Nazajutrz o dziesiątej rano weszli obaj do gabinetu w „Emalii”. Schindler przywitał Sedlacka uprzejmie, ale cały czas spoglądał na majora, chcąc zgłębić, na ile ten ufa dentyście. Po jakimś czasie Oskar przekonał się do przybysza, a major opuścił ich, nie dając się namówić na poranną kawę.
– A zatem – zaczął Sedlacek po wyjściu von Koraba – powiem panu dokładnie, skąd przyjechałem.
Nie wspominał o przywiezionych pieniądzach ani o tym, że w przyszłości zaufani łącznicy w Polsce będą dostawać duże sumy od żydowskiej organizacji Joint Distribution Committee. Dentysta pytał jedynie, co Herr Schindler wie i myśli o wojnie przeciwko Żydom w Polsce.
Schindler zawahał się. Przez sekundę Sedlacek spodziewał się odmowy. Rosnące zakłady Schindlera zatrudniały pięciuset pięćdziesięciu Żydów na esesowskich stawkach. Takim jak Schindler Inspektorat Uzbrojenia gwarantował ciągły napływ lukratywnych kontraktów, a SS za nie więcej niż siedem i pół marki od osoby dziennie zapewniało ciągłość niewolniczej siły roboczej. Nie byłoby dziwne, gdyby przemysłowiec rozparł się teraz w fotelu i powiedział, że nic nie wie.
– Jest jeden problem, Herr Sedlacek: to, co oni robią z ludźmi w tym kraju, przechodzi wszelkie wyobrażenie.
– Chce pan powiedzieć, że moi zleceniodawcy mogą nie uwierzyć panu? – zapytał Sedlacek.
– Mnie samemu trudno w to uwierzyć – rzekł Schindler.
Wstał, podszedł do szafki, nalał dwa kieliszki koniaku i podał jeden Sedlackowi. Z drugim powrócił na swoje miejsce przy biurku. Wypił łyk, zmarszczył brwi na widok jakiejś faktury, podniósł ją, podszedł na palcach do drzwi i otworzył je z rozmachem, jakby obawiał się podsłuchiwania. Przez chwilę stał tak obramowany futryną. Potem Sedlacek usłyszał, jak swobodnie rozmawia o tej fakturze ze swoją polską sekretarką. Po paru minutach, zamykając za sobą drzwi, wrócił do Sedlacka, znów zajął miejsce za biurkiem i po kolejnym głębokim łyku zaczął mówić.
Nawet w wąskim środowisku Sedlacka, jego wiedeńskim stowarzyszeniu antynazistowskim, nie wyobrażano sobie, że prześladowania są prowadzone aż tak systematycznie. Opowieść Schindlera była wprost niewiarygodna, nie tylko w kategoriach moralnych: bo czy to możliwe, aby w czasie wojny narodowi socjaliści przeznaczali tysiące żołnierzy, cenny tabor kolejowy i związane z nim możliwości przewozowe, kosztowną technikę, część kadry naukowej z ośrodków badawczo-rozwojowych, znaczny sektor biurokracji, całe arsenały broni automatycznej, magazyny amunicji – dla celów eksterminacji, nie posiadającej znaczenia militarnego ani gospodarczego, lecz jedynie psychologiczne? Doktor Sedlacek spodziewał się innego rodzaju prześladowań: głodu, ucisku ekonomicznego, tu i ówdzie brutalnych pogromów, pogwałcenia praw własności – przykładów znanych z historii.
Krótki opis wydarzeń w Polsce przekonał Sedlacka tylko dlatego, że pochodził od Oskara. Od początku okupacji powodziło mu się dobrze: zaszył się w swoim własnym światku z kieliszkiem koniaku w dłoni. Był w nim zarówno wielki spokój wewnętrzny, jak i głęboki gniew. Był kimś, kto nie potrafi nie wierzyć w najgorsze. W swojej opowieści nie wykazywał skłonności do przesady.
– Jeśli załatwię panu wizę – zapytał Sedlacek – to czy przyjedzie pan do Budapesztu przekazać to, co mi pan tu opowiedział, moim mocodawcom?
Przez moment Schindler wyglądał na zaskoczonego.
– Może pan napisać sprawozdanie – zaproponował. – Z pewnością słyszał pan już to wszystko z innych źródeł.
Lecz Sedlacek zaprzeczył; trafiały się tylko pojedyncze opisy, szczegóły tego czy tamtego incydentu. Żadnego szerszego spojrzenia.
– Niech pan przyjedzie do Budapesztu – namawiał Sedlacek. – Tylko proszę pamiętać, że podróż może być niewygodna.
– Czy to znaczy, że będę musiał iść pieszo?
– Aż tak źle nie jest – odparł dentysta. – Ale nie jest wykluczone, że będzie pan musiał jechać pociągiem towarowym.
– Przyjadę – obiecał Oskar.
Sedlacek wypytał go o inne nazwiska z istambulskiej listy. Na jej czele figurował krakowski dentysta. Dentystów łatwo odwiedzać, mówił Sedlacek, ponieważ każdy człowiek na świecie ma przynajmniej jedną prawdziwą dziurę w zębie.
– Nie – sprzeciwił się Schindler – niech pan się z nim nie kontaktuje. Poszedł na współpracę z SS.
Przed powrotem do Budapesztu, do Springmanna, dr Sedlacek jeszcze raz spotkał się z Schindlerem. W jego gabinecie w „Emalii” wręczył mu niemal całą przywiezioną sumę. Biorąc pod uwagę upodobania Schindlera, istniało pewne ryzyko, że wyda te pieniądze na czarnorynkową biżuterię dla swoich kochanek. Lecz ani Springmann, ani Istambuł nie domagali się gwarancji. Nie mogli się spodziewać, że rozliczą odbiorców takich sum.
Ale Oskar zachował się bez zarzutu: przekazał pieniądze społeczności żydowskiej, by je wydała według swojego uznania.
Mordechaj Wulkan, który – podobnie jak Dresnerowa – zetknie się z Oskarem Schindlerem, był z zawodu złotnikiem. Teraz, pod koniec roku, odwiedził go w domu jeden z członków sekcji politycznej Spiry. Nic takiego, uspokajał odeman. To prawda, że Wulkan był notowany. Rok wcześniej podpadł odemanom za sprzedaż waluty na czarnym rynku. Gdy nie przyjął pracy agenta w Biurze Kontroli Waluty, został pobity przez SS, a jego żona musiała złożyć wizytę wachmeistrowi Beckowi i dać łapówkę w zamian za jego uwolnienie.