Выбрать главу

Za­py­ta­ny o ilość ciał na dzie­dziń­cu szpi­tal­nym, Po­ldek za­wsze bę­dzie mó­wił: sześć­dzie­siąt do sie­dem­dzie­się­ciu, choć nie miał cza­su po­li­czyć splą­ta­nej pi­ra­mi­dy. Kra­ków był mia­stem pro­win­cjo­nal­nym, a Po­ldek spę­dził dzie­ciń­stwo wśród lu­dzi – naj­pierw w Pod­gó­rzu, a po­tem w cen­trum – od­wie­dza­jąc z mat­ką za­moż­nych i wy­bit­nych oby­wa­te­li mia­sta, i dla­te­go roz­po­znał wśród ciał kil­ka zna­jo­mych twa­rzy, sta­rych klien­tów mat­ki, lu­dzi, któ­rzy wy­py­ty­wa­li go o szko­łę (cho­dził do Ko­ściusz­ki), otrzy­my­wa­li mą­dre jak na dziec­ko od­po­wie­dzi i czę­sto­wa­li go sło­dy­cza­mi za wy­gląd i urok. Te­raz le­że­li ha­nieb­nie wy­eks­po­no­wa­ni i po­mie­sza­ni na za­la­nym krwią po­dwó­rzu.

Pfef­fer­ber­go­wi ja­koś nie przy­szło do gło­wy szu­kać w prze­ra­ża­ją­cym sto­sie zwłok swo­jej żony i mał­żeń­stwa H. Do­znał uczu­cia, że nie na dar­mo zna­lazł się w tym miej­scu. Wie­rzył nie­wzru­sze­nie, że na­dej­dą lep­sze cza­sy, cza­sy spra­wie­dli­wych try­bu­na­łów. Miał po­czu­cie, że jest świad­kiem. Po­dob­ne­go uczu­cia do­znał wcze­śniej Schin­dler na wzgó­rzu nad Rę­kaw­ką.

Uwa­gę Po­ld­ka od­wró­ci­ła fala lu­dzi idą­cych Wę­gier­ską w stro­nę bra­my przy Rę­kaw­ce. Szli nie z de­spe­ra­cją, ale ocię­ża­le, jak ro­bot­ni­cy do pra­cy w po­nie­dział­ko­wy ra­nek czy jak ki­bi­ce pił­kar­scy po prze­gra­nym me­czu swo­jej dru­ży­ny. Zo­ba­czył wśród nich są­sia­dów z Jó­ze­fiń­skiej. Opu­ścił po­dwór­ko, nio­sąc w so­bie jak broń pa­mięć tego, co zo­ba­czył. Co się sta­ło z Milą? Do­wie­dział się, że już ją za­bra­li. Son­der­kom­man­do skoń­czy­ło ro­bo­tę. Te­raz pew­nie bę­dzie już za bra­mą, w dro­dze do Pła­szo­wa.

Oczy­wi­ście mie­li z Milą plan awa­ryj­ny, przy­go­to­wa­ny na taką wła­śnie oko­licz­ność. Gdy­by jed­no z nich zna­la­zło się w Pła­szo­wie, le­piej bę­dzie, je­śli dru­gie spró­bu­je po­zo­stać poza obo­zem. Wie­dział, że Mila ma dar nie­rzu­ca­nia się w oczy, cen­ny dar dla więź­nia, ale też, że bar­dzo bę­dzie jej do­skwie­rał głód. On za­tem musi ją za­opa­try­wać z ze­wnątrz. Był pe­wien, że da się to za­ła­twić. Nie była to jed­nak ła­twa de­cy­zja: otu­ma­nio­ny, sła­bo strze­żo­ny przez SS tłum, po­dą­ża­ją­cy ku po­łu­dnio­wej bra­mie i do fa­bryk za dru­ta­mi Pła­szo­wa, do­wo­dził, że tam wła­śnie więk­szość lu­dzi wi­dzia­ła, być może słusz­nie, moż­li­wość prze­trwa­nia.

Po­mi­mo póź­nej już pory świa­tło było ostre, jak­by miał pa­dać śnieg. Po­ld­ko­wi uda­ło się przejść przez uli­cę i wejść do opu­sto­sza­łych miesz­kań. Za­sta­na­wiał się, czy rze­czy­wi­ście są pu­ste, czy może peł­ne lu­dzi, ukry­tych mniej lub bar­dziej spryt­nie, któ­rzy byli prze­ko­na­ni, że gdzie­kol­wiek SS ich za­bie­rze, i tak skoń­czą w ko­mo­rze ga­zo­wej.

Po­ldek roz­glą­dał się za jak naj­lep­szą kry­jów­ką. Przez po­dwór­ka prze­do­stał się do skła­du drew­na na Jó­ze­fiń­skiej. Drew­no sta­no­wi­ło to­war de­fi­cy­to­wy. Nie było tam więk­szej bu­dow­li z de­sek, za któ­rą moż­na by się scho­wać. Naj­lep­sze miej­sce było za że­la­zny­mi bra­ma­mi przy wjeź­dzie na plac. Ich wiel­kość i czerń zda­wa­ły się obie­cy­wać bez­piecz­ną noc. Póź­niej nie po­tra­fił uwie­rzyć, że wy­brał je z ta­kim en­tu­zja­zmem.

Sku­lił się za jed­ną z bram, któ­ra sta­ła opar­ta o ścia­nę opusz­czo­ne­go ba­ra­ku biu­ro­we­go. Przez szpa­rę mię­dzy bra­mą a słup­kiem miał wi­dok na Jó­ze­fiń­ską w kie­run­ku, z któ­re­go przy­szedł. Zza lo­do­wa­te­go ka­wał­ka bla­chy oglą­dał wy­ci­nek zim­ne­go wie­czo­ru w ko­lo­rze świe­cą­cej sza­ro­ści i szczel­niej otu­lił się płasz­czem. Ja­kiś czło­wiek z żoną spie­szył w stro­nę bra­my, zyg­za­kiem wy­mi­ja­jąc le­żą­ce na zie­mi za­wi­niąt­ka, wa­liz­ki na próż­no pod­pi­sa­ne du­ży­mi li­te­ra­mi, oznaj­mia­ją­cy­mi w wie­czor­nym świe­tle: Kle­in­feld, Luh­rer, Bau­me, We­in­berg, Smo­lar, Struś, Ro­sen­thal, Bir­man, Ze­itlin. Na­zwi­ska, na któ­re nie zo­sta­ną wy­sta­wio­ne żad­ne po­kwi­to­wa­nia. „Sto­sy przed­mio­tów wy­peł­nio­nych wspo­mnie­nia­mi” – pi­sał o ta­kich sce­nach mło­dy ar­ty­sta Bau. „Gdzie są moje skar­by?”

Spo­za po­bo­jo­wi­ska po­rzu­co­nych ba­ga­ży sły­szał agre­syw­ne szcze­ka­nie psów. Po­tem na Jó­ze­fiń­skiej, na chod­ni­ku po prze­ciw­nej stro­nie, po­ja­wi­ło się trzech es­es­ma­nów, z któ­rych jed­ne­go cią­gnę­ły do przo­du dwa roz­ju­szo­ne psy po­li­cyj­ne. Zwie­rzę­ta wcią­gnę­ły swe­go opie­ku­na pod nu­mer 41 na Jó­ze­fiń­skiej, a po­zo­sta­li dwaj cze­ka­li na chod­ni­ku. Psy po­chła­nia­ły więk­szość uwa­gi Po­ld­ka. Wy­glą­da­ły na krzy­żów­kę dal­ma­tyń­czy­ków z owczar­ka­mi nie­miec­ki­mi. Kra­ków na­dal był dla Pfef­fer­ber­ga przy­ja­znym mia­stem, a te psy wy­glą­da­ły obco, jak­by je spro­wa­dzo­no z ja­kie­goś in­ne­go, bar­dziej be­stial­skie­go get­ta. Na­wet bo­wiem w tej ostat­niej go­dzi­nie, wśród po­roz­rzu­ca­nych pa­kun­ków, ukry­ty za że­la­zną bra­mą, dzię­ko­wał lo­so­wi za to mia­sto; był prze­ko­na­ny, że osta­tecz­ne okru­cień­stwa po­peł­nia się w ja­kichś in­nych, nie tak mi­łych miej­scach. To ostat­nie od­czu­cie zo­sta­ło zma­za­ne w cią­gu na­stęp­nych trzy­dzie­stu se­kund. Naj­gor­sza rzecz sta­ła się bo­wiem w Kra­ko­wie. Przez szpa­rę w bra­mie zo­ba­czył wy­da­rze­nie, któ­re uprzy­tom­ni­ło mu, że je­śli ist­nie­je bie­gun zła, to nie znaj­du­je się on, jak przy­pusz­czał, w Tar­no­wie, Czę­sto­cho­wie, Lwo­wie czy War­sza­wie, tyl­ko tu­taj, po pół­noc­nej stro­nie uli­cy Jó­ze­fiń­skiej, o sto dwa­dzie­ścia kro­ków od nie­go. Z nu­me­ru 41 wy­szła krzy­czą­ca ko­bie­ta z dziec­kiem. Je­den pies trzy­mał za ma­te­riał su­kien­ki, za cia­ło na bio­drze. Es­es­man od psów wziął z jej rąk dziec­ko i rzu­cił nim o ścia­nę. Dźwięk ude­rze­nia ka­zał Pfef­fer­ber­go­wi za­mknąć oczy. Usły­szał strzał, któ­ry po­ło­żył kres wrza­skli­wym pro­te­stom ko­bie­ty.

Tak samo jak oce­niał licz­bę tru­pów na sto­sie pod szpi­ta­lem na sześć­dzie­siąt czy sie­dem­dzie­siąt, tak za­wsze bę­dzie ze­zna­wał, że dziec­ko mia­ło dwa lub trzy lata.

Chy­ba za­nim jesz­cze ko­bie­ta sko­na­ła, a z pew­no­ścią za­nim on sam zdał so­bie spra­wę, że się po­ru­sza – jak­by de­cy­zja wy­szła z ja­kie­goś ośrod­ka od­wa­gi w głę­bi mó­zgu – Pfef­fer­berg zre­zy­gno­wał z ukry­cia za zim­ną że­la­zną bra­mą i zna­lazł się na otwar­tej prze­strze­ni pla­cu. Przy­jął na­tych­miast woj­sko­wą po­sta­wę, wy­uczo­ną w pol­skim woj­sku. Opu­ścił skład drew­na jak czło­wiek z waż­ną mi­sją do speł­nie­nia, po­chy­lił się i za­czął pod­no­sić z uli­cy pa­kun­ki i ba­ga­że i ukła­dać je w stos pod ścia­ną skła­du. Sły­szał, jak trzej es­es­ma­ni się zbli­ża­ją; war­czą­cy od­dech psów sta­wał się co­raz wy­raź­niej­szy, a ich na­prę­żo­ne smy­cze sym­bo­li­zo­wa­ły nie­zno­śne na­pię­cie tego wie­czo­ra. Gdy uznał, że są o ja­kieś dzie­sięć kro­ków od nie­go, wy­pro­sto­wał się i uda­jąc kar­ne­go Żyda o pew­nej eu­ro­pej­skiej ogła­dzie po­zwo­lił so­bie ich do­strzec. Ich buty i bry­cze­sy były opry­ska­ne krwią, ale nie wsty­dzi­li się po­ka­zy­wać w ta­kim sta­nie in­nym. Ofi­cer w środ­ku był naj­wyż­szy. Nie wy­glą­dał na mor­der­cę: jego twarz zdra­dza­ła wraż­li­wość, usta miał sub­tel­nie za­ry­so­wa­ne.