– Panowie nie powinni się martwić o drogi – zapewniał Göth – mam bowiem zamiar utrzymywać stałą, silną brygadę kamieniarską i drogową.
Do kamieniołomu prowadził wąski tor biegnący obok budynku administracji i dużych kamiennych baraków wznoszonych dla garnizonu SS i Ukraińców. Wagoniki z kamieniem, każdy o wadze sześciu ton, ciągnęły brygady po trzydzieści pięć do czterdziestu kobiet, napierających na liny przymocowane z powodu nierówności toru po obu stronach wagonika. Jeśli któraś z kobiet się potknęła lub upadła, pozostałe tratowały ją – chyba że się potoczyła na bok, zaprzęgi bowiem miały swą bezwładność i jednostka nie mogła jej powstrzymać. Oglądając ten okrutny, egipski sposób transportu, Oskar poczuł przypływ tych samych mdłości, tego samego pulsowania krwi, jakiego doznał na pagórku nad ulicą Krakusa. Göth uznał, że przemysłowcy są bezpiecznym gronem widzów i że wszyscy należą do jednej duchowej rodziny. Nie czuł się zakłopotany tymi barbarzyńskimi zaprzęgami tam na dole. Podobnie jak na Krakusa, również i teraz rodziło się pytanie: Co mogłoby wprawić SS w zakłopotanie? Co mogłoby wprawić w zakłopotanie Amona?
Zapał budujących baraki sprawiał wrażenie nawet na Oskarze, jakby ci mężczyźni budowali schronienie dla swych kobiet. W tym momencie Schindler jeszcze nie wiedział, że rano Amon wykonał przed tymi mężczyznami pokazową egzekucję, po to oczywiście, aby wiedzieli, jakich warunków pracy mogą się tutaj spodziewać. Po porannym spotkaniu z inżynierami Amon przechadzał się Jerozolimską i zaszedł do koszar SS, gdzie praca przebiegała pod nadzorem Alberta Hujara, doskonałego podoficera, który wkrótce miał otrzymać stopień oficerski. Hujar podszedł służbiście i złożył meldunek. Część fundamentu koszar zapadła się, powiedział z wypiekami na twarzy. Gdy Hujar mówił, Amon spostrzegł jakąś kobietę, która chodziła wokół nie dokończonego budynku i mówiła coś do pracujących przy budynku robotników. Pokazywała gdzieś ręką, wyglądała, jakby tymi robotnikami dyrygowała.
– Kto to? – spytał Hujara.
Była to więźniarka o nazwisku Diana Reiter, inżynier architekt, którą przydzielono do budowy koszar. Twierdziła, że fundament wykopano niestarannie, i chciała, by wykopano cały beton i kamień z powrotem i aby budowę tego fragmentu baraku rozpoczęto od zera.
Z koloru twarzy Hujara Göth domyślił się, że miał on z nią ostrą sprzeczkę. Hujar rzeczywiście krzyczał na nią: „Budujesz koszary, a nie hotel «Europa»!”
Amon uśmiechnął się lekko do podoficera.
– Nie będziemy się z nimi kłócić – powiedział, jakby coś obiecując. – Przyprowadź ją.
Szła w kierunku Amona z tą sztuczną elegancją, którą zawdzięczała mieszczańskim rodzicom i ich ambicjom kształcenia jej – gdy uczciwi Polacy nie chcieli jej przyjąć na swoje uniwersytety – w Wiedniu czy Mediolanie, by zdobyła zawód i skuteczniejsze barwy ochronne. Szła ku niemu, jakby jej i jego wykształcenie łączyło ich w bitwie z głupimi podoficerami i słabą fachowością esesowskiego inżyniera, który nadzorował kopanie fundamentów. Nie wiedziała, że on najbardziej nienawidzi takich jak ona, takich, którzy wbrew dowodom w postaci jego esesowskiego munduru, w postaci tych powstających budowli sądzą, że ich żydowskość jest niewidoczna.
– Podobno pokłóciła się pani z oberscharführerem Hujarem – powiedział Göth.
Potwierdziła stanowczym skinieniem głowy. Herr Kommandant, sugerował ten gest, na pewno zrozumie to, czego ten idiota Hujar nijak pojąć nie potrafi.
– Trzeba ponownie wykopać cały fundament po tej stronie – powiedziała energicznie.
Amon oczywiście wiedział, że to ich metoda: robić wszystko jak najdłużej, aby w ten sposób zapewnić robotnikom bezpieczeństwo na czas trwania prac.
– Jeśli się wszystkiego jeszcze raz nie przekopie – mówiła – w najlepszym razie dojdzie do osunięcia południowej ściany. A może też wszystko się zawalić.
Argumentowała dalej, a Amon, przekonany, że ona kłamie, kiwał głową. Uczono go, że nie wolno słuchać specjalisty-Żyda. Specjalista-Żyd jest z tej samej gliny co Marks, którego teorie godzą w moralność rządu, i Freud, który podważał moralność aryjskiego umysłu. Amonowi wydawało się, że nalegania tej kobiety stanowią groźbę dla jego osobistej moralności.
Wezwał Hujara. Podoficer wrócił niechętnie. Sądził, że Göth każe mu zrobić tak, jak chce ta kobieta. Ona też tak sądziła.
– Zastrzel ją – rozkazał Amon.
Minęła dłuższa chwila, zanim Hujar strawił rozkaz.
– Zastrzel ją – powtórzył Amon.
Hujar wziął dziewczynę za łokieć, by ją odprowadzić gdzieś w ustronne miejsce.
– Tutaj! – powiedział Amon. – Zastrzel ją tutaj! Na moją odpowiedzialność.
Hujar wiedział, jak to się robi. Chwycił ją za łokieć, pchnął nieco przed siebie, wyjął z kabury mauzera i strzelił jej w kark.
Huk przeraził wszystkich, z wyjątkiem może samych oprawców i umierającej Diany Reiter. Padła na kolana i podniosła wzrok. To nie wystarczy, zdawała się mówić. Wiedzące spojrzenie w jej oczach przestraszyło Amona i jednocześnie usprawiedliwiło go, wyniosło. Nie miał pojęcia, a gdyby mu ktoś powiedział, nie uwierzyłby nawet, że takie reakcje mają swoje nazwy kliniczne. Był przekonany, że oto spływa na niego łaska, która jest nieuniknionym następstwem spełnienia aktu politycznej, rasowej i moralnej sprawiedliwości. Za takie uniesienia trzeba jednak płacić: zanim nastanie wieczór, pełnię tej godziny zastąpi taka pustka, że chcąc zachować psychiczną równowagę, Amon będzie musiał uciec się do wódki, jedzenia i kontaktu z kobietą.
Poza tym unieważnienie zachodnioeuropejskiego dyplomu Diany Reiter miało swą wartość praktyczną: żaden budowniczy baraków czy dróg w Płaszowie nie będzie się odtąd uważał za niezbędnego przy wykonywaniu zadania; jeśli Diana Reiter przy całej swojej fachowości nie potrafiła się uratować, to dla pozostałych jedyną szansą jest szybka, anonimowa praca. Dlatego kobiety dźwigające elementy baraków ze stacji Kraków-Płaszów, brygady kamieniarskie, mężczyźni składający baraki, wszyscy pracowali z energią proporcjonalną do tego, czego się nauczyli patrząc na zabójstwo Diany Reiter.