Pfefferberg w swoim wyświechtanym ubraniu strzelił tekturowymi obcasami, tak jak to się robiło w polskim wojsku, i zasalutował temu wysokiemu w środku. Nie znał stopni w SS i nie wiedział, jak się do niego zwrócić.
– Herr… – zaczął – Herr Kommandant!
Jego umysł w obliczu śmierci podsunął mu ten tytuł z fertyczną energią. Okazał się słowem najwłaściwszym, wysokim oficerem bowiem był sam Amon Göth, w pełni swych sił witalnych, dumny z postępów akcji i tak zdolny do natychmiastowego, instynktownego okazywania swej władzy, jak Pfefferberg do natychmiastowego i instynktownego wybiegu.
– Herr Kommandant, melduję posłusznie, że otrzymałem rozkaz zebrać wszystkie tobołki z drogi, żeby nie tarasowały przejścia.
Psy przez obroże wyciągały ku niemu głowy. Spodziewały się – co wynikało z ich tresury i przebiegu podobnych akcji – że będą mogły się rzucić na ręce i pachwiny Pfefferberga. Ich dzikie warczenie było pełne przerażającej pewności co do skutków takiego ataku, a problem polegał tylko na tym, czy esesman na lewo od komendanta będzie miał dość siły, by je powstrzymać. Pfefferberg nie liczył na wiele. Nie zdziwiłby się, gdyby nagle znalazł się pod psami, od których zębów mogła wyzwolić go tylko kula. Jeśli tej kobiecie nie udało się niczego zwojować macierzyńskimi błaganiami, to on nie miał szans ze swoimi opowieściami o tobołkach, o uprzątaniu ulicy, na której tak czy owak wszelki ruch został zlikwidowany.
Ale Pfefferberg rozbawił komendanta bardziej niż kobieta. Oto stoi taki gettomensch, bawi się w żołnierza przed trzema oficerami SS i składa meldunek – służalczy, jeśli prawdziwy, niemal przymilny, jeśli nie. Poza tym jego zachowanie wyłamywało się z tradycyjnego stylu ofiar. Ze wszystkich skazanych dziś na śmierć ani jeden nie próbował stukać obcasami. Herr Kommandant może zatem skorzystać z królewskiego prawa okazania irracjonalnego, niespodziewanego rozbawienia. Odchylił głowę do tyłu, rozciągnął swą długą górną wargę i roześmiał się szeroko i szczerze, a jego koledzy uśmiechali się i kiwali głowami tak długo, jak długo trwał śmiech przełożonego.
Swym doskonałym barytonem Untersturmführer Amon Göth powiedział:
– Zajmiemy się wszystkim. Ostatnia grupa opuszcza getto. Verschwinde!
Znikaj, stukający obcasami polski żołnierzyku!
Pfefferberg zaczął biec nie oglądając się za siebie i nie zdziwiłby się, gdyby położył go strzał z tyłu. Biegiem dotarł do rogu Węgierskiej i skręcił, minął podwórko szpitalne, na którym przed kilkoma godzinami był świadkiem zbrodni. Kiedy zbliżał się do bramy, było już ciemno i ostatnie znajome uliczki getta zniknęły w mroku. Na Rynku Podgórskim stała ostatnia gromada więźniów, otoczona luźnym kordonem SS i Ukraińców.
– Jestem chyba ostatnim żywym stamtąd – powiedział ludziom w tłumie.
Albo on, albo jubiler Wulkan z żoną i synem. Przez kilka ostatnich miesięcy Wulkan pracował w fabryce „Postęp”. Wiedząc, co ma się stać, udał się do komisarza Unkelbacha z dużym diamentem chowanym przez dwa lata w podszewce płaszcza.
– Herr Unkelbach – powiedział do niego – pójdę, gdzie mi każą, ale moja żona nie zniesie tego wrzasku i gwałtu.
Wulkan z żoną i synem mieli czekać w komisariacie OD pod ochroną znajomego żydowskiego policjanta, aż Herr Unkelbach przyjdzie i zaprowadzi ich bezpiecznie do Płaszowa.
Od rana siedzieli w kącie komisariatu, lecz to oczekiwanie było nie mniej dramatyczne, niż gdyby zostali w swojej kuchni. Chłopiec był na przemian znudzony i przerażony, żona nie przestawała mu robić syczących wymówek. „Gdzie on jest? Czy on w ogóle przyjdzie? Co za ludzie, co za ludzie!” Wczesnym popołudniem Unkelbach rzeczywiście się pokazał: przyszedł do komisariatu skorzystać z ustępu i napić się kawy. Wulkan, wychodząc z kancelarii, w której czekał, zobaczył takiego Unkelbacha, jakiego nigdy jeszcze nie widział: w mundurze podoficera SS, palącego i wymieniającego głośne, ożywione zdania z innym esesmanem. W jednej ręce trzymał filiżankę z kawą, w drugiej papierosa, którym zaciągał się głęboko, na barierce komisariatu, niczym odpoczywające zwierzę, leżał pistolet. Na gorsie munduru widać było ślady krwi. Oczy, skierowane w stronę Wulkana, nie widziały go. Wulkan od razu zrozumiał, że Unkelbach nie tyle wycofał się z umowy, co po prostu o niej zapomniał. Ten człowiek był pijany, i to nie alkoholem. Gdyby Wulkan przemówił, odpowiedzią byłoby spojrzenie pełne absolutnego zdziwienia. A za nim prawdopodobnie coś dużo gorszego. Wulkan zrezygnował i wrócił do żony.
– Czemu z nim nie pomówisz? – pytała w kółko. – Ja z nim pomówię, jeśli jeszcze jest.
W tym momencie jednak zobaczyła cień w oczach męża i wychyliwszy się, spojrzała zza drzwi. Unkelbach właśnie zbierał się do wyjścia. Zobaczyła mundur opryskany krwią drobnych handlarzy i ich żon. Jęknęła i wróciła na swoje miejsce.
Podobnie jak jej mąż popadła teraz w rozpacz i czekanie stało się dla niej nieco łatwiejsze. Znajomy odeman przywrócił im zwykły rytm nadziei i niepewności. Powiedział, że cała OD, poza pretorianami Spiry, ma do szóstej wieczór opuścić getto i Wielicką udać się do Płaszowa. Spróbuje upchnąć Wulkanów na jednej z furmanek.
Gdy zmrok zapadł na trasie biegu Pfefferberga, gdy ostatnia grupa więźniów zebrała się na Rynku Podgórskim, gdy doktor H. z żoną szedł na wschód w towarzystwie hałaśliwych, pijanych Polaków, udając jednego z nich, gdy oddziały Sonderkommando odpoczywały, paląc papierosy przed ostatnim przeszukaniem kamienic, pod drzwi komisariatu podjechały dwa konne wozy. Odemani ukryli Wulkanów pod stertą pudeł z papierami i górą odzieży. Symche Spiry i jego kolegów z OD nie było widać; pracowali gdzieś na ulicach, popijali kawę z podoficerami, czcili swój nie zagrożony byt w ramach systemu.