Выбрать главу

– Wie pan, Stern, to wszyst­ko, cho­le­ra, za mało.

– Nie – sprze­ci­wił się Stern. – Nie moż­na tego zmie­nić.

I da­lej ar­gu­men­to­wał, cy­to­wał, dzie­lił włos na czwo­ro, a sam był prze­ra­żo­ny. Oskar bo­wiem naj­wy­raź­niej prze­cho­dził kry­zys. Stern zaś wie­dział, że je­śli Oskar stra­ci na­dzie­ję, wszy­scy Ży­dzi z „Ema­lii” zo­sta­ną zwol­nie­ni, bo Oskar bę­dzie chciał umyć ręce od tego brud­ne­go in­te­re­su.

– Przyj­dzie czas, że da się coś zro­bić – za­pew­nił Stern. – Ale jesz­cze nie te­raz.

Po­rzu­ca­jąc za­miar ze­rwa­nia bla­tu z biur­ka, Oskar usiadł głę­biej na krze­śle i trwał w swo­im przy­gnę­bie­niu.

– Zna pan tego Amo­na Götha – po­wie­dział. – Ma dużo uro­ku. Mógł­by tu te­raz przyjść i za­uro­czyć pana. Ale to sza­le­niec.

W ostat­ni dzień get­ta – a był to sza­bat, 13 mar­ca 1943 r. – tuż przed świ­tem Amon Göth przy­był na plac Zgo­dy. Ni­skie chmu­ry nie po­zwa­la­ły wy­raź­nie od­róż­nić dnia od nocy. Spo­strzegł, że żoł­nie­rze Son­der­kom­man­do już są, sto­ją na zmar­z­nię­tej zie­mi zie­leń­ca na środ­ku pla­cu, palą pa­pie­ro­sy i śmie­ją się ci­cho, utrzy­mu­jąc swą obec­ność w se­kre­cie przed miesz­kań­ca­mi get­ta, śpią­cy­mi w ulicz­kach za ap­te­ką Pan­kie­wi­cza. Uli­ce, któ­ry­mi po­ja­dą, były pu­ste jak na ma­kie­cie mia­sta. W brud­nych pry­zmach w rynsz­to­kach i pod ścia­na­mi le­ża­ły reszt­ki śnie­gu. Bez więk­sze­go ry­zy­ka moż­na przy­pusz­czać, że sen­ty­men­tal­ny Göth czuł się jak oj­ciec, gdy pa­trzył na tę układ­ną sce­nę, na tych mło­dych żoł­nie­rzy, to­wa­rzy­szy bro­ni, sto­ją­cych przed ak­cją na środ­ku pla­cu.

Amon po­cią­gnął łyk ko­nia­ku. Cze­kał na sturm­ban­n­füh­re­ra Wil­hel­ma Ha­ase, któ­ry miał pa­no­wać nad stra­te­gią, lecz nie tak­ty­ką, dzi­siej­szej Ak­tion. Dziś zo­sta­nie opróż­nio­ne Get­to A, od pla­cu Zgo­dy na za­chód, naj­więk­szy sek­tor get­ta, ten, któ­ry jest za­miesz­ka­ny przez wszyst­kich pra­cu­ją­cych (zdro­wych, ma­ją­cych na­dzie­ję, my­ślą­cych) Ży­dów. Get­to B, mały ob­szar kil­ku ulic na wschod­nim krań­cu get­ta, za­miesz­ka­ny przez nie­zdol­nych do pra­cy, bę­dzie oczysz­czo­ny w nocy lub ju­tro. Ci są prze­zna­cze­ni do tego bar­dzo roz­bu­do­wa­ne­go obo­zu za­gła­dy ko­men­dan­ta Ru­dol­fa Hos­sa w Oświę­ci­miu. Get­to B to bę­dzie pro­sta, uczci­wa ro­bo­ta. Get­to A to dresz­czyk emo­cji.

Każ­dy chciał tu dziś być, bo dzień ten przej­dzie do hi­sto­rii. Od po­nad sied­miu wie­ków ist­niał ży­dow­ski Kra­ków, a dziś wie­czo­rem – a naj­póź­niej ju­tro rano – te sie­dem wie­ków sta­nie się plot­ką, a Kra­ków bę­dzie ju­den­frei, wol­ny od Ży­dów. Każ­dy, na­wet naj­niż­szy stop­niem funk­cjo­na­riusz SS, chciał móc o so­bie po­wie­dzieć, że tam był i wi­dział. Na­wet Unkel­bach, ko­mi­sarz fa­bry­ki sztuć­ców „Po­stęp”, re­zer­wi­sta SS, wło­ży dziś swój mun­dur pod­ofi­ce­ra i bę­dzie cho­dził po get­cie z pa­tro­lem. Za­tem zna­mie­ni­ty Wil­li Ha­ase, po­sia­da­ją­cy ran­gę po­ło­wą i ma­ją­cy swój udział w pla­no­wa­niu, miał wszel­kie pra­wo dziś się tu zna­leźć.

Amon od­czu­wał ten swój co­dzien­ny lek­ki ból igło­wy i był nie­co zmę­czo­ny go­rącz­ko­wym na­pię­ciem wcze­snych go­dzin ran­nych. Ale nie my­ślał o tym. W tej chwi­li od­czu­wał coś w ro­dza­ju za­wo­do­we­go unie­sie­nia. Wiel­kim da­rem Par­tii Na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej dla żoł­nie­rzy SS było to, że mo­gli brać udział w bi­twie, w któ­rej nie ry­zy­ko­wa­li żad­nych ob­ra­żeń, w któ­rej mo­gli za­słu­żyć się bez kom­pli­ka­cji, w ro­dza­ju tych, na ja­kie są na­ra­że­ni żoł­nie­rze na fron­cie. Bez­kar­ność psy­chicz­ną trud­niej było osią­gnąć. Każ­dy ofi­cer SS miał przy­naj­mniej jed­ne­go ko­le­gę, któ­ry po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Ma­te­ria­ły szko­le­nio­we SS, na­pi­sa­ne z my­ślą o za­po­bie­ga­niu ta­kim zbęd­nym ofia­rom, pięt­no­wa­ły pro­sto­dusz­ność są­dów, że sko­ro Ży­dzi nie no­szą żad­nej wi­docz­nej bro­ni, to są spo­łecz­nie, go­spo­dar­czo i po­li­tycz­nie nie uzbro­je­ni. Ow­szem, są uzbro­je­ni po zęby. Bądź­cie twar­dzi jak stal, na­ka­zy­wa­ły do­ku­men­ty, ży­dow­skie dziec­ko jest bo­wiem kul­tu­ro­wą bom­bą ze­ga­ro­wą, ży­dow­ska ko­bie­ta to bio­lo­gia zdra­dy, a Żyd-męż­czy­zna to tak nie­ugię­ty wróg, że każ­dy Ro­sja­nin może mu po­zaz­dro­ścić.

Amon Göth był twar­dy jak stal. Wie­dział, że jest nie­ty­kal­ny i na samą myśl o tym do­zna­wał ta­kie­go pod­nie­ce­nia, ja­kie prze­ży­wa ma­ra­toń­czyk przed bie­giem, kie­dy jest pew­ny zwy­cię­stwa. Amon czuł lek­ką po­gar­dę dla tych ofi­ce­rów, któ­rzy po­zo­sta­wia­li wy­ko­na­nie ak­cji swym żoł­nie­rzom i pod­ofi­ce­rom. Miał wra­że­nie, że pod pew­nym wzglę­dem może to być bar­dziej nie­bez­piecz­ne niż bez­po­śred­ni w niej udział. On po­ka­że, jak to trze­ba ro­bić, tak jak po­ka­zał z Dia­ną Re­iter. Znał już tę eu­fo­rię, jaka dziś za­pa­nu­je w jego du­szy, znał to ro­sną­ce za­do­wo­le­nie i ocho­tę na wód­kę już w po­łu­dnie – a to jesz­cze nie bę­dzie kul­mi­na­cja. Po­mi­mo tych brzyd­kich chmur wie­dział, że to je­den z naj­lep­szych jego dni, że kie­dy ze­sta­rze­je się, mło­dzi z cie­ka­wo­ścią będą wy­py­ty­wać o dni jak ten.

O nie­ca­ły ki­lo­metr stąd, w szpi­ta­lu re­kon­wa­le­scen­cyj­nym, dr H. rów­nież był już na no­gach i w sta­nie du­żej ak­tyw­no­ści umy­sło­wej. Naj­wyż­sze pię­tro szpi­ta­la, gdzie sie­dział przy swych ostat­nich pa­cjen­tach, po­grą­żo­ne było w ciem­no­ści. Dr H. czuł za­do­wo­le­nie, że w taki oto spo­sób, dzię­ki bó­lo­wi i go­rącz­ce pa­cjen­ci ci są od­izo­lo­wa­ni od świa­ta, od uli­cy.

A na uli­cy wszy­scy wie­dzie­li, co się sta­ło w szpi­ta­lu epi­de­micz­nym koło pla­cu Zgo­dy. Od­dział SS pod ko­men­dą obe­rschar­füh­re­ra Al­ber­ta Hu­ja­ra wszedł do szpi­ta­la, by go za­mknąć, i za­stał dr Ro­za­lię Blau sto­ją­cą wśród łó­żek z pa­cjen­ta­mi cho­ry­mi na szkar­la­ty­nę i gruź­li­cę, któ­rych, jak po­wie­dzia­ła, nie wol­no prze­no­sić. Dzie­ci z ko­klu­szem ode­sła­ła do do­mów wcze­śniej. Lecz prze­no­sić cho­rych na szkar­la­ty­nę było zbyt nie­bez­piecz­nie, za­rów­no ze wzglę­du na do­bro ich sa­mych, jak i ca­łej zbio­ro­wo­ści, a gruź­li­cy byli po pro­stu zbyt sła­bi, by wyjść.

Szkar­la­ty­na to cho­ro­ba wie­ku doj­rze­wa­nia i wśród pa­cjen­tów dr Blau prze­wa­ża­ły dziew­czę­ta w wie­ku od dwu­na­stu do szes­na­stu lat. Sto­jąc przed Al­ber­tem Hu­ja­rem Ro­za­lia Blau wska­za­ła, po­twier­dza­jąc w ten spo­sób swo­ją dia­gno­zę, na te go­rącz­ku­ją­ce dziew­czę­ta z sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma.