Выбрать главу

W czerw­cu tego roku już miał być wy­wie­zio­ny do Bełż­ca, ale zna­jo­my ode­man wy­pro­wa­dził go z dzie­dziń­ca „Opti­my”. Na­wet w OD znaj­do­wa­li się sy­jo­ni­ści, jak­kol­wiek małe mie­li szan­se zo­ba­czyć kie­dyś Je­ro­zo­li­mę.

Ten, któ­ry przy­szedł do nie­go te­raz, nie był sy­jo­ni­stą. Po­wie­dział mu, że SS pil­nie po­trze­bu­je czte­rech złot­ni­ków. Sym­che Spi­ra do­stał trzy go­dzi­ny na ich zna­le­zie­nie. W ten spo­sób He­rzog, Fried­ner, Grüner i Wul­kan, czte­rej złot­ni­cy, zna­leź­li się na po­ste­run­ku OD i zo­sta­li za­pro­wa­dze­ni z get­ta do by­łej Po­li­tech­ni­ki, obec­nie ma­ga­zy­nu Głów­ne­go Urzę­du Go­spo­dar­czo-Ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go SS.

Z chwi­lą gdy Wul­kan wszedł na te­ren Po­li­tech­ni­ki, sta­ło się dlań ja­sne, że obo­wią­zu­ją tu nad­zwy­czaj­ne środ­ki bez­pie­czeń­stwa. Przy każ­dych drzwiach stał straż­nik. W hal­lu ofi­cer SS ostrzegł złot­ni­ków, że je­śli po­wie­dzą ko­muś o tym, co tu ro­bi­li, to zo­sta­ną wy­sła­ni do obo­zu pra­cy. Ka­zał im co­dzien­nie przy­no­sić ze sobą szli­fier­ki do dia­men­tów i przy­bo­ry do spraw­dza­nia pró­by zło­ta.

Po­pro­wa­dzo­no ich do piw­ni­cy. Do­ko­ła ścian cią­gnę­ły się pół­ki wy­peł­nio­ne wa­liz­ka­mi, każ­da z na­zwi­skiem, sta­ran­nie, choć na próż­no wy­pi­sa­nym przez by­łe­go wła­ści­cie­la. Pod wy­so­ko umiesz­czo­ny­mi okna­mi stał rząd drew­nia­nych skrzyń. Czte­rej złot­ni­cy kuc­nę­li w pu­stym miej­scu na środ­ku, a dwóch es­es­ma­nów zdję­ło wa­liz­kę, prze­nio­sło ją z tru­dem i wy­sy­pa­ło za­war­tość przed He­rzo­giem. Po­szli po na­stęp­ną, któ­rą opróż­ni­li przed Grüne­rem. Ko­lej­ne ka­ska­dy zło­ta po­sy­pa­ły się przed Fried­ne­rem i Wul­ka­nem. Było to sta­re zło­to: pier­ścion­ki, brosz­ki, bran­so­le­ty, ze­gar­ki, lor­gnon, cy­gar­nicz­ki. Za­da­niem złot­ni­ków było usta­le­nie pró­by zło­ta i od­dzie­le­nie peł­ne­go krusz­cu od po­zło­ty. Dia­men­ty i per­ły trze­ba było osza­co­wać. Mie­li se­gre­go­wać wszyst­ko – we­dług war­to­ści i wagi – na osob­ne sto­sy.

Z po­cząt­ku pod­no­si­li te przed­mio­ty nie­pew­nie, ale już wkrót­ce do­szły do gło­su sta­re, za­wo­do­we przy­zwy­cza­je­nia. Po­sor­to­wa­ne zło­to i bi­żu­te­rię es­es­ma­ni ła­do­wa­li do na­szy­ko­wa­nych skrzyń. Na wy­peł­nio­nych skrzy­niach ma­lo­wa­no czar­ną far­bą na­pis: „SS Re­ichs­füh­rer Ber­lin”. Po­śród tej bi­żu­te­rii było wie­le dzie­cię­cych pier­ścion­ków i trze­ba było ra­cjo­nal­nie, chłod­no re­ago­wać na świa­do­mość ich po­cho­dze­nia. Tyl­ko raz złot­ni­cy za­mar­li – gdy es­es­ma­ni otwo­rzy­li wa­liz­kę i wy­sy­pa­ły się z niej zło­te zęby, jesz­cze po­ma­za­ne krwią. Ze sto­su pię­trzą­ce­go się u stóp Wul­ka­na usta ty­się­cy po­mor­do­wa­nych krzy­cza­ły do nie­go, żeby wstał, od­rzu­cił swo­je przy­rzą­dy i po­wie­dział o ha­nieb­nym po­cho­dze­niu tych wa­lo­rów. Po chwi­lo­wej prze­rwie He­rzog i Grüner, Wul­kan i Fried­ner znów za­bra­li się do sor­to­wa­nia, zda­jąc so­bie te­raz spra­wę z war­to­ści tego, co sami no­si­li w ustach, i co w każ­dej chwi­li mo­gło stać się ce­lem za­in­te­re­so­wa­nia nie­miec­kich po­szu­ki­wa­czy zło­ta.

Sor­to­wa­nie skar­bów Po­li­tech­ni­ki za­ję­ło im sześć ty­go­dni. Gdy skoń­czy­li, za­bra­no ich z ko­lei do nie uży­wa­ne­go ga­ra­żu, za­mie­nio­ne­go na ma­ga­zyn sre­bra. Ka­na­ły ser­wi­so­we były wy­peł­nio­ne czy­stym sre­brem – pier­ścion­ka­mi, wi­sior­ka­mi, ta­le­rza­mi pas­chal­ny­mi, wska­zów­ka­mi do Tory, na­pier­śni­ka­mi, ko­ro­na­mi, kan­de­la­bra­mi. Od­dzie­la­li przed­mio­ty srebr­ne od po­sre­brza­nych, wszyst­ko wa­ży­li. Od­po­wie­dzial­ny za całą ope­ra­cję ofi­cer SS na­rze­kał, jak nie­wy­god­nie bę­dzie pa­ko­wać te przed­mio­ty, a Wul­kan za­pro­po­no­wał, aby je sto­pić. Choć nie był re­li­gij­ny, uwa­żał, że po­mniej­szy to triumf zwy­cięz­ców, je­śli Rze­sza otrzy­ma sre­bro odar­te ze swo­jej ju­da­istycz­nej for­my. Jed­nak ofi­cer się nie zgo­dził. Te przed­mio­ty mo­gły być prze­zna­czo­ne do ja­kie­goś dy­dak­tycz­ne­go mu­zeum, a może w SS do­ce­nia­no ar­tyzm bóż­ni­co­we­go sre­bra.

Gdy skoń­czy­li, Wul­kan znów zo­stał bez pra­cy. Mu­siał re­gu­lar­nie opusz­czać get­to, by zdo­być żyw­ność dla ro­dzi­ny, szcze­gól­nie dla cór­ki cier­pią­cej na bron­chit. Przez ja­kiś czas pra­co­wał w warsz­ta­cie me­ta­lo­wym na Ka­zi­mie­rzu, gdzie po­znał pew­ne­go es­es­ma­na, Obe­rschar­füh­rern Golę. Gola zna­lazł mu pra­cę kon­ser­wa­to­ra w ko­sza­rach SA koło Wa­we­lu. Wcho­dząc do sto­łów­ki ze swy­mi na­rzę­dzia­mi, Wul­kan zo­ba­czył na­pis nad drzwia­mi: FÜR JU­DEN UND HUN­DE EIN­TRITT VER­BO­TEN – „Ży­dom i psom wstęp wzbro­nio­ny”. Na­pis ten, wraz z set­ka­mi ty­się­cy zę­bów, któ­re sza­co­wał na Po­li­tech­ni­ce, prze­ko­nał go, że wy­ba­wie­nia nie bę­dzie się moż­na spo­dzie­wać jako bez­ce­re­mo­nial­ne­go ge­stu ko­goś ta­kie­go jak Gola. Gola pił w sto­łów­ce nie spo­strze­ga­jąc na­pi­su, tak jak nie za­uwa­żył­by bra­ku ro­dzi­ny Wul­ka­na, gdy­by ją za­bra­no do Bełż­ca czy in­ne­go miej­sca o po­dob­nym cha­rak­te­rze. Dla­te­go Wul­kan, jak Dre­sne­ro­wa i ja­kieś pięt­na­ście ty­się­cy in­nych miesz­kań­ców get­ta, wie­dzie­li, że po­trze­ba nie­zwy­kłe­go i wstrzą­sa­ją­ce­go wy­ba­wie­nia. Ani przez chwi­lę jed­nak nie wie­rzy­li, że do nie­go doj­dzie.

XVIII

Dok­tor Se­dla­cek za­po­wia­dał po­dróż peł­ną nie­wy­gód, i taka rze­czy­wi­ście była. Oskar je­chał w po­rząd­nym pal­cie i z wa­liz­ką wy­peł­nio­ną róż­ny­mi dro­bia­zga­mi, któ­re bar­dzo mu się pod­czas po­dró­ży przy­da­ły. Mimo że do­ku­men­ty miał w po­rząd­ku, wo­lał ich nie po­ka­zy­wać. Za­wsze po­tem bę­dzie mógł po­wie­dzieć, że w żad­nym Bu­da­pesz­cie w grud­niu nie był.

Je­chał w wa­go­nie to­wa­ro­wym za­ła­do­wa­nym ster­ta­mi eg­zem­pla­rzy par­tyj­nej ga­ze­ty „Völ­ki­scher Be­obach­ter”, prze­zna­czo­nej do sprze­da­ży na Wę­grzech. Oto­czo­ny cięż­ką go­tyc­ką czcion­ką i za­pa­chem far­by dru­kar­skiej, ko­ły­sał się w po­cią­gu, któ­ry wiózł go przez ośnie­żo­ne góry Sło­wa­cji, przez wę­gier­ską gra­ni­cę, przez do­li­nę Du­na­ju.

Miał za­re­zer­wo­wa­ny po­kój w „Pa­no­nii”, koło uni­wer­sy­te­tu. W dniu jego przy­jaz­du, po po­łu­dniu, zło­ży­li mu wi­zy­tę mały Samu Spring­mann i jego współ­pra­cow­nik, dr Rez­so Kast­ner. Męż­czyź­ni, któ­rzy przy­je­cha­li win­dą na pię­tro Schin­dle­ra, wie­dzie­li już co nie­co od uchodź­ców. Lecz uchodź­cy mo­gli do­star­czyć je­dy­nie ni­tek. Sam fakt, że unik­nę­li za­gro­że­nia, ozna­czał, że mało wie­dzą o jego geo­gra­fii, o jego funk­cjo­no­wa­niu, o jego roz­mia­rach. Kast­ner i Spring­mann cze­ka­li na to spo­tka­nie z nie­cier­pli­wo­ścią, po­nie­waż – je­śli wie­rzyć Se­dlac­ko­wi – ten su­dec­ki Nie­miec mógł im prze­ka­zać ob­raz ca­łej tka­ni­ny, pierw­sze peł­ne spra­woz­da­nie z pol­skie­go po­gro­mu.

Ce­re­mo­nia pre­zen­ta­cji była krót­ka: Kast­ner i Spring­mann przy­szli tu słu­chać, a wie­dzie­li, że Schin­dler chce mó­wić. W tym opę­ta­nym przez kawę mie­ście nikt z obec­nych nie pró­bo­wał sfor­ma­li­zo­wać roz­mo­wy przez za­mó­wie­nie do po­ko­ju kawy i cia­stek. Uści­snąw­szy dłoń po­tęż­ne­go Niem­ca, Kast­ner i Spring­mann usie­dli, ale Schin­dler cho­dził tam i z po­wro­tem. Wy­da­wa­ło się, że mimo od­le­gło­ści od Kra­ko­wa, get­ta i Ak­tion, jego wie­dza nie­po­koi go jesz­cze bar­dziej niż pod­czas krót­kiej roz­mo­wy z Se­dlac­kiem. Schin­dler te­raz ner­wo­wo spa­ce­ro­wał po dy­wa­nie. Jego kro­ki pew­nie było sły­chać w po­ko­ju po­ni­żej, i aż za­drżał kan­de­labr, gdy Oskar tup­nął nogą imi­tu­jąc ruch es­es­ma­na z plu­to­nu eg­ze­ku­cyj­ne­go na Kra­ku­sa, tego, któ­ry na oczach Czer­wo­nej Geni przy­dep­tał gło­wę le­żą­ce­go na zie­mi chłop­ca.