla pod­zie­mia. ŻOB w Kra­ko­wie był sil­ny. Skła­dał się głów­nie z człon­ków sto­wa­rzy­szeń mło­dzie­żo­wych, szcze­gól­nie związ­ku Aki­ba, na­zwa­ne­go tak na cześć le­gen­dar­ne­go ra­bi­na Aki­by, mę­dr­ca, au­to­ra Misz­ny. Na cze­le ŻOB-u sta­ło mał­żeń­stwo Szy­mon i Gu­sta Dran­ge­ro­wie (pa­mięt­nik Gu­sty sta­nie się po­tem kla­sy­ką ru­chu opo­ru) oraz Do­lek Lie­be­skind. Człon­ko­wie ZOB-u mu­sie­li mieć moż­li­wość czę­ste­go wcho­dze­nia i wy­cho­dze­nia z get­ta, by wer­bo­wać no­wych człon­ków, prze­no­sić pie­nią­dze, fał­szy­we do­ku­men­ty i eg­zem­pla­rze pod­ziem­nej ga­zet­ki. Mie­li kon­tak­ty z le­wi­co­wą Ar­mią Lu­do­wą, roz­miesz­czo­ną w la­sach wo­kół Kra­ko­wa, któ­ra tak­że po­trze­bo­wa­ła do­ku­men­tów wy­sta­wia­nych przez Bo­ska. Cho­ciaż kon­tak­ty Bo­ska z ŻOB-em i AL wy­star­czy­ły, by go po­wie­sić, w skry­to­ści du­cha po­gar­dzał on sobą za tę cząst­ko­wą dzia­łal­ność. Bo­sko chciał oca­lić wszyst­kich; wkrót­ce spró­bu­je – i zgi­nie.

Czter­na­sto­let­nia Dan­ka Dre­sner, ku­zyn­ka Czer­wo­nej Geni, nie mia­ła tego dzie­cię­ce­go in­stynk­tu, któ­ry po­zwo­lił jej ma­łej krew­niacz­ce przejść przez kor­don na pla­cu Zgo­dy. Mimo że pra­co­wa­ła jako sprzą­tacz­ka w ba­zie Luft­waf­fe, nie mo­gła być pew­na przy­szło­ści: wie­dzia­ła, że przed je­sie­nią każ­da ko­bie­ta po­ni­żej pięt­na­ste­go i po­wy­żej pięć­dzie­sią­te­go roku ży­cia praw­do­po­dob­nie zo­sta­nie z get­ta wy­wie­zio­na.

Tego ran­ka, kie­dy Son­der­kom­man­do SS i od­dzia­ły Po­li­cji Bez­pie­czeń­stwa wpa­dły na Lwow­ską, Dre­sne­ro­wa za­bra­ła Dan­kę na Dą­brow­skie­go, do są­siad­ki, któ­ra mia­ła w domu po­dwój­ną ścia­nę. Są­siad­ka, ko­bie­ta trzy­dzie­sto­let­nia, pra­co­wa­ła w sto­łów­ce ge­sta­po koło Wa­we­lu, mo­gła więc mieć na­dzie­ję, że zo­sta­nie po­trak­to­wa­na ła­god­niej niż inni. Jed­no­cze­śnie jed­nak mia­ła sta­rych ro­dzi­ców, któ­rzy z ra­cji wie­ku byli przez SS z góry ska­za­ni na śmierć. To dla nich są­siad­ka Dre­sne­ro­wej wy­bu­do­wa­ła sześć­dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wy scho­wek w ścia­nie – a było to kosz­tow­ne przed­się­wzię­cie, każ­dą ce­głę bo­wiem mu­sia­ła prze­szmu­glo­wać do get­ta na tacz­kach pod ster­tą in­nych, do­zwo­lo­nych to­wa­rów: szmat, drew­na, środ­ków de­zyn­fek­cyj­nych. Je­den Bóg wie, ile ją to kosz­to­wa­ło – pięć, może dzie­sięć ty­się­cy zło­tych.

Sze­reg razy wspo­mi­na­ła o skryt­ce Dre­sne­ro­wej. W ra­zie ak­cji Dre­sne­ro­wa mo­gła przyjść z cór­ką i ukryć się. Więc gdy Dre­sne­ro­wa usły­sza­ła pew­ne­go ran­ka do­bie­ga­ją­cy zza rogu Dą­brow­skie­go ha­łas – szcze­ka­nie dal­ma­tyń­czy­ków i do­ber­ma­nów i wrzesz­czą­cych przez me­ga­fo­ny obe­rschar­füh­re­rów – ra­zem z cór­ką po­bie­gła do miesz­ka­nia zna­jo­mej.

Gdy we­szły po scho­dach i zna­la­zły wła­ści­wy po­kój, zo­ba­czy­ły, że od­gło­sy z uli­cy zro­bi­ły na są­siad­ce duże wra­że­nie.

– To źle wró­ży – mó­wi­ła. – Moi ro­dzi­ce już tam są. Mała się jesz­cze zmie­ści, ale pani nie.

Dan­ka wpa­try­wa­ła się jak urze­czo­na w ścia­nę, w po­pla­mio­ną ta­pe­tę. Tam w środ­ku, wci­śnię­ci mię­dzy ce­głę, może wśród szczu­rów, sie­dzą sta­rzy ro­dzi­ce tej ko­bie­ty.

Dre­sne­ro­wa zda­ła so­bie spra­wę, że są­siad­ka za­cho­wu­je się hi­ste­rycz­nie.

– Dziew­czyn­ka tak, pani nie – po­wta­rza­ła.

Może my­śla­ła, że je­śli es­es­ma­ni od­kry­ją scho­wek, to będą bar­dziej wy­ro­zu­mia­li, gdy znaj­dą w nim dziec­ko, niż gdy­by od­kry­li tak­że oso­bę do­ro­słą. Dre­sne­ro­wa tłu­ma­czy­ła, że prze­cież nie jest gru­ba, że Ak­tion kon­cen­tru­je się naj­wy­raź­niej na tej stro­nie Lwow­skiej, że nie ma gdzie pójść. I że się zmie­ści. Na Dan­ce moż­na po­le­gać, ale bę­dzie się czu­ła le­piej w obec­no­ści mat­ki. Na oko wi­dać, że za ścia­ną zmiesz­czą się czte­ry oso­by sto­ją­ce obok sie­bie. Lecz dźwięk bli­skich strza­łów ode­brał są­siad­ce reszt­ki roz­sąd­ku.

– Scho­wam dziew­czyn­kę – krzy­cza­ła. – Ale pani niech idzie!

Dre­sne­ro­wa zwró­ci­ła się do Dan­ki i ka­za­ła jej wejść za ścia­nę. Póź­niej Dan­ka nie bę­dzie umia­ła po­wie­dzieć, dla­cze­go po­słu­cha­ła mat­ki i bez sło­wa po­szła za ko­bie­tą. Go­spo­dy­ni wzię­ła ją na strych, pod­nio­sła z pod­ło­gi dy­wa­nik i ka­wa­łek pod­ło­gi z de­sek. Dan­ka ze­szła do otwo­ru. Nie było w nim cał­kiem ciem­no: sta­rusz­ko­wie pa­li­li ka­wa­łek świecz­ki. Dan­ka zna­la­zła się obok ko­bie­ty – nie swo­jej mat­ki, lecz i od niej biło, poza za­pa­chem bru­du, ma­cie­rzyń­skie, opie­kuń­cze cie­pło. Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się lek­ko. Mąż stał po dru­giej stro­nie, z za­mknię­ty­mi ocza­mi, wsłu­chu­jąc się w do­cho­dzą­ce z ze­wnątrz dźwię­ki.

Po ja­kimś cza­sie ko­bie­ta wska­za­ła jej ręką, że może usiąść, je­śli chce. Dan­ka sku­li­ła się bo­kiem i zna­la­zła wy­god­ne miej­sce na pod­ło­dze. Nie na­pa­sto­wa­ły jej żad­ne szczu­ry. Nie sły­sza­ła nic – ani sło­wa mat­ki czy­jej zna­jo­mej z dru­giej stro­ny ścia­ny. Naj­waż­niej­sze, że czu­ła się nie­spo­dzie­wa­nie bez­piecz­na. A wraz z po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa po­ja­wi­ło się nie­za­do­wo­le­nie, że tak bez­wol­nie po­słu­cha­ła mat­ki, a za­raz po­tem oba­wa o mat­kę, któ­ra jest tam, na ze­wnątrz, gdzie trwa Ak­tion.