Выбрать главу

Na to Hu­jar, dzia­ła­jąc z man­da­tu otrzy­ma­ne­go w po­przed­nim ty­go­dniu od Amo­na Götha, strze­lił dr Blau w gło­wę. Wszy­scy cho­rzy, nie­za­leż­nie od tego, czy pró­bo­wa­li się pod­nieść, czy le­że­li spo­koj­nie po­grą­że­ni w go­rącz­ce, zgi­nę­li od ognia pi­sto­le­tów ma­szy­no­wych. Gdy dru­ży­na Hu­ja­ra skoń­czy­ła za­da­nie, na górę po­sła­no od­dział Ży­dów, żeby za­ję­li się cia­ła­mi, po­skła­da­li skrwa­wio­ną po­ściel i spłu­ka­li ścia­ny.

Szpi­tal re­kon­wa­le­scen­cyj­ny znaj­do­wał się w bu­dyn­ku przed­wo­jen­ne­go ko­mi­sa­ria­tu po­li­cji. Przez cały czas ist­nie­nia get­ta cale trzy pię­tra były za­pcha­ne cho­ry­mi. Dy­rek­to­rem był po­wszech­nie sza­no­wa­ny in­ter­ni­sta, dr. B. Do 13 mar­ca dok­to­rzy B. i H. zre­du­ko­wa­li licz­bę pa­cjen­tów do czte­rech, któ­rych nie dało się ru­szyć. Jed­nym był mło­dy ro­bot­nik z ga­lo­pu­ją­cy­mi su­cho­ta­mi, dru­gim uta­len­to­wa­ny mu­zyk ze śmier­tel­ną cho­ro­bą ne­rek. Dok­tor H. chciał oszczę­dzić im ostat­nie­go, wiel­kie­go prze­ra­że­nia przed sza­leń­czą sal­wą ognia. Jesz­cze bar­dziej cho­dzi­ło mu o nie­wi­do­me­go, do­tknię­te­go wy­le­wem star­sze­go pana, któ­ry po ope­ra­cji guza je­lit był bar­dzo osła­bio­ny i do­tknię­ty ko­lo­sto­mią.

Per­so­nel me­dycz­ny tej pla­ców­ki, łącz­nie z dok­to­rem H., miał bar­dzo wy­so­kie kwa­li­fi­ka­cje. Z tego mar­nie wy­po­sa­żo­ne­go szpi­ta­la w get­cie wyj­dzie pierw­szy w Pol­sce opis cho­ro­by We­ila – scho­rze­nia szpi­ku kost­ne­go – i syn­dro­mu Wolf­fa-Par­kin­so­na-Whi­te’a. Ale tego dnia dr H. był po­chło­nię­ty kwe­stią cy­jan­ku.

Z my­ślą o ewen­tu­al­nym sa­mo­bój­stwie dr H. na­był par­tię kwa­su cy­ja­no­wo­do­ro­we­go. Wie­dział, że inni le­ka­rze po­stą­pi­li po­dob­nie. Przez cały ubie­gły rok w get­cie sze­rzy­ła się de­pre­sja. Dok­tor H. też się nią za­ra­ził. Był mło­dy i mu­sku­lar­ny. Lecz chy­ba sama hi­sto­ria sta­ła się zło­śli­wa. W naj­gor­szych dniach moż­li­wość za­ży­cia cy­jan­ku była dla nie­go po­cie­sze­niem. A na obec­nym eta­pie hi­sto­rii get­ta był to je­dy­ny do­stęp­ny – jemu i po­zo­sta­łym le­ka­rzom – śro­dek far­ma­ceu­tycz­ny. Sul­fo­na­mi­dy na­wet w prze­szło­ści po­ja­wia­ły się rzad­ko. Eme­ty­ki, eter, a na­wet aspi­ry­na już się skoń­czy­ły. Jako je­dy­ny lek po­zo­sta­wał cy­ja­nek.

Tego dnia, jesz­cze przed pią­tą rano, dok­to­ra H. obu­dził – w jego po­ko­ju na uli­cy Wita Stwo­sza – ha­łas pod­jeż­dża­ją­cych pod mur get­ta cię­ża­ró­wek. Wyj­rzaw­szy przez okno, zo­ba­czył żoł­nie­rzy Son­der­kom­man­do gru­pu­ją­cych się nad Wi­słą i zdał so­bie spra­wę, że przy­je­cha­li do get­ta na ak­cję. Po­spie­szył do szpi­ta­la. Dok­tor B. i per­so­nel pie­lę­gniar­ski już tam byli: spro­wa­dza­li pa­cjen­tów, któ­rzy mo­gli się po­ru­szać, na dół i od­da­wa­li ich w ręce krew­nych i zna­jo­mych. Gdy wszy­scy, oprócz wspo­mnia­nej czwór­ki, opu­ści­li już szpi­tal, dr B. ka­zał pie­lę­gniar­kom iść do domu. Po­słu­cha­ły wszyst­kie oprócz jed­nej, sio­stry prze­ło­żo­nej. Dok­to­rzy B. i H., ona oraz czte­rech ostat­nich pa­cjen­tów po­zo­sta­li sami w opusz­czo­nym szpi­ta­lu.

Cze­ka­jąc, B. i H. nie­wie­le mó­wi­li. Każ­dy miał do­stęp do cy­jan­ku, a H. wkrót­ce za­uwa­żył, że my­śli dok­to­ra B. tak­że wo­kół nie­go krą­żą.

Tak, po­zo­sta­wa­ło sa­mo­bój­stwo. Lecz tak­że eu­ta­na­zja. Po­mysł ten prze­ra­żał dok­to­ra H. Miał de­li­kat­ną twarz, a w oczach wraż­li­wość. Ety­ka, tak mu bli­ska jak wła­sne cia­ło, spra­wia­ła te­raz ból. Wie­dział, że le­karz ze zdro­wym roz­sąd­kiem, strzy­kaw­ką i ni­czym, co by nim po­kie­ro­wa­ło, może pod­li­czyć war­tość każ­de­go wy­bo­ru jak li­stę za­ku­pów – wstrzyk­nąć cy­ja­nek czy po­zo­sta­wić pa­cjen­tów lu­dziom z Son­der­kom­man­do. Ale wie­dział też, że w tych spra­wach ni­g­dy nie moż­na się ogra­ni­czyć do pod­li­cza­nia ko­lum­ny, że ety­ka stoi po­nad al­ge­brą i że jest bar­dziej od niej wy­ra­fi­no­wa­na.

Od cza­su do cza­su B. pod­cho­dził do okna i pa­trzył, czy na uli­cy już się za­czę­ło. Kie­dy wra­cał, jego wzrok był po le­kar­sku spo­koj­ny. Wi­dać było, że myśl B. rów­nież krą­ży wo­kół moż­li­wo­ści wy­bo­ru, wer­tu­je aspek­ty pro­ble­mu tam i z po­wro­tem jak wy­świech­ta­ne kart­ki. Sa­mo­bój­stwo. Eu­ta­na­zja. Kwas cy­ja­no­wo­do­ro­wy. Je­den prze­ma­wia­ją­cy do wy­obraź­ni po­mysł: sta­nąć po­śród łó­żek i cze­kać tak jak Ro­za­lia Blau. Dru­gi: za­apli­ko­wać cy­ja­nek so­bie i cho­rym. Dru­gi po­mysł bar­dziej przy­padł do gu­stu dok­to­ro­wi H. jako mniej bier­ny niż pierw­szy. Kie­dy przez ostat­nie trzy noce co chwi­la bu­dził się, czuł coś w ro­dza­ju fi­zycz­ne­go po­żą­da­nia szyb­kiej tru­ci­zny, jak­by to miał po pro­stu być lek czy sil­ny al­ko­hol, po­trzeb­ny każ­dej ofie­rze do zła­go­dze­nia bólu ostat­nich chwil.

Dla czło­wie­ka po­waż­ne­go, a ta­kim był H., po­ku­sa ta była wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem, by nie brać tru­ci­zny. Jego sto­su­nek do sa­mo­bój­stwa zo­stał okre­ślo­ny już w cza­sach szkol­nych, gdy oj­ciec czy­tał mu z Fla­wiu­sza opis ma­so­we­go sa­mo­bój­stwa ze­lo­tów znad Mo­rza Mar­twe­go w przed­dzień na­jaz­du Rzy­mian. Mo­rał tego opi­su był jed­no­znacz­ny: w śmier­ci nie na­le­ży szu­kać przy­tul­ne­go schro­nie­nia. Oczy­wi­ście, za­sa­dy za­sa­da­mi, a strach w sza­ry po­ra­nek to cał­kiem inna rzecz. Lecz H. był czło­wie­kiem za­sad.

Do tego miał żonę. Mo­gli obo­je zna­leźć ja­kieś inne wyj­ście i on zda­wał so­bie z tego spra­wę. Pro­wa­dzi­ło ono ka­na­ła­mi, od rogu Piw­nej i Kra­ku­sa. Ka­na­ły i ry­zy­kow­na uciecz­ka w lasy Oj­co­wa. Tego bał się jesz­cze bar­dziej niż ła­twej dro­gi, któ­rą ofia­ro­wy­wał cy­ja­nek. Gdy­by za­trzy­ma­ła go gra­na­to­wa po­li­cja albo Niem­cy i gdy­by spu­ści­li mu spodnie, nie do­my­śli­li­by się praw­dy. Dok­tor Lachs, wy­bit­ny chi­rurg pla­stycz­ny, na­uczył wie­lu mło­dych kra­kow­skich Ży­dów, jak bez­kr­wa­wym spo­so­bem prze­dłu­żyć na­ple­tek. Wy­star­czy­ło na czas snu ob­cią­żać go przy­mo­co­wa­ną do skó­ry bu­tel­ką za­wie­ra­ją­cą stop­nio­wo po­więk­sza­ną ilość wody. Lachs twier­dził, że Ży­dzi uży­wa­li tego spo­so­bu już w cza­sach prze­śla­do­wań rzym­skich, a in­ten­syw­ność dzia­łań SS w Kra­ko­wie skło­ni­ła go do po­now­ne­go jego za­sto­so­wa­nia w cią­gu ostat­nich osiem­na­stu mie­się­cy. Lachs prze­ka­zał tę me­to­dę swo­je­mu mło­de­mu ko­le­dze, a że przy­nio­sła ona pe­wien sku­tek, dok­tor H. miał jesz­cze mniej­sze pod­sta­wy do sa­mo­bój­stwa.

O świ­cie pie­lę­gniar­ka, opa­no­wa­na ko­bie­ta koło czter­dziest­ki, przy­szła do H. i zło­ży­ła po­ran­ny mel­du­nek. Mło­dy pa­cjent leży spo­koj­nie, lecz nie­wi­do­my, z po­ra­żo­ną mową, jest po­de­ner­wo­wa­ny. Mu­zyk i cho­ry na prze­to­kę je­lit mie­li cięż­ką noc. Nie­mniej jed­nak w szpi­ta­lu re­kon­wa­le­scen­cyj­nym pa­no­wał cał­ko­wi­ty spo­kój. Pa­cjen­ci sa­pa­li we śnie lub z bólu, a dr H. wy­szedł na mroź­ny bal­kon nad po­dwó­rzem, by za­pa­lić pa­pie­ro­sa i jesz­cze raz roz­wa­żyć sy­tu­ację.