Выбрать главу

Dre­sne­ro­wa nie opu­ści­ła domu na­tych­miast. SS było te­raz na Dą­brow­skie­go. Uwa­ża­ła, że le­piej bę­dzie, gdy zo­sta­nie. Je­śli ją za­bio­rą, dla jej zna­jo­mej nie bę­dzie to stra­ta. A na­wet może to być jej na rękę. Gdy­by za­bra­li stąd ko­bie­tę, da­ło­by im to może za­do­wo­le­nie z wy­ko­na­nia za­da­nia i od­wio­dło od do­kład­niej­szych oglę­dzin sta­nu ta­pet.

Lecz go­spo­dy­ni miesz­ka­nia wmó­wi­ła so­bie, że znaj­dą wszyst­kich, je­śli Dre­sne­ro­wa u niej zo­sta­nie. Dre­sne­ro­wa zaś była prze­ko­na­na, że je­śli ta ko­bie­ta się nie opa­nu­je, to rze­czy­wi­ście znaj­dą wszyst­kich. Wsta­ła więc i wy­szła. Znaj­dą ją na scho­dach albo w ko­ry­ta­rzu. A może na uli­cy? Nie­pi­sa­nym pra­wem get­ta było, że trze­ba cze­kać w miesz­ka­niu do koń­ca, że każ­dy, kto cho­dzi po scho­dach w cza­sie ak­cji, ob­ra­ża sys­tem.

Ja­kiś czło­wiek w czap­ce po­wstrzy­mał ją przed wyj­ściem na ze­wnątrz. Po­ka­zał się na pro­gu drzwi wej­ścio­wych i mru­żąc oczy wy­glą­dał przez ciem­ny ko­ry­tarz na zim­ne, nie­bie­skie świa­tło po­dwór­ka po dru­giej stro­nie. Po­znał ją, a ona jego. Był ko­le­gą jej star­sze­go syna, ale nie mo­gła się spo­dzie­wać, że to coś po­mo­że: nie wia­do­mo, ja­kim na­ci­skom są pod­da­wa­ni chłop­cy z OD. Wszedł do sie­ni i pod­szedł do niej.

– Pani Dre­sne­ro­wa – po­wie­dział i wska­zał na klat­kę scho­do­wą. – Za dzie­sięć mi­nut już ich nie bę­dzie. Niech się pani scho­wa pod scho­da­mi. No, pro­szę, pod scho­dy.

Z ta­kim sa­mym otę­pie­niem, jak cór­ka usłu­cha­ła jej, ona te­raz usłu­cha­ła mło­dzień­ca z OD. Sku­li­ła się pod scho­da­mi, ale wie­dzia­ła, że nic z tego nie wyj­dzie. De­ma­sko­wa­ło ją je­sien­ne świa­tło wpa­da­ją­ce z po­dwó­rza. Je­śli ze­chcą zaj­rzeć na po­dwó­rze lub do miesz­ka­nia w tyle ko­ry­ta­rza, zo­ba­czą ją. Po­nie­waż nie mia­ło zna­cze­nia, czy stoi, czy się kuli, po­sta­no­wi­ła stać. Jesz­cze w drzwiach ode­man przy­na­glił ją ge­stem, żeby tam po­zo­sta­ła. Po­tem po­szedł. Sły­sza­ła krzy­ki, roz­ka­zy, bła­ga­nia, wszyst­ko z bar­dzo bli­ska, jak­by zza ścia­ny.

Wkrót­ce ode­man wró­cił, ale już nie sam. Usły­sza­ła kro­ki przy drzwiach. Usły­sza­ła, jak mówi po nie­miec­ku, że prze­szu­kał już par­ter i że ni­ko­go w domu nie ma. Ale że na gó­rze są za­miesz­ka­ne po­ko­je. Mó­wił tak zwy­czaj­nie, jak­by rze­czy­wi­ście nic nie ry­zy­ko­wał. A prze­cież po­sta­wił swo­je ży­cie prze­ciw praw­do­po­do­bień­stwu, że prze­szu­kaw­szy Lwow­ską i Dą­brow­skie­go aż do­tąd, Niem­cy nie będą już mie­li ocho­ty sami re­wi­do­wać par­te­ru i nie znaj­dą pod scho­da­mi zna­jo­mej mu tyl­ko z wi­dze­nia Dre­sne­ro­wej.

Jak się oka­za­ło, Niem­cy nie za­wie­dli jego ocze­ki­wań i za­wie­rzy­li sło­wu ode­ma­na. Sły­sza­ła jak idą po scho­dach, otwie­ra­ją i trza­ska­ją drzwia­mi na pierw­szym pię­trze, sły­sza­ła stu­kot ich bu­tów o pod­ło­gę po­ko­ju z po­dwój­ną ścia­ną. Sły­sza­ła pod­nie­sio­ny, ję­dzo­wa­ty głos zna­jo­mej.

– Oczy­wi­ście, że mam po­zwo­le­nie na pra­cę. Pra­cu­ję w sto­łów­ce ge­sta­po i znam tych wszyst­kich pa­nów.

Sły­sza­ła, jak scho­dzą z kimś z dru­gie­go pię­tra, z wię­cej niż jed­ną oso­bą, z ja­kimś mał­żeń­stwem czy ro­dzi­ną. „To za­miast mnie”, po­wie póź­niej Dre­sne­ro­wa. Głos męż­czy­zny w śred­nim wie­ku z ast­ma­tycz­nym po­świ­stem:

– Ależ pa­no­wie, chy­ba mo­że­my za­brać tro­chę ubra­nia.

I od­po­wiedź es­es­ma­na, po pol­sku, obo­jęt­nym to­nem jak od­po­wiedź ko­le­ja­rza za­py­ta­ne­go o czas od­jaz­du:

– Nie trze­ba, wszyst­ko tam do­sta­nie­cie.

Dźwię­ki uci­chły. Dre­sne­ro­wa cze­ka­ła. Dru­gi rzut nie przy­szedł. Jesz­cze wie­le razy będą prze­cze­sy­wać get­to i wy­bie­rać ofia­ry. To, co w czerw­cu wy­da­wa­ło się kul­mi­na­cją okru­cień­stwa, przed na­sta­niem paź­dzier­ni­ka spo­wsze­dnia­ło. I choć była wdzięcz­na chłop­cu z OD, to idąc scho­da­mi na górę po cór­kę zda­ła so­bie spra­wę, że je­śli ak­cje są tak re­gu­lar­ne, pla­no­we i ma­so­we jak te tu­taj, w Kra­ko­wie, jed­no­ra­zo­wym bo­ha­ter­stwem nie da się zmie­nić sys­te­mu. Bar­dziej or­to­dok­syj­ni miesz­kań­cy get­ta mie­li ha­sło: „Go­dzi­na ży­cia to też ży­cie”. Ode­man dał jej tę go­dzi­nę. Wie­dzia­ła, że nikt nie może dać jej wię­cej.

Zna­jo­ma była nie­co za­wsty­dzo­na.

– Mała może przyjść, kie­dy ze­chce – po­wie­dzia­ła.

Mia­ło to zna­czyć: Nie przy­ję­łam pani nie z tchó­rzo­stwa, ale z prze­ko­na­nia. I tak po­zo­sta­nie. Pani nie przyj­mę, cór­kę tak.

Dre­sne­ro­wa nie spie­ra­ła się – mia­ła wra­że­nie, że po­sta­wa tej ko­bie­ty jest czę­ścią rów­na­nia, dzię­ki któ­re­mu ona też się ura­to­wa­ła. Po­dzię­ko­wa­ła jej. Dan­ka może jesz­cze po­trze­bo­wać go­ścin­no­ści.

Od tego dnia Dre­sne­ro­wa bę­dzie pró­bo­wa­ła prze­żyć w inny spo­sób, sta­wia­jąc na eko­no­mię. Mia­ła już wpraw­dzie czter­dzie­ści dwa lata, ale wy­glą­da­ła mło­do i zdro­wo. I po­sta­no­wi­ła, że musi być uży­tecz­na dla In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia lub in­nej ga­łę­zi prze­my­słu wo­jen­ne­go. Nie była pew­na, czy to do­bry po­mysł. W tych cza­sach każ­dy, kto miał choć odro­bi­nę zdol­no­ści spo­strze­ga­nia praw­dy, wi­dział, że dla SS śmierć spo­łecz­nie nie­re­edu­ko­wal­ne­go Żyda prze­wyż­sza wszel­ką war­tość, jaką może on po­sia­dać jako siła ro­bo­cza. Pro­blem więc był tego ro­dza­ju: kto ura­tu­je Judę Dre­sne­ra, za­opa­trze­niow­ca w fa­bry­ce, Jan­ka Dre­sne­ra, me­cha­ni­ka sa­mo­cho­do­we­go w ga­ra­żach We­hr­mach­tu, Dan­kę Dre­sner, słu­żą­cą w Luft­waf­fe, kie­dy SS osta­tecz­nie zre­zy­gnu­je z ich war­to­ści eko­no­micz­nej?

Gdy mło­dy ode­man osła­niał Dre­sne­ro­wą w sie­ni domu na Dą­brow­skie­go, mło­dzi sy­jo­ni­ści z gru­py Ha­lutz i z ŻOB-u przy­go­to­wa­li bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny akt opo­ru. Zdo­by­li mun­du­ry Waf­fen SS, a wraz z nimi pra­wo wstę­pu do za­re­zer­wo­wa­nej dla SS re­stau­ra­cji „Cy­ga­ne­ria” na pla­cu św. Du­cha, na­prze­ciw­ko Te­atru Sło­wac­kie­go. Zo­sta­wi­li tam bom­bę, któ­ra wy­rzu­ci­ła sto­li­ki przez dach, ro­ze­rwa­ła sied­miu es­es­ma­nów na ka­wał­ki i po­ra­ni­ła czter­dzie­stu in­nych.

Gdy Oskar się o tym do­wie­dział, po­my­ślał, że i on mógł tam być, oswa­ja­jąc ja­kie­goś ofi­cje­la.

Taki był zde­cy­do­wa­ny za­miar Szy­mo­na i Gu­sty Dran­ge­rów i ich ko­le­gów: sprze­ci­wiać się wiecz­ne­mu pa­cy­fi­zmo­wi get­ta, skło­nić go do po­wszech­ne­go bun­tu. Do­ko­na­li za­ma­chu bom­bo­we­go na ese­sow­skie kino „Ba­ga­te­la” na Kar­me­lic­kiej. W mro­ku sali ki­no­wej Leni Rie­fen­stahl da­wa­ła obiet­ni­cę nie­miec­kiej ko­bie­co­ści utru­dzo­ne­mu, wę­dru­ją­ce­mu żoł­nie­rzo­wi, speł­nia­ją­ce­mu wolę na­ro­du w bar­ba­rzyń­skim get­cie czy na co­raz nie­bez­piecz­niej­szych uli­cach Kra­ko­wa, a tu na­gle wiel­ka, żół­ta strza­ła ognia prze­sło­ni­ła ob­raz.