Obóz „Emalii” nie miał osobnego komendanta SS, który by tyranizował więźniów. Nie było stałych strażników. Garnizon zmieniał się co dwa dni; dwie ciężarówki esesmanów i Ukraińców przyjeżdżały na Zabłocie z Płaszowa, by sprawować nadzór nad bezpieczeństwem podobozu. Płaszowscy strażnicy lubili te przydzielane od czasu do czasu służby w „Emalii”. Kuchnie Herr Direktora, choć prymitywniejsze niż płaszowskie, przygotowywały lepsze posiłki. Ponieważ Herr Direktor wściekał się i wydzwaniał do oberführera Szernera, gdy tylko jakiś strażnik, zamiast patrolować teren wokół ogrodzenia, wszedł do obozu, garnizon trzymał się po drugiej stronie drutów. Służba na Zabłociu była przyjemnie nudna.
Z wyjątkiem inspekcji wyższych oficerów SS, więźniowie pracujący w DEF-ie rzadko widywali strażników z bliska. Jedno ogrodzone drutem przejście wiodło robotników do pracy w emalierni, inne prowadziło do hali zbrojeniowej. Tych, którzy byli zatrudnieni w fabryce opakowań, zakładzie grzejników czy w biurze garnizonowym, prowadzili do pracy i z pracy Ukraińcy – co drugi dzień inni. Żaden strażnik nie miał czasu nabrać fatalnej w skutkach antypatii do więźnia.
Tak więc, choć SS wyznaczało granice życia w „Emalii”, to Oskar nadawał mu ton. Był to ton kruchej co prawda, ale jednak stabilizacji. Żadnych psów. Żadnego bicia. Zupa i chleb lepsze i w większej ilości niż w Płaszowie – około dwóch tysięcy kalorii dziennie, według tego, co mówił pewien lekarz zatrudniony w „Emalii” jako robotnik. Zmiany były długie, często dwunastogodzinne, bowiem Oskar był mimo wszystko przedsiębiorcą, który miał do zrealizowania kontrakty wojenne, a także, oczywiście, chciał zarobić. Trzeba jednak przyznać, że praca nie była nadmiernie wytężona i że wielu więźniów uważało swój wysiłek za właściwą cenę za ocalenie. Według sprawozdań, przedstawionych po wojnie przez Oskara żydowskiemu Joint Distribution Committee, wydał on milion osiemset tysięcy złotych (trzysta sześćdziesiąt tysięcy dolarów) na żywność dla obozu „Emalii”. Symboliczne sumy, spożytkowane na podobny cel, można by znaleźć w księgach IG Farben i Kruppa, lecz nigdzie nie stanowiły one tak wysokiego procentu zysku jak w księgach Oskara. W „Emalii” nikt nie zasłabł ani nie umarł z przepracowania, pobicia czy głodu, podczas gdy w samej tylko oświęcimskiej fabryce kauczuku IG Farben dwadzieścia pięć spośród trzydziestu pięciu tysięcy robotników straciło życie przy pracy.
Jeszcze długo po wojnie ludzie z „Emalii” będą nazywać obóz Schindlera rajem. Biorąc pod uwagę fakt, że po 1945 roku byli rozproszeni po świecie, nie można ich oskarżyć o to, że określenie to między sobą uzgodnili. Słowo to musiało być w użyciu już w samej „Emalii”. Był to oczywiście względny raj – niebo w porównaniu z Płaszowem. „Emalia” była dla ludzi synonimem ocalenia – a więc czegoś dziwnego, surrealistycznego, absurdalnego do tego stopnia, że bali się jej przyglądać bliżej, żeby się nie ulotniła. Nowi DEF-owcy znali Oskara tylko z opowiadań. Nie chcieli stawać na jego drodze i ryzykować rozmowy. Potrzebowali czasu na otrząśnięcie się i przystosowanie do nieortodoksyjnego systemu obozowego.
Na przykład dziewczyna o imieniu Lusia. Jej męża niedawno wybrano z masy więźniów na placu apelowym Płaszowa i wysłano z innymi do Mauthausen. Płakała, jakby została wdową, co zresztą wkrótce potem stało się faktem. Zasmuconą zaprowadzono do „Emalii”. Pracowała tam, nosząc zanurzone w emalii naczynia do pieca. Wolno było podgrzewać sobie wodę na ciepłych maszynach, a podłoga też była ciepła. Ciepła woda była dla niej pierwszym dobrodziejstwem u Schindlera.
Oskar kojarzył jej się najpierw tylko z rosłą postacią, przechodzącą wzdłuż rzędu pras lub wspinającą się po pomoście. Postać ta nie budziła grozy. Wydawało jej się, że gdyby została spostrzeżona, natura tego miejsca – jedzenie, brak bicia, nieobecność strażników – mogłaby się jakimś sposobem odmienić. Chciała tylko przepracować swoją zmianę nie rzucając się w oczy, a potem szybko wrócić tunelem z drutu kolczastego do baraku. Po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że kiwa głową w stronę Oskara i że mówi: „Tak, dziękuję, panie dyrektorze, czuję się dobrze”. Raz dał jej trochę papierosów, które były lepsze niż złoto, bo służyły i jako luksus, i jako środek handlu z polskimi robotnikami. Ponieważ wiedziała, że znajomi znikają, obawiała się znajomości z nim; chciała, by nadal był tylko postacią, magicznym opiekunem. Raj w ręku znajomego byłby zbyt kruchy. Do kierowania rajem trzeba kogoś bardziej autorytatywnego i bardziej tajemniczego niż znajomy.
Podobnie czuło wielu więźniów w „Emalii”.
W czasie kiedy na Zabłociu powstawał obóz przyfabryczny, w Krakowie mieszkała na fałszywych południowoamerykańskich papierach kobieta o nazwisku Regina Perlman. Ciemna karnacja uwiarygodniała jej dokumenty i dzięki nim pracowała jako aryjka w biurze pewnej fabryki w Podgórzu. Byłaby mniej narażona na szantaż, gdyby przeniosła się do Warszawy, Łodzi czy Gdańska. Lecz w Płaszowie znajdowali się jej rodzice, i także dla nich chodziła z fałszywymi papierami: dostarczała im żywność, lekarstwa, inne bardziej lub mniej potrzebne rzeczy.
Jeszcze w getcie dowiedziała się o istnieniu Oskara Schindlera i o jego altruizmie, który wśród Żydów stał się wręcz legendarny. Miała też wiadomości z Płaszowa, z kamieniołomu, sprzed willi komendanta. Żeby umieścić swoich rodziców w obozie Schindlera, będzie musiała zrezygnować ze swojej tajemnicy, ale uznała to za jedyne wyjście.