Выбрать главу

Amon przy­glą­dał się kup­ce.

– Pra­cu­jesz tu od szó­stej – za­uwa­żył nie od­ry­wa­jąc oczu od pod­ło­gi. – Po­tra­fisz pra­co­wać bar­dzo szyb­ko. Dla­cze­go więc tak mało tych za­wia­sów?

Le­war­tow zro­zu­miał, że wła­snym kunsz­tem wy­pra­co­wał so­bie śmierć. Amon po­pro­wa­dził go przej­ściem mię­dzy sto­ła­mi. Nikt nie od­wa­żył się pod­nieść oczu znad warsz­ta­tu. Co moż­na było zo­ba­czyć? Dro­gę na śmierć? Dro­ga na śmierć to w Pła­szo­wie pro­za ży­cia.

Na ze­wnątrz, w wio­sen­ne po­łu­dnie, Amon usta­wił Me­na­szę Le­war­to­wa pod ścia­ną hali i wy­jął pi­sto­let, któ­rym za­mor­do­wał przed dwo­ma dnia­mi chłop­ca.

Le­war­tow za­mru­gał oczy­ma i pa­trzył, jak inni więź­nio­wie, któ­rzy spie­sząc się wo­zi­li i no­si­li róż­ne ma­te­ria­ły do pro­duk­cji, sta­ra­ją się da­le­ko trzy­mać od miej­sca, gdzie stał on i Amon Göth. Ci, któ­rzy byli z Kra­ko­wa, pew­nie my­śle­li so­bie: „Boże, przy­szła ko­lej na Le­war­to­wa”. A Le­war­tow szep­tał „Sze­ma Ji­sro­el” i słu­chał me­cha­ni­zmu pi­sto­le­tu. Ale ci­che me­ta­licz­ne od­gło­sy za­koń­czy­ły się nie hu­kiem, tyl­ko pstryk­nię­ciem jak­by za­pal­nicz­ki, któ­ra nie daje ognia. Jak nie­za­do­wo­lo­ny pa­lacz, z do­kład­nie ta­kim sa­mym ba­nal­nym roz­gnie­wa­niem, Amon wy­jął i wy­mie­nił ma­ga­zy­nek w kol­bie pi­sto­le­tu, znów wy­ce­lo­wał i na­ci­snął spust. Ra­bin do­znał uczu­cia, że strzał z pi­sto­le­tu moż­na przy­jąć tak samo jak ude­rze­nie pię­ścią. Tym­cza­sem pi­sto­let Götha zno­wu tyl­ko pstryk­nął.

Don­ner­wet­ter! Zum Teu­fel! – krzyk­nął ko­men­dant. Le­war­tow miał wra­że­nie, że Amon za­cznie za­raz prze­kli­nać nie­do­sko­na­ło­ści no­wo­cze­snej tech­ni­ki, tak jak­by obaj byli han­dlow­ca­mi, któ­rzy pró­bu­ją osią­gnąć ja­kiś pro­sty efekt – gwint na ru­rze czy otwór w ścia­nie. Amon scho­wał nie­spraw­ny pi­sto­let do czar­ne­go ol­stra i z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki wy­cią­gnął re­wol­wer z per­ło­wy­mi okła­dzi­na­mi, taki, o ja­kich ra­bin czy­tał w po­wie­ściach o Dzi­kim Za­cho­dzie. Le­war­tow nie przy­pusz­czał, aby przy­czy­ny tech­nicz­ne mo­gły spo­wo­do­wać uła­ska­wie­nie. Göth na pew­no nie od­stą­pi od swe­go za­mia­ru. Zgi­nę od kow­boj­skie­go re­wol­we­ru, my­ślał ra­bin. Na­wet gdy­by wszyst­kie igli­ce były spi­ło­wa­ne, haupt­sturm­füh­rer Göth sko­rzy­sta z bar­dziej pry­mi­tyw­nych spo­so­bów.

We­dług tego, co Stern opo­wie­dział Schin­dle­ro­wi, za­nim Göth znów wy­mie­rzył i na­ci­snął spust, Me­na­sza Le­war­tow ro­zej­rzał się, szu­ka­jąc cze­goś, co ra­zem z dwo­ma nie­zwy­kły­mi za­cię­cia­mi służ­bo­wej bro­ni Götha mo­gło­by sta­no­wić ja­kiś ar­gu­ment. Przy na­roż­ni­ku ścia­ny le­ża­ła ster­ta wę­gla, obiekt sam w so­bie nie­zbyt obie­cu­ją­cy.

– Herr Kom­man­dant – za­czął Le­war­tow, ale oto znów usły­szał mor­der­cze kur­ki i sprę­żyn­ki we­ster­no­wej bro­ni Götha.

I znów „pstryk”, jak z po­psu­tej za­pal­nicz­ki. Amon, wście­kły, szar­pał lufę re­wol­we­ru, jak­by chciał ją wy­rwać z ob­sa­dy.

Te­raz ra­bin przy­jął po­sta­wę, jaką wi­dział u nad­zor­ców w warsz­ta­cie.

– Herr Kom­man­dant, chciał­bym po­słusz­nie za­mel­do­wać, że mój stos za­wia­sów jest nie­za­do­wa­la­ją­cy z tego po­wo­du, że ka­li­bro­wa­no dziś ma­szy­ny. Dla­te­go za­miast pra­cy przy za­wia­sach po­sła­no mnie do zrzu­ca­nia tego wę­gla.

Le­war­tow od­niósł wra­że­nie, że po­gwał­cił za­sa­dy gry, w któ­rej obaj bra­li udział i któ­ra mia­ła się za­koń­czyć jego śmier­cią tak de­fi­ni­tyw­nie, jak de­fi­ni­tyw­nie grę w węże i dra­bi­ny koń­czy wy­rzu­ce­nie szóst­ki. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by ra­bin ukrył ko­ści i tym sa­mym unie­moż­li­wił za­koń­cze­nie. Amon ude­rzył go w twarz wol­ną lewą ręką i Le­war­tow po­czuł w ustach krew, któ­ra jed­nak sma­ko­wa­ła jak na­dzie­ja.

Na­stęp­nie haupt­sturm­füh­rer Göth po pro­stu po­zo­sta­wił ra­bi­na pod ścia­ną. Ale i Le­war­tow, i Stern wie­dzie­li, że gra zo­sta­ła je­dy­nie odło­żo­na.

Stern szep­tem opo­wie­dział tę hi­sto­rię Oska­ro­wi. Było to w Biu­rze Bu­dow­la­nym Pła­szo­wa. Po­chy­lo­ny, z pod­nie­sio­ny­mi oczy­ma i złą­czo­ny­mi dłoń­mi, był jak ni­g­dy do­tąd dro­bia­zgo­wy.

– To ża­den pro­blem – skon­klu­do­wał Oskar. Lu­bił cza­sem po­draż­nić Ster­na. – Po co ta cała dłu­ga opo­wieść? W „Ema­lii” za­wsze jest miej­sce dla ta­kie­go, co po­tra­fi zro­bić za­wias w mi­nu­tę.

Le­war­tow przy­szedł z żoną do „Ema­lii” w le­cie 1943 roku. Pra­co­wał jako to­karz w dzia­le amu­ni­cyj­nym DEF-u. Przez pe­wien czas mu­siał zno­sić coś, co uwa­żał za re­li­gij­ne do­cin­ki Schin­dle­ra. W piąt­ko­we wie­czo­ry Schin­dler pod­cho­dził do nie­go i mó­wił: „Nie po­wi­nien pan tu być, rab­bi. Po­wi­nien pan te­raz przy­go­to­wy­wać się do sza­ba­tu”. Kie­dy jed­nak Oskar pew­ne­go dnia pod­rzu­cił mu bu­tel­kę sza­ba­to­we­go wina, Le­war­tow zro­zu­miał, że nie były to żar­ty. Od tego cza­su w każ­dy pią­tek, przed zmierz­chem, zwal­niał się z pra­cy i szedł do swo­je­go ba­ra­ku za dru­ta­mi, na ty­łach fa­bry­ki. Tam, pod sznu­ra­mi schną­cej bie­li­zny, wśród prycz się­ga­ją­cych pod sam su­fit, re­cy­to­wał nad kie­li­chem wina Ka­disz. Oczy­wi­ście w cie­niu ese­sow­skiej wie­ży straż­ni­czej.

XXIV

In­te­re­sy Oska­ra Schin­dle­ra szły wspa­nia­le, a on sam był na­dal świet­nie pro­spe­ru­ją­cym, cią­gle wy­twor­nym i przy­stoj­nym męż­czy­zną w sty­lu ta­kich gwiaz­do­rów fil­mo­wych jak Geo­r­ge San­ders i Kurt Jür­gens, do któ­rych zresz­tą wszy­scy za­wsze go po­rów­ny­wa­li. Ostat­nio zno­wu za­czął jeź­dzić kon­no. Jego kurt­ka po­dob­nie, jak bry­cze­sy były szy­te na mia­rę, a sztyl­py miał wy­czysz­czo­ne na wy­so­ki po­łysk. Wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­re­mu pie­nią­dze same pcha­ją się do kie­sze­ni.

Z pod­miej­skich prze­jaż­dżek wra­cał jed­nak do swe­go ga­bi­ne­tu i znaj­do­wał ra­chun­ki, któ­re były no­wo­ścią na­wet w hi­sto­rii tak eks­cen­trycz­ne­go przed­się­bior­stwa, ja­kim był DEF.

Do­sta­wy chle­ba z pła­szow­skiej pie­kar­ni do przy­fa­brycz­ne­go obo­zu na Li­po­wej wy­no­si­ły kil­ka­set bo­chen­ków. Przy­wo­żo­no je dwa razy w ty­go­dniu. Oprócz chle­ba od cza­su do cza­su do­star­cza­no tak­że pół cię­ża­rów­ki rze­py. Tych kil­ka cię­ża­ró­wek o wy­so­kich bur­tach, ale ma­łych ła­dun­kach, ura­sta­ło za­pew­ne w księ­gach ko­men­dan­ta Götha do ogrom­nej licz­by, a za­ufa­ni ko­men­dan­ta, tacy jak Chi­lo­wicz, sprze­da­wa­li na czar­nym ryn­ku róż­ni­cę mię­dzy do­cie­ra­ją­cy­mi na Za­bło­cie nędz­ny­mi trans­por­ta­mi a ist­nie­ją­cy­mi tyl­ko na pa­pie­rze ob­fi­ty­mi, rze­ko­mo wy­sy­ła­ny­mi z Pła­szo­wa kon­wo­ja­mi. Gdy­by Oskar chciał po­le­gać na Amo­nie w kwe­stii obo­zo­we­go wy­ży­wie­nia, każ­dy z jego dzie­wię­ciu­set więź­niów otrzy­my­wał­by oko­ło trzy czwar­te ki­lo­gra­ma chle­ba na ty­dzień i zupę co trze­ci dzień. Sa­mo­dziel­nie oraz za po­śred­nic­twem kie­row­ni­ka swo­je­go za­kła­du Oskar wy­da­wał pięć­dzie­siąt ty­się­cy zło­tych mie­sięcz­nie na czar­no­ryn­ko­wą żyw­ność dla obo­zo­wej kuch­ni. Zda­rza­ły się ty­go­dnie, kie­dy mu­siał za­ła­twić po­nad trzy ty­sią­ce okrą­głych bo­chen­ków. Jeź­dził do mia­sta i roz­ma­wiał z nie­miec­ki­mi ko­mi­sa­rza­mi du­żych pie­karń, a w ak­tów­ce miał mar­ki i dwie lub trzy bu­tel­ki.