Выбрать главу

O dzie­sią­tej na­stęp­ne­go dnia, w ga­bi­ne­cie Ju­lia­na Szer­ne­ra w cen­trum mia­sta, od­by­ło się spo­tka­nie z miej­sco­wy­mi przed­się­bior­ca­mi i ko­mi­sa­rza­mi. Amon Göth przy­był uśmie­cha­jąc się po bra­ter­sku; w zna­ko­mi­cie do­pa­so­wa­nym do swo­jej wiel­kiej po­stu­ry mun­du­rze SS zda­wał się do­mi­no­wać w ca­łym po­ko­ju. Był pe­wien, że uda mu się na­mó­wić nie­za­leż­nych: Bo­scha, Ma­drit­scha i Schin­dle­ra, na prze­nie­sie­nie swych ży­dow­skich ro­bot­ni­ków za dru­ty Pła­szo­wa. Poza tym prze­gląd kwa­li­fi­ka­cji miesz­kań­ców get­ta uzmy­sło­wił mu, że na Ra­szo­wie bę­dzie moż­na zro­bić do­bry in­te­res. Wśród przy­szłych więź­niów byli złot­ni­cy, ta­pi­ce­rzy, kraw­cy itd., któ­rych moż­na użyć do spe­cjal­nych za­dań, to zna­czy do re­ali­za­cji za­mó­wień ofi­ce­rów SS i We­hr­mach­tu, a tak­że bo­gat­szych nie­miec­kich urzęd­ni­ków. W obo­zie znaj­dą się warsz­ta­ty odzie­żo­we Ma­drit­scha, ema­lier­nia Schin­dle­ra, może ja­kieś za­kła­dy me­ta­lo­we, fa­bry­ka szczo­tek, ma­ga­zyn do od­na­wia­nia zu­ży­tych, uszko­dzo­nych czy po­pla­mio­nych mun­du­rów We­hr­mach­tu z fron­tu ro­syj­skie­go, ma­ga­zyn ży­dow­skiej odzie­ży z gett, któ­rą bę­dzie się wy­sy­ła­ło do bom­bar­do­wa­nych nie­miec­kich miast. W Lu­bli­nie dość na­pa­trzył się na swo­ich prze­ło­żo­nych bu­szu­ją­cych w ese­sow­skich ma­ga­zy­nach fu­ter i kosz­tow­no­ści. A że miał już te­raz do­sta­tecz­nie wy­so­ką ran­gę, więc mógł się spo­dzie­wać, że w więk­szo­ści obo­zo­wych za­kła­dów bę­dzie miał swój oso­bi­sty udział. Osią­gnął w swej ka­rie­rze ten szczę­śli­wy punkt, w któ­rym obo­wiąz­ki scho­dzą się z ko­rzy­ścia­mi ma­te­rial­ny­mi. To­wa­rzy­ski es­es­man Szer­ner roz­ma­wiał z nim po­przed­nie­go wie­czo­ra przy ko­la­cji o tym, jak wiel­ką szan­są jest Pła­szów dla mło­de­go ofi­ce­ra – i w ogó­le dla nich obu.

Scher­ner z po­wa­gą mó­wił o „kon­cen­tra­cji siły ro­bo­czej”, jak­by to była nowo od­kry­ta przez urzęd­ni­ków SS za­sa­da eko­no­micz­na. Wszy­scy ro­bot­ni­cy będą na miej­scu, mó­wił Szer­ner. Utrzy­ma­nie fa­bryk nie bę­dzie kosz­to­wa­ło ani gro­sza, nie bę­dzie też opłat za na­jem. Wszyst­kich pa­nów za­pro­szo­no na po­po­łu­dnie na in­spek­cję te­re­nów prze­my­sło­wych w Pła­szo­wie.

Przed­sta­wio­no no­we­go ko­men­dan­ta. Po­wie­dział, że cie­szy się, iż ma do czy­nie­nia z prze­my­słow­ca­mi, któ­rych cen­ny wkład w wy­si­łek woj­sko­wy jest już sze­ro­ko zna­ny.

Amon po­ka­zał na pla­nie obo­zu ob­szar za­re­zer­wo­wa­ny dla fa­bryk. Mie­ścił się on tuż obok sek­to­ra mę­skie­go; ko­bie­ty – mó­wił z cza­ru­ją­cym uśmie­chem – będą mu­sia­ły cho­dzić nie­co da­lej, sto czy dwie­ście me­trów w dół zbo­cza, by do­stać się do warsz­ta­tów. Za­pew­nił ze­bra­nych, że jego głów­nym za­da­niem jest nad­zór nad bez­ko­li­zyj­nym funk­cjo­no­wa­niem obo­zu i że nie ma za­mia­ru mie­szać się do we­wnętrz­nych spraw po­szcze­gól­nych za­kła­dów. Jego roz­ka­zy – Obe­rfüh­rer Scher­ner może to po­twier­dzić – wy­raź­nie za­bra­nia­ją tego ro­dza­ju in­ge­ren­cji. Z dru­giej jed­nak stro­ny Obe­rfüh­rer słusz­nie za­uwa­żył, że ko­rzy­ści z prze­nie­sie­nia za­kła­dów pro­duk­cyj­nych do obo­zu są obu­stron­ne. Wła­ści­cie­le fa­bryk nie będą mu­sie­li pła­cić za użyt­ko­wa­nie bu­dyn­ków, a on, ko­men­dant, nie bę­dzie mu­siał do­star­czać straż­ni­ków do prze­pro­wa­dza­nia więź­niów w jed­ną i dru­gą stro­nę. Pa­no­wie zda­ją so­bie na pew­no spra­wę, jaki wpływ na war­tość pra­cow­ni­ka ma dłu­gi marsz wśród wro­gich Ży­dom Po­la­ków.

Pod­czas swe­go prze­mó­wie­nia Göth czę­sto spo­glą­dał na Ma­drit­scha i Schin­dle­ra. Na po­zy­ska­niu tych dwóch prze­my­słow­ców szcze­gól­nie mu za­le­ża­ło. Wie­dział już, że może po­le­gać na ra­dach Bo­scha, na jego ro­ze­zna­niu w lo­kal­nej sy­tu­acji. Na przy­kład Schin­dler ma dział amu­ni­cyj­ny, na ra­zie nie­wiel­ki, w fa­zie roz­wo­jo­wej, ale je­śli się go prze­nie­sie do Pła­szo­wa, może zdo­być dla obo­zu uzna­nie In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia.

Ma­dritsch słu­chał Götha uważ­nie, ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi, Schin­dler zaś, z gło­wą prze­krzy­wio­ną na bok, pa­trzył na mó­wią­ce­go z przy­chyl­nym uśmie­chem. Göth in­stynk­tow­nie wy­czuł, za­nim jesz­cze skoń­czył mó­wić, że Ma­dritsch bę­dzie roz­sąd­ny i prze­nie­sie się, a Schin­dler od­mó­wi. Trud­no było osą­dzić z tych po­je­dyn­czych de­cy­zji, któ­ry z nich ma bar­dziej oj­cow­ski sto­su­nek do swo­ich Ży­dów – Ma­dritsch, chcą­cy być z nimi w Pła­szo­wie, czy Schin­dler, któ­ry pra­gnie swo­ich za­trzy­mać w „Ema­lii”.

Oskar Schin­dler po­szedł ze wszyst­ki­mi na wi­zję lo­kal­ną z tym sa­mym wy­ra­zem ży­wej to­le­ran­cji. Ra­szów przy­brał już kształt obo­zu. Po­pra­wa po­go­dy po­zwo­li­ła na wznie­sie­nie ba­ra­ków, roz­mar­z­nię­cie grun­tu umoż­li­wi­ło wy­ko­pa­nie la­tryn i usta­wie­nie słu­pów. Pol­ska fir­ma bu­dow­la­na po­sta­wi­ła ki­lo­me­try ogro­dzeń. Wie­że straż­ni­cze z gru­bych bali wy­ra­sta­ły w nie­bo od stro­ny Kra­ko­wa, a tak­że u wy­lo­tu do­li­ny, od stro­ny uli­cy Wie­lic­kiej, na dru­gim koń­cu obo­zu, oraz od wschod­niej stro­ny, na pa­gór­ku koło au­striac­kie­go wału, tam gdzie Göth i to­wa­rzy­szą­ce mu oso­by pa­trzy­ły na szyb­ko po­stę­pu­ją­cą bu­do­wę ca­łe­go obiek­tu.

Po pra­wej, w pew­nej od­le­gło­ści, Schin­dler za­uwa­żył idą­ce błot­ni­stą dróż­ką wio­dą­cą w kie­run­ku ko­lei ko­bie­ty, któ­re dźwi­ga­ły cięż­kie ele­men­ty ba­ra­ków. Po­ni­żej, od naj­niż­sze­go punk­tu do­li­ny i na ca­łym prze­ciw­le­głym zbo­czu, sta­ły ta­ra­so­we rzę­dy ba­ra­ków skła­da­nych przez więź­niów-męż­czyzn, któ­rych ener­gicz­ne ru­chy z tej od­le­gło­ści spra­wia­ły wra­że­nie za­pa­łu.

Na naj­lep­szym, naj­bar­dziej pła­skim ka­wał­ku zie­mi po­ni­żej ze­bra­nych cze­kał na prze­my­sło­we wy­ko­rzy­sta­nie sze­reg dłu­gich drew­nia­nych bu­dow­li. Je­śli trze­ba bę­dzie za­in­sta­lo­wać cięż­kie ma­szy­ny, uło­ży się be­to­no­we po­sadz­ki. Prze­nie­sie­niem ca­łe­go za­kła­du zaj­mie się SS. Dro­ga do­jaz­do­wa do tego miej­sca to rze­czy­wi­ście tyl­ko wiej­ska dróż­ka, ale już zwró­co­no się do pew­nej fir­my bu­dow­la­nej z proś­bą o zbu­do­wa­nie cen­tral­nej uli­cy obo­zu, a ko­lej obie­ca­ła bocz­ni­cę do sa­mej bra­my obo­zo­wej, do ka­mie­nio­ło­mu – tam, na dole, po pra­wej. Wa­pień z ka­mie­nio­ło­mów i – jak to po­wie­dział Göth – „zde­wa­sto­wa­ne przez Po­la­ków” na­grob­ki z cmen­ta­rza do­star­czą ma­te­ria­łu na inne dro­gi we­wnątrz obo­zu.