Выбрать главу

W cią­gu paru mie­się­cy ŻOB bę­dzie za­ta­piał ło­dzie pa­tro­lo­we na Wi­śle, pod­kła­dał bom­by ben­zy­no­we w roz­ma­itych woj­sko­wych warsz­ta­tach w ca­łym mie­ście, za­ła­twiał prze­pust­ki dla tych, któ­rym nie przy­słu­gi­wa­ły, szmu­glo­wał zdję­cia pasz­por­to­we do ośrod­ków, gdzie przy­da­wa­ły się do pod­ra­bia­nia aryj­skich pa­pie­rów, wy­ko­lei ele­ganc­ki po­ciąg woj­sko­wy kur­su­ją­cy z Kra­ko­wa do Czech i bę­dzie roz­pro­wa­dzał swą pod­ziem­ną ga­zet­kę. Spra­wił rów­nież, że dwaj asy­sten­ci Spi­ry: Spitz i For­ster, któ­rzy spo­rzą­dza­li li­sty aresz­to­wań ty­się­cy lu­dzi, wpa­dli w pu­łap­kę ge­sta­po. Była to ad­ap­ta­cja ja­re­go stu­denc­kie­go nu­me­ru. Ktoś z pod­zie­mia, uda­jąc in­for­ma­to­ra, umó­wił się z obo­ma po­li­cjan­ta­mi w pod­kra­kow­skiej wio­sce. Rów­no­cze­śnie inny rze­ko­my in­for­ma­tor za­wia­do­mił Po­mor­ską, że dwóch przy­wód­ców ży­dow­skiej par­ty­zant­ki spo­tka się w tym a tym miej­scu. Obu sko­si­ły se­rie ka­ra­bi­no­we, gdy ucie­ka­li przed ge­sta­po.

Nie­mniej jed­nak styl opo­ru w get­cie po­zo­stał taki, jak za Ar­tu­ra Ro­sen­zwe­iga. Ten ostat­ni, gdy w czerw­cu ka­za­no mu spo­rzą­dzić li­stę ty­się­cy lu­dzi do de­por­ta­cji, na pierw­szych miej­scach umie­ścił sie­bie, żonę i cór­kę.

A na Za­bło­ciu, na ty­łach „Ema­lii”, Je­reth i Schin­dler upra­wia­li swój wła­sny ro­dzaj opo­ru, pla­nu­jąc bu­do­wę dru­gie­go ba­ra­ku.

XVII

Do Kra­ko­wa przy­był au­striac­ki den­ty­sta, dr Se­dla­cek, i ostroż­nie roz­py­ty­wał się o Schin­dle­ra. Przy­je­chał po­cią­giem z Bu­da­pesz­tu; przy­wiózł z sobą li­stę po­ten­cjal­nych kon­tak­tów, a w wa­liz­ce z po­dwój­nym dnem plik oku­pa­cyj­nych zło­tych. Gu­ber­na­tor Frank wie­dział, co robi, kie­dy unie­waż­niał więk­sze no­mi­na­ły pol­skiej wa­lu­ty.

Dr Se­dla­cek uda­wał, że przy­jeż­dża w in­te­re­sach; w rze­czy­wi­sto­ści był ku­rie­rem sy­jo­ni­stycz­nej or­ga­ni­za­cji po­mo­cy z Bu­da­pesz­tu.

Jesz­cze je­sie­nią 1942 roku sy­jo­ni­ści w Pa­le­sty­nie, nie mó­wiąc już o resz­cie świa­ta, sły­sze­li tyl­ko po­gło­ski o tym, co się dzie­je w Eu­ro­pie. Za­ło­ży­li w Istam­bu­le biu­ro zbie­ra­nia spraw­dzo­nych wia­do­mo­ści. Z miesz­ka­nia w dziel­ni­cy Bey­oglu tro­je agen­tów roz­sy­ła­ło pocz­tów­ki do każ­dej or­ga­ni­za­cji sy­jo­ni­stycz­nej w oku­po­wa­nej przez Niem­ców Eu­ro­pie. Tekst brzmiał: „Daj­cie mi o so­bie znać. Eretz tę­sk­ni za wami”. „Eretz” zna­czy „kraj”, a dla każ­de­go sy­jo­ni­sty – Izra­el. Wszyst­kie kart­ki pod­pi­sy­wa­ła jed­na i ta sama oso­ba, Sar­ka Man­del­blatt, któ­ra mia­ła wy­god­ne, tu­rec­kie oby­wa­tel­stwo.

Pocz­tów­ki tra­fi­ły w próż­nię. Nikt nie od­po­wia­dał. Zna­czy­ło to, że ad­re­sa­ci są w wię­zie­niu, w le­sie, w obo­zie, w get­cie lub nie żyją. Je­dy­ną in­for­ma­cją dla istam­bul­skich sy­jo­ni­stów była zło­wiesz­cza ci­sza.

Do­pie­ro póź­ną je­sie­nią 1942 roku or­ga­ni­za­cja otrzy­ma­ła jed­ną od­po­wiedź, pocz­tów­kę z wi­do­kiem Be­lva­ros w Bu­da­pesz­cie. Wid­niał na niej tekst: „Do­brze, że się za­in­te­re­so­wa­li­ście moją sy­tu­acją. Ra­ha­min ma­her (szyb­ka po­moc) bar­dzo po­trzeb­na. Bądź­cie w kon­tak­cie”.

Od­po­wiedź tę uło­żył bu­da­pesz­teń­ski złot­nik Samu Spring­mann, któ­ry otrzy­mał i od­cy­fro­wał wia­do­mość z kart­ki od Sar­ki Man­del­blatt. Samu był drob­nej po­stu­ry, wzro­stu dżo­ke­ja, w sile wie­ku. Od trzy­na­ste­go roku ży­cia, po­mi­mo nie­za­chwia­nej uczci­wo­ści, „sma­ro­wał” urzęd­ni­ków, wy­świad­czał przy­słu­gi kor­pu­so­wi dy­plo­ma­tycz­ne­mu, prze­ku­py­wał bez­względ­ną taj­ną po­li­cję wę­gier­ską. Te­raz istam­bul­scy agen­ci dali mu znać, że chcą go użyć do prze­sy­ła­nia po­mo­cy fi­nan­so­wej na te­ren im­pe­rium nie­miec­kie­go i do prze­ka­zy­wa­nia im, a za ich po­śred­nic­twem świa­tu, kon­kret­nych da­nych o sy­tu­acji eu­ro­pej­skich Ży­dów.

Na sprzy­mie­rzo­nych z Niem­ca­mi Wę­grzech ge­ne­ra­ła Hor­thy­ego Samu Spring­mann i jego ko­le­dzy-sy­jo­ni­ści byli tak samo po­zba­wie­ni wia­do­mo­ści spo­za pol­skiej gra­ni­cy, jak ci w Istam­bu­le. Ale Samu za­czął wer­bo­wać ku­rie­rów, któ­rzy czy to za pie­nią­dze, czy z prze­ko­na­nia po­dej­mo­wa­li się pe­ne­tro­wać oku­po­wa­ne te­ry­to­ria. Jed­nym z nich był han­dlarz dia­men­ta­mi, Erich Po­pe­scu, agent wę­gier­skiej taj­nej po­li­cji. In­nym prze­myt­nik dy­wa­nów Ban­di Grosz, któ­ry rów­nież po­ma­gał taj­nej po­li­cji, ale za­czął pra­co­wać dla Spring­man­na, żeby od­po­ku­to­wać za cier­pie­nia, na ja­kie na­ra­ził swą nie­ży­ją­cą już mat­kę. Trze­cim był Rudi Schulz, Au­striak, ka­siarz, agent Urzę­du Nad­zor­cze­go Ge­sta­po w Stut­t­gar­cie. Spring­mann miał dar zjed­ny­wa­nia so­bie po­dwój­nych agen­tów, jak Po­pe­scu, Grosz i Schulz, przez gra­nie na ich sen­ty­men­tach, na chci­wo­ści, a na­wet na za­sa­dach, je­śli oczy­wi­ście je mie­li.

Nie­któ­rzy z jego ku­rie­rów rze­czy­wi­ście byli ide­ali­sta­mi. Roz­py­tu­ją­cy o Herr Schin­dle­ra Se­dla­cek też do nich na­le­żał. W Wied­niu miał do­brze pro­spe­ru­ją­cy ga­bi­net den­ty­stycz­ny i jako czło­wiek po czter­dzie­st­ce nie po­trze­bo­wał wo­zić do Pol­ski wa­li­zek z po­dwój­nym dnem. A mimo to zna­lazł się tu­taj, wraz ze spo­rzą­dzo­ną w Istam­bu­le li­stą. A dru­gie na­zwi­sko na li­ście brzmia­ło: „Oskar Schin­dler”!

Ozna­cza­ło to, że ktoś – może Iza­ak Stern, może prze­my­sło­wiec Gin­ter, może dr Alek­san­der Bi­ber­ste­in – po­dał jego na­zwi­sko sy­jo­ni­stom w Pa­le­sty­nie. Tym sa­mym uzna­no go za czło­wie­ka spra­wie­dli­we­go, o czym Oskar oczy­wi­ście nie miał po­ję­cia.

Dok­tor Se­dla­cek miał zna­jo­me­go w kra­kow­skim gar­ni­zo­nie, jak on wie­deń­czy­ka, swo­je­go by­łe­go pa­cjen­ta. Był nim ma­jor Franz von Ko­rab z We­hr­mach­tu. Pierw­sze­go wie­czo­ra po przy­jeź­dzie do Kra­ko­wa dok­tor chciał się spo­tkać z ma­jo­rem przy drin­ku w ho­te­lu „Cra­co­via”. Se­dla­cek miał za sobą przy­kry dzień: po­szedł nad sza­rą Wi­słę i pa­trzył na Pod­gó­rze, po­nu­rą for­te­cę oto­czo­ną dru­ta­mi kol­cza­sty­mi i wy­so­ki­mi, przy­po­mi­na­ją­cy­mi na­grob­ki mu­ra­mi. W ów brzyd­ki zi­mo­wy dzień nad miej­scem tym wi­sia­ła chmu­ra szcze­gól­nie ciem­na, i moc­niej­szy też pa­dał deszcz za wschod­nią bra­mą muru, gdzie na­wet po­li­cjan­ci spra­wia­li wra­że­nie prze­klę­tych. Gdy na­de­szła pora spo­tka­nia z von Ko­ra­bem, Se­dla­cek z ulgą opu­ścił to miej­sce.

Na przed­mie­ściach Wied­nia za­wsze plot­ko­wa­no, że bab­ka von Ko­ra­ba była Ży­dów­ką. Mó­wi­li tak nu­dzą­cy się w po­cze­kal­ni pa­cjen­ci – w Rze­szy plot­ki na te­mat ge­ne­alo­gii były, na rów­ni z po­go­dą, trak­to­wa­ne jako te­mat do po­ga­wę­dek. Lu­dzie z po­wa­gą za­sta­na­wia­li się przy kie­lisz­ku, czy to praw­da, że bab­ka Re­in­har­da Hey­dri­cha po­ślu­bi­ła Żyda o na­zwi­sku Suss. Raz, wbrew zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi, za to w imię przy­jaź­ni, von Ko­rab przy­znał się Se­dlac­ko­wi, że plot­ki na jego te­mat są praw­dą. Wy­zna­nie to ozna­cza­ło gest za­ufa­nia, za któ­ry te­raz moż­na się było bez­piecz­nie zre­wan­żo­wać. Se­dla­cek py­tał więc ma­jo­ra o nie­któ­rych lu­dzi z istam­bul­skiej li­sty. Przy na­zwi­sku Schin­dle­ra von Ko­rab ro­ze­śmiał się sze­ro­ko. Znał Herr Schin­dle­ra, by­wał z nim na przy­ję­ciach. Jest wiel­ki, mó­wił ma­jor, i robi wiel­kie pie­nią­dze. Bar­dziej in­te­li­gent­ny, niż się wy­da­je. Mogę za­raz do nie­go za­dzwo­nić i umó­wić pana z nim, za­pro­po­no­wał von Ko­rab.