Było późne popołudnie. W salonie białej willi Götha siedzieli Oskar i Amon. Zajrzała do nich Majola, przyjaciółka Götha, drobnokoścista kobieta, sekretarka w fabryce Wagnera. Nie spędzała całego swojego wolnego czasu w Płaszowie. Była dobrze wychowana i wrażliwa, i właśnie ta wrażliwość dała asumpt plotce, że Majola zagroziła Amonowi, iż przestanie z nim spać, jeśli ten nadal będzie strzelał do ludzi. Nikt jednak nie wiedział, czy była to prawda, czy tylko terapeutyczna interpretacja powstała w umysłach więźniów desperacko próbujących przystosować się do tego padołu płaczu.
Tego popołudnia Majola nie została z panami długo. Odgadła, że zanosi się na większe pijaństwo. Helena Hirsch, blada i w czerni, przyniosła im niezbędne dodatki: ciastka, kanapki, kiełbasę. Zataczała się ze zmęczenia. Poprzedniego wieczora Amon zbił ją za to, że bez pozwolenia przygotowała posiłek dla Majoli, a tego ranka przegonił ją pięćdziesiąt razy biegiem po trzech kondygnacjach schodów willi z powodu muszej kupki na jednym z obrazów w korytarzu. Słyszała już o Herr Schindlerze, ale do tej pory go nie spotkała. I teraz nie dodał jej otuchy widok dwóch rosłych mężczyzn siedzących po dwu stronach niskiego stolika, zaprzyjaźnionych i najwyraźniej żyjących w zgodzie. Właściwie jej to nie interesowało – i tak wiedziała, że długo nie pożyje. Chciała tylko, aby jej młodsza siostra, która pracowała w obozowej kuchni, doczekała końca wojny. Helena miała trochę pieniędzy, przechowywanych w nadziei, że zapewnią one jej siostrze przetrwanie. Jeśli chodzi o nią, to uważała, że nie ma takich pieniędzy, które mogłyby ją uratować.
Oskar i Amon pili. Skończył się wieczór, nastała noc. Kołysanka Brahmsa w wykonaniu więźniarki Tosi Lieberman już dawno uspokoiła obóz, a ci dwaj mężczyźni ciągle pili. Ich niesamowite wątroby pracowały ciężko jak kotły parowe. Kiedy nadeszła właściwa pora, Oskar pochylił się nad stołem, kierowany przyjaźnią, która nawet po takiej ilości pochłoniętego alkoholu nie sięgała głębiej niż powierzchnia skóry… Nachylony ku Amonowi, przebiegły jak sam diabeł, zaczął namawiać go, żeby się opamiętał.
Amon przyjął to dobrze. Oskarowi zdawało się, że Amonowi spodobał się pomysł bardziej umiarkowanego postępowania wobec więźniów – pokusa godna cesarza. Amon wyobraził sobie chorego niewolnika przy wózku, więźnia wracającego z fabryki kabli, uginającego się – z przesadą, którą tak trudno znieść – pod ładunkiem odzieży lub drewna zabranym spod bramy obozu. Następne obrazy spowodowały dziwne ciepło we wnętrznościach Amona: oto przebacza temu maruderowi, temu patetycznemu udawaczowi. Tak jak Kaligulę mógł pociągać obraz Kaliguli Dobrego, tak wyobraźnią komendanta zawładnął na chwilę obraz Amona Dobrego. To prawda, że zawsze miał do niego słabość. Tej nocy, gdy krew Amona była zmieszana pół na pół z koniakiem, a prawie cały obóz pogrążony we śnie, bardziej pociągała go litość niż obawa przed karą. Ale rano przypomni sobie ostrzeżenie Oskara i skojarzy je ze świeżymi wiadomościami, z których wynikało, że front pod Kijowem jest zagrożony. Stalingrad był niewyobrażalnie daleko od Płaszowa. Ale odległość do Kijowa można sobie już było wyobrazić.
Kilka dni po pijaństwie Oskara z Amonem zaczęły napływać do „Emalii” wieści, że Göth się trochę opamiętał. Dr Sedlacek po powrocie do Budapesztu zameldował Samu Springmannowi, że Amon przestał, przynajmniej na razie, mordować ludzi bez powodu. I Samu, zamartwiający się wiadomościami z różnych obozów koncentracyjnych, od Dachau i Drancy począwszy, a na Sobiborze i Bełżcu skończywszy, miał przez jakiś czas nadzieję, że płaszowska dziura została zatkana. Lecz pokusa łagodności u Amona szybko minęła. Nawet jeśli był jakiś krótki okres łagodniejszego traktowania więźniów, to był on tak krótki, że ci, co doczekali końca wojny i dali świadectwo swych dni w Płaszowie, nie odczuli go. Uważali, że jeśli Amon nie pojawił się na balkonie dziś ani jutro, to nie znaczy, że nie pojawi się pojutrze. Musiałby się nie pojawiać dużo dłużej, by więźniowie, a i to tylko najbardziej łatwowierni, uwierzyli, że charakter komendanta uległ zmianie. W każdym razie po jakimś czasie Amon znowu zaczął wychodzić na schody swojej willi w tyrolskim kapeluszu na głowie, wypatrując przez lornetkę nowej ofiary.
Dr Sedlacek wrócił do Budapesztu nie tylko z nazbyt optymistycznymi wiadomościami o poprawie Amona; przywiózł też dokładniejsze dane na temat obozu w Płaszowie.
Pewnego popołudnia pojawił się w Płaszowie strażnik z „Emalii”. Przyszedł zabrać Sterna na Zabłocie. Gdy tylko Stern przybył pod bramę, zaprowadzono go na górę, do nowego mieszkania Oskara. Tam Oskar przedstawił go dwóm ludziom w porządnych garniturach.
Jednym był dr Sedlacek, drugim Żyd ze szwajcarskim paszportem, który przedstawił się jako Babar.
– Drogi przyjacielu – zwrócił się do Sterna Oskar – chcę, żebyś napisał sprawozdanie z sytuacji w Płaszowie. Powinno ono być bardzo dokładne, ale masz na to tylko jedno popołudnie.