W zeszłym roku H. był w starym szpitalu zakaźnym na Rękawce, SS postanowiło zamknąć ten sektor getta i przenieść szpital. Ustawili personel pod ścianą i zwlekli pacjentów po schodach na dół. H. widział, jak noga starej Reismanowej uwięzła między prętami balustrady, a ciągnący ją za drugą esesman nie zatrzymał się, by ją wyplątać, lecz ciągnął dalej, aż uwięziona kończyna pękła z wyraźnym trzaskiem. Tak się w getcie przenosiło pacjentów. Lecz w ubiegłym roku nikt nie myślał o zabijaniu z litości. Wtedy jeszcze wszyscy żywili nadzieję, że sytuacja się poprawi.
Ale nawet gdyby on i B. podjęli teraz decyzję o samobójstwie, nie można było mieć pewności, że sam zdobędzie się na to, aby podać cyjanek chorym, lub że będzie spokojnie patrzeć, jak robi to ktoś inny. W jakiś absurdalny sposób przypomniał się H. młodzieńczy dylemat: podejść czy nie podejść do dziewczyny, która się podoba? Ale podjąć decyzję to jeszcze nic. Trzeba ją jeszcze zrealizować.
Kiedy stał na balkonie, usłyszał pierwszy hałas. Dochodził ze wschodniego krańca getta. „Raus! Raus!” z megafonów, tradycyjne już kłamstwa o bagażu, w które niektórzy ciągle jeszcze chcieli wierzyć. Na pustych ulicach i wśród kamienic bez śladów życia słychać było od strony placu Zgody i od ulicy Nadwiślańskiej nieokreślony, przerażający pomruk, który doktora H. napełnił trwogą.
Potem usłyszał pierwsze strzały, na tyle głośne, że obudziły pacjentów. Po wystrzałach ostry, wzmocniony przez megafon głos odpowiadał chwilę na jakiś jękliwy kobiecy głos, i znowu strzały, a po nich inny jęk. Wysiedlanych poganiały głośniki SS, gorliwi odemani i sąsiedzi; cały ten bezsensowny żal oddalał się w przeciwległy róg getta, gdzie znajdowała się brama. H. zdał sobie sprawę, że to wszystko może obudzić nawet zapadającego na śpiączkę muzyka z niewydolnością nerek.
Gdy wrócił na oddział, spostrzegł, że wszyscy na niego patrzą, nawet muzyk. Wyczuwał bardziej niż wiedział, że zesztywnieli w łóżkach, a starzec z kolostomią krzyknął, napinając mięśnie.
Ktoś zawołał:
– Panie doktorze, panie doktorze!
– Proszę! – odpowiedział H., co miało znaczyć: „Jestem tu, a oni są jeszcze daleko”.
Popatrzył na doktora B., który zmrużył oczy, gdy odgłosy eksmisji na nowo wybuchły o trzy ulice dalej. Doktor B. skinął głową, podszedł do małej, zamkniętej na klucz skrzynki na lekarstwa na końcu sali i wrócił z butelką kwasu cyjanowodorowego. Po chwili H. stanął u boku kolegi. Mógł się nie ruszać i zostawić dzieło doktorowi B. Sądził, że ma on dość siły, by dokonać czynu samodzielnie, bez aprobaty kolegów. Ale doktor H. uważał, że nie wypada w takiej sytuacji stać na boku, nie wypada nie wziąć na siebie części brzemienia. Wprawdzie dr H. był młodszy od B., ale był związany z Uniwersytetem Jagiellońskim, był specjalistą, był myślicielem. Chciał tymi atutami wesprzeć kolegę.
– Cóż – powiedział B., pokazując i zaraz chowając butelkę.
Słowo to niemal całkowicie zagłuszył krzyk jakiejś kobiety i krzykliwe rozkazy z drugiego końca Józefińskiej. B. wezwał pielęgniarkę.
– Proszę podać każdemu pacjentowi po czterdzieści kropli z wodą.
– Czterdzieści kropli – powtórzyła. Wiedziała, co to za lekarstwo.
– Tak jest – potwierdził B.
H. również spojrzał na nią. Chciał powiedzieć: Jestem już silny i mógłbym zrobić to sam, ale to by ich zaniepokoiło. Każdy pacjent wie, że pielęgniarki roznoszą leki.
Gdy przygotowywała miksturę, H. przeszedł wzdłuż łóżek i położył dłoń na ręce staruszka.
– Mam coś, co panu pomoże, panie Romanie – powiedział.
Ze zdumieniem wyczuł przez skórę całą historię starca. W sekundzie zobaczył wszystko. Oto południowa Polska za czasów Franciszka Józefa. Oto Kraków – słodkie miasto, ten mały Wiedeń, perła nad Wisłą. I młody Roman, pożeracz kobiecych serc, ubrany w austriacki mundur. Wybierający się w góry na wiosenne manewry. Znowu w Krakowie, w tym mieście koronek i cukierni, uprawiający w Rynku Głównym czekoladową żołnierkę z dziewczętami z Kazimierza. Wchodzący z dziewczyną na Kopiec Kościuszki i kradnący jej pocałunek w zaroślach. Jak świat mógł tak się zmienić w ciągu jednego dorosłego życia? – pytał w starym Romanie młodzieniec. Od Franciszka Józefa do podoficera, który ma władzę pozbawić życia Rozalię Blau i dziewczęta chore na szkarlatynę?
– Proszę, panie Romanie – powiedział lekarz, chcąc by starzec odprężył się.
Doktor H. sądził, że Sonderkommando znajdzie się tutaj w ciągu godziny. Czuł potrzebę dopuszczenia pana Romana do tajemnicy, ale zwalczył ją. Doktor B. nie oszczędzał na dawce. Kilka sekund bezdechu nie będzie dla starego Romana nowym ani nieznośnym uczuciem.
Kiedy pielęgniarka przyniosła cztery kieliszki z lekarstwem, nikt jej nawet nie zapytał, co im daje. H. nigdy się nie dowie, czy ktoś z nich się domyślał. Odwrócił się i spojrzał na zegarek. Obawiał się, że gdy wypiją, zacznie się hałas, coś gorszego niż normalne szpitalne stękanie i chrząkanie. Słyszał, jak pielęgniarka mówi: „To dla pana”. Usłyszał odgłos wciąganego do płuc powietrza. Nie wiedział, czy to pacjent, czy pielęgniarka. Ta kobieta była w tym wszystkim prawdziwą bohaterką.
Kiedy znów spojrzał, pielęgniarka budziła pacjenta z chorymi nerkami, sennego muzyka, i wręczyła mu kieliszek. Z drugiej strony sali patrzył B. Był w czystym, białym kitlu. H. podszedł do starego Romana i zbadał mu puls. Nic nie wyczuł. Na drugim końcu sali, w łóżku muzyk zmuszał się do przełknięcia mikstury o zapachu migdałów.
Wszystko poszło tak spokojnie, jak chciał H. Ich usta były rozwarte, ale nie przesadnie, oczy błyszczące i obojętne, głowy odrzucone w tył, szczęki sterczące ku sufitowi. H. patrzył na nich z taką zazdrością, z jaką każdy mieszkaniec getta patrzyłby na tych, którzy uciekli.
XXI
Poldek Pfefferberg mieszkał we wspólnym pokoju na drugim piętrze dziewiętnastowiecznej kamienicy na końcu Józefińskiej. Widokiem z okien sięgał za mury getta, do Wisły, po której polskie barki pływały w górę i w dół rzeki, nieświadome, że to ostatni dzień getta, a łodzie patrolowe SS krążyły spokojnie jak łódki turystyczne. Pfefferberg z żoną Milą czekali, aż przyjdzie Sonderkommando i każe im wyjść na ulicę. Mila była niską, nerwową, dwudziestodwuletnią dziewczyną, uciekinierką z Łodzi, z którą Poldek ożenił się w pierwszych dniach getta. Pochodziła z rodziny lekarskiej od wielu pokoleń. Jej ojciec był chirurgiem (zmarł młodo, w 1937), a matka dermatologiem; podczas akcji w getcie tarnowskim w poprzednim roku poniosła śmierć tak samo jak Rozalia Blau ze szpitala epidemicznego: przecięła ją seria z pistoletu maszynowego, gdy stała pośród pacjentów.