Oskar musiał pomówić nie tylko z szefami policji regionu krakowskiego. Poszedł na tyły swojej fabryki i porozmawiał też z sąsiadami. Za nędznymi chałupkami, zbudowanymi z Jerethowego drewna, stała fabryka grzejników Kurta Hodermana. Zatrudniał on gromadę Polaków i około stu więźniów Płaszowa. Po przeciwnej stronie znajdowała się fabryka opakowań Jeretha, pod komisarycznym nadzorem niemieckiego inżyniera Kuhnpasta. Ale płaszowiacy stanowili u nich tak mały ułamek załogi, że pomysł Oskara nie wzbudził tu entuzjazmu. Nie zgłaszali jednak sprzeciwu. Oskar bowiem zaproponował, że umieści ich Żydów o pięćdziesiąt metrów od miejsca pracy. Teraz chodzili do zakładów pięć kilometrów.
Potem Oskar poszedł kilka ulic dalej, by pomówić z inżynierem Schmilewskim z biura garnizonu Wehrmachtu. Schmilewski też zatrudniał brygadę więźniów z Płaszowa. I nie miał zastrzeżeń. Jego nazwisko, a także nazwiska Kuhnpasta i Hodermana, dołączono do podania, które Schindler wysłał na Pomorską.
Esesowscy mierniczy przybyli do „Emalii” i konferowali z mierniczym Steinhauserem, starym znajomym Oskara z Inspektoratu Uzbrojenia. Stali, niechętnie patrząc na teren, i pytali o kanalizację. Oskar zaprosił ich na górę, do swojego gabinetu, na poranną kawę i lampkę koniaku, a potem wszyscy rozstali się po przyjacielsku. W ciągu kilku dni podanie o założenie podobozu pracy przymusowej na zapleczu fabryki zostało załatwione pozytywnie.
Tego roku DEF osiągnie roczny obrót w wysokości piętnastu milionów ośmiuset tysięcy marek. W tej sytuacji kwota trzystu tysięcy marek, które Oskar musiał wydać na materiały budowlane, nie była zabójcza. W rzeczywistości jednak był to dopiero początek wydatków Oskara.
Wysłał prośbę do Bauleitung, biura budowlanego w Płaszowie, o wypożyczenie młodego inżyniera nazwiskiem Adam Gardę. Gardę pracował właśnie przy budowie baraków w Płaszowie. Pozostawiwszy wskazówki dla budowniczych, szedł teraz pod strażą na Lipową nadzorować budowę obozu Oskara. Gdy pierwszy raz znalazł się na Zabłociu, zastał dwie proste budy, zajęte przez blisko czterystu więźniów. Ogrodzenia strzegł oddział SS, ale więźniowie powiedzieli Gardemu, że Oskar nie wpuszcza SS na teren budowy ani do hal fabrycznych, z wyjątkiem oczywiście wyższych rangą inspektorów, jeśli tacy mieli ochotę popatrzeć. Mówili też, że Oskar nie żałuje wódki małemu garnizonowi SS przy „Emalii” i że esesmani są zadowoleni ze swego losu. Garde patrząc na więźniów „Emalii”, siedzących wśród porozsychanych, kruchych desek dwóch baraków, męskiego i kobiecego, doszedł do wniosku, że są zadowoleni. Sami siebie nazywali Schindlerjuden, używając tego określenia jako wyrazu ostrożnych samogratulacji. Podobnie człowiek wychodzący z zawału serca może określić się jako szczęśliwy wybraniec losu.
Wykopano prymitywne latryny; ich obecność inżynier Garde, choć aprobował dzieło, wyczuł nosem już przy bramie fabryki. Potrzebom higieny osobistej służyła pompa na dziedzińcu DEF-u.
Oskar poprosił Gardego, by przyszedł do gabinetu i spojrzał na plany. Sześć baraków dla tysiąca dwustu ludzi. Kuchnia z tej strony, barak SS – Oskar tymczasowo zakwaterował SS w części fabryki – poza drutami, z tyłu.
– Chcę tu mieć prysznice i pralnię jak się patrzy – powiedział Oskar. – Mam spawaczy, którzy potrafią to pod pańskim kierunkiem zrobić. Tyfus – mruknął uśmiechając się w stronę Gardego. – Nikt z nas nie chce tyfusu. W Płaszowie wszy już gryzą. Chcemy mieć możliwość gotowania odzieży.
Adam Garde z wielką przyjemnością chodził na Lipową. Dwoje inżynierów ukarano już w Płaszowie za posiadanie dyplomów, ale w DEF-ie eksperci byli nadal ekspertami. Pewnego ranka, gdy maszerował Wielicką w stronę Zabłocia, nie spiesząc się i nie będąc popędzanym przez Ukraińca-strażnika, wśród chłopskich furmanek pojawiła się nagle czarna limuzyna i zahamowała gwałtownie tuż przy nim. Wyłonił się z niej Untersturmführer Göth. Z jego spojrzenia można było wywnioskować, że pytania, które zadaje, nie są ot, takie sobie.
– Jeden więzień, jeden strażnik – zauważył Göth. – Co to ma znaczyć?
Ukrainiec zameldował posłusznie, że otrzymał rozkaz eskortować tego więźnia co rano do Herr Oskara Schindlera. Zarówno strażnik, jak i Garde mieli nadzieję, że nazwisko Oskara zapewni im bezpieczeństwo.
– Jeden strażnik, jeden więzień… – powtórzył komendant i wsiadł z powrotem do auta, nie rozwiązując sprawy w żaden radykalny sposób.
Kilka godzin później Amon zatrzymał Wilka Chilowicza, który oprócz roli agenta sprawował jeszcze funkcję szefa żydowskiej policji obozowej, tak zwanych „strażaków”. Symche Spira, do niedawna Napoleon getta, nadal tam mieszkał – spędzał każdy dzień na poszukiwaniu diamentów, złota i gotówki ukrytej i nie zgłoszonej przez ludzi, którzy byli teraz popiołem na szpilkach bełżeckich lasów. Ale w Płaszowie Spira nie miał władzy. W Płaszowie władał Chilowicz, choć nikt nie wiedział, czemu. Może Willi Kunde wspomniał o nim Amonowi, może Amon poznał się na nim i jego styl przypadł mu do gustu. W każdym razie Wilek został oto nagle szefem płaszowskich „strażaków”, rozdawcą czapek i opasek władzy w tym podłym królestwie; a że podobnie jak Symche wyobraźnię miał ograniczoną, więc przyrównywał swą władzę do władzy cezarów.
Göth podszedł do tego podrzędnego Sejana i powiedział mu, żeby odesłał Adama Gardę do Schindlera na stałe i w ten sposób będzie go miał z głowy.