– Inżynierów mamy na kopy – rzucił z niesmakiem. Miał na myśli to, że zawód inżyniera był dla polskich Żydów, wobec zakazu wstępu na studia medyczne, stosunkowo łatwo osiągalny.
– Ale najpierw – dodał Amon – zanim pójdzie do „Emalii”, musi skończyć pracę przy mojej cieplarni.
Wiadomość zastała Adama Gardę na jego miejscu wśród czteropoziomowych prycz baraku 21. Zostanie odesłany na Zabłocie po wykonaniu zadania. Będzie budował na tyłach willi Götha, gdzie, jak Reiter i Grünberg mogliby mu powiedzieć, wszystko mogło się zdarzyć.
W trakcie tej budowy windowano do góry dużą belkę na kalenicę Amonowej cieplarni. Nagle Adam Gardę usłyszał psy komendanta, Rolfa i Ralfa. Te wzięte z komiksu imiona brzmiałyby zabawnie, gdyby nie to, że w ubiegłym tygodniu Amon pozwolił swoim pupilom rozerwać pierś więźniarce podejrzanej o próżnowanie. Sam Amon, ze swym mocno niepełnym wykształceniem technicznym, przychodził dość często na budowę, aby z profesjonalnym zainteresowaniem patrzeć na podnoszenie wielokrążkami dachowych belek. Przyszedł z pytaniami akurat, gdy wstawiano belkę centralną. Był to wielki, ciężki kawał sosnowego pnia i Amon wykrzykiwał swoje pytanie z jego drugiego końca. Gardę nie zrozumiał, o co chodzi, i przyłożył rękę do ucha. Göth powtórzył, a inżynier – jeszcze gorzej, niż gdyby nie usłyszał – nie rozumiał, o co go pytają.
– Nie rozumiem, Herr Kommandant – przyznał.
Amon złapał za wznoszącą się belkę obiema rękami, pociągnął koniec w tył i z rozmachem pchnął ją w stronę inżyniera. Gardę zobaczył, jak wielkie, rozkołysane drzewce pędzi w kierunku jego głowy, i zrozumiał, że to narzędzie śmierci. Podniósł prawą rękę i przyjął nią cios – belka strzaskała mu kostki dłoni i śródręcza i rzuciła go na ziemię. Gdy przez mgłę bólu i nudności znów otworzył oczy, Amon zdążył już się odwrócić i odejść. Może przyjdzie po zadowalającą go odpowiedź jutro.
By nie zostać uznanym za okaleczonego i tym samym nieprzydatnego do pracy, inżynier Gardę unikał w drodze do izby chorych pokazywania swej złamanej kończyny. Zwisając niby normalnie, ciążyła mu jak naczynie boleści. Dał się namówić doktorowi Hilfsteinowi na założenie gipsu. W takim stanie, mając nadzieję, że długi rękaw płaszcza ukryje gips, kontynuował nadzór nad budową cieplarni i codziennie maszerował do „Emalii”. Gdy tę nadzieję stracił, usunął gips, ryzykując, że kości krzywo się zrosną. Chciał być przeniesiony do podobozu Schindlera, a w tym celu musiał wyglądać zdrowo.
W ciągu tygodnia, niosąc w węzełku koszulę i kilka książek, został odprowadzony na Lipową na dobre.
XXIII
Wśród tych więźniów, którzy wiedzieli, co w trawie piszczy, toczyła się rywalizacja o to, by się dostać do „Emalii”. Więzień Dolek Horowitz, zaopatrzeniowiec obozu, wiedział, że on sam nie ma szans na obóz Schindlera. Ale miał żonę i dwoje dzieci.
W te wiosenne poranki, gdy ziemia odparowywała resztki zimy, młodszy syn, Ryszard, budził się wcześnie. Schodził z pryczy matki w sektorze kobiecym i biegł na dół do obozu męskiego. Jego myśli krążyły już wokół czarnego porannego chleba. Na apelu porannym musiał być przy ojcu. Ścieżka prowadziła obok posterunku policji żydowskiej Chilowicza i w pobliżu widocznych nawet w mglisty poranek dwóch wież strażniczych. Nie groziło mu niebezpieczeństwo, ponieważ go znano: był synem Horowitza. A Horowitza uważał za niezastąpionego Herr Bosch, który z kolei był towarzyszem libacji komendanta. Swoboda ruchów Ryszarda wynikała z biegłości jego ojca. Szedł prowadzony oczami z wież, odnajdywał barak ojca, wdrapywał się na jego pryczę i budził pytaniami. „Czemu mgła jest rano, a nie po południu? Czy będą ciężarówki? Jak długo potrwa dzisiejszy apel? Czy będą chłosty?” Chłosty przedłużały czekanie na posiłek.
Dzięki porannym pytaniom Rysia Dolek uzmysłowił sobie, że Płaszów to nie miejsce nawet dla uprzywilejowanych dzieci. Może warto by się skontaktować z Schindlerem? Zachodził tu od czasu do czasu i przechadzał się wokół bloku administracji i warsztatów pod pozorem kontaktów służbowych, a w rzeczywistości po to, żeby zostawić małe prezenty i wymienić wiadomości ze starymi znajomymi – ze Sternem, Romanem Ginterem i Leopoldem Pfefferbergiem. Gdyby jednak w ten sposób się nie dało, to przyszło mu do głowy, że może uda się dotrzeć do Schindlera za pośrednictwem Boscha. Sądził, że ci dwaj często się spotykają. Nie tu, w obozie, ale może w biurach w mieście i na przyjęciach. Widać było, że nie są przyjaciółmi, ale że wiążą ich interesy i wzajemne przysługi.
Dołkowi nie chodziło jedynie, a nawet nie przede wszystkim, o umieszczenie Rysia u Schindlera. Chłopiec potrafił rozproszyć swe przerażenie chmarą pytań. Myślał o swej dziesięcioletniej córce, Niusi, która już nie zadawała pytań, tylko była zwykłym chudym dzieckiem z okna w fabryce szczotek, gdzie przyszywała włosie do drewienek, i skąd widziała codziennie ciężarówki przybywające do austriackiego fortu. Niusia po prostu wyszła już z wieku zwierzeń i teraz nosiła swój strach w sobie, bez żadnej podpory, tak jak dorośli. Już nie umiała przytulić się do rodzicielskiej piersi i pozbyć się strachu. Aby załagodzić głód, Niusia paliła liście cebuli owinięte w gazetę. Według powtarzających się pogłosek, tego rodzaju środki w „Emalii” nie były potrzebne.
Dolek podszedł do Boscha, gdy ten odwiedził magazyn odzieżowy. Ośmielony poprzednimi uprzejmościami Herr Boscha – mówił – błaga go teraz, by pomówił z Herr Schindlerem. Powtórzył swą prośbę i imiona dzieci, tak aby Bosch, którego pamięć z powodu wódki uległa częściowej atrofii, mógł je zapamiętać.
– Herr Schindler jest moim najlepszym przyjacielem – odrzekł Bosch. – Zrobi dla mnie wszystko.
Dolek niewiele sobie obiecywał po tej rozmowie. Jego żona, Regina, nie miała doświadczenia w produkcji łusek i naczyń emaliowanych. Sam Bosch też nie wspomniał już o sprawie. I oto, zanim jeszcze upłynął tydzień, wszyscy troje, Regina, Niusia i Rysio, pomaszerowali z Płaszowa na podstawie kolejnej listy z „Emalii”, za zezwoleniem komendanta, uzyskanym w zamian za małą kopertę z biżuterią. Niusia, gdy znalazła się w żeńskim baraku na Zabłociu, wyglądała jak wychudzona, pełna rezerwy, dorosła kobieta. Rysio zachowywał się tak samo jak w Płaszowie: wszyscy go znali w hali amunicyjnej i emalierni, a strażnicy akceptowali jego poufałość. Regina ciągle się spodziewała, że Oskar podejdzie do niej w emalierni i powie: „A więc to pani jest żoną Dołka Horowitza”. Wtedy jedynym problemem byłoby, jak wyrazić podziękowanie. Ale on nigdy nie przyszedł. Nie posiadała się ze szczęścia, że ani ona, ani Niusia nie rzucają się w oczy. Były pewne, że Oskar wie, kim oni są, ponieważ często zagadywał Rysia po imieniu. Inny teraz charakter pytań chłopca uzmysłowił im, jak wiele otrzymali.