Выбрать главу

Stern ni­g­dy przed­tem nie wi­dział ani Ba­ba­ra, ani Se­dlac­ka i są­dził, że Oskar za­cho­wu­je się nie­dy­skret­nie. Skło­nił gło­wę i ci­chym gło­sem po­pro­sił Schin­dle­ra o chwi­lę roz­mo­wy w czte­ry oczy.

Oskar, kie­dy opo­wia­dał o Iza­aku Ster­nie, twier­dził, że nie po­tra­fił on po­wie­dzieć ni­cze­go ani o nic po­pro­sić, nie obar­cza­jąc tego ba­la­stem wy­wo­dów o ba­bi­loń­skim Tal­mu­dzie i ry­tu­ałach oczysz­cze­nia. Te­raz jed­nak był bar­dziej bez­po­śred­ni.

– Pro­szę mi po­wie­dzieć, Herr Schin­dler, czy nie są­dzi pan, że to strasz­ne ry­zy­ko?

Oskar za­czął krzy­czeć. Jego głos było sły­chać w są­sied­nim po­ko­ju.

– My­śli pan, że pro­sił­bym pana, gdy­by było ja­kieś ry­zy­ko?!

Po­tem się uspo­ko­ił i po­wie­dział:

– Za­wsze jest ja­kieś ry­zy­ko, pan to wie le­piej niż ja. Ale nie z tymi dwo­ma. Ci są pew­ni.

Stern spę­dził całe po­po­łu­dnie nad swo­im spra­woz­da­niem. Był wy­kształ­co­ny i przy­zwy­cza­jo­ny do ro­bie­nia ści­słych opi­sów. Or­ga­ni­za­cja bu­da­pesz­teń­ska i sy­jo­ni­ści z Istam­bu­łu otrzy­ma­ją spra­woz­da­nie, na któ­rym moż­na po­le­gać. Wy­star­czy­ło tyl­ko po­mno­żyć skró­co­ną re­la­cję Ster­na przez ty­siąc sie­dem­set du­żych i ma­łych obo­zów pra­cy przy­mu­so­wej w Pol­sce, żeby otrzy­mać mo­zai­kę, przed któ­rą świat onie­mie­je.

Se­dla­cek i Oskar chcie­li od Ster­na jesz­cze cze­goś. Rano po pi­ja­ty­ce z Amo­nem Oskar po­wlókł swo­ją he­ro­icz­ną wą­tro­bę do Pła­szo­wa. Biu­ra były jesz­cze za­mknię­te. Mię­dzy na­mo­wa­mi do to­le­ran­cji po­przed­nie­go wie­czo­ra Oskar uzy­skał pi­sem­ną zgo­dę na przy­pro­wa­dze­nie dwóch „ko­le­gów prze­my­słow­ców” na wy­ciecz­kę po tym wzo­ro­wym kom­plek­sie prze­my­sło­wym. Te­raz Oskar za­pro­wa­dził ich obu do sza­re­go Blo­ku Ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go i za­żą­dał to­wa­rzy­stwa więź­nia Iza­aka Ster­na przy zwie­dza­niu obo­zu. Ko­le­ga Se­dlac­ka, Ba­bar, miał mi­nia­tu­ro­wy apa­rat fo­to­gra­ficz­ny, ale niósł go jaw­nie, w ręce. Nie­wy­klu­czo­ne, że gdy­by za­cze­pił go ja­kiś es­es­man, Ba­bar przez pięć mi­nut wy­chwa­lał­by ten mały przy­rząd, któ­ry na­był pod­czas nie­daw­nej po­dró­ży służ­bo­wej do Bruk­se­li czy Sztok­hol­mu.

Gdy Oskar i go­ście z Bu­da­pesz­tu wy­szli z bu­dyn­ku, Oskar wziął szczu­płe­go Ster­na za ra­mię. Jego przy­ja­cie­le chęt­nie obej­rze­li­by warsz­ta­ty i ba­ra­ki miesz­kal­ne, mó­wił. Lecz gdy­by było coś jesz­cze, co zda­niem Ster­na po­win­ni zo­ba­czyć, ma się po pro­stu schy­lić i za­wią­zać sznu­rów­kę.

Głów­ną dro­gą prze­szli koło ba­ra­ku SS. Tu­taj nie­mal na­tych­miast sznu­rów­ka Ster­na wy­ma­ga­ła za­wią­za­nia. Ko­le­ga Se­dlac­ka pstryk­nął bry­ga­dy pcha­ją­ce wóz­ki z ka­mie­niem. Stern mruk­nął: „Prze­pra­szam, pa­no­wie” – ale nie spie­szył się z za­wią­za­niem, w związ­ku z czym go­ście, któ­rych opro­wa­dzał, mo­gli spoj­rzeć w dół i od­czy­tać na­pi­sy na du­żych, two­rzą­cych na­wierzch­nię dro­gi ka­mie­niach. Były to na­grob­ki: Blu­my Ge­me­ine­ro­węj (1859-1927), Ma­tyl­dy Lie­be­skind, zmar­łej w 1912 w wie­ku dzie­więć­dzie­się­ciu lat, He­le­ny Wachs­berg, zmar­łej przy po­ro­dzie w 1911, Rózi Gro­der, trzy­na­sto­let­niej dziew­czyn­ki zmar­łej w 1931, So­fii Ro­sner i Adol­fa Got­tlie­ba, któ­rzy zmar­li za rzą­dów Fran­cisz­ka Jó­ze­fa. Stern chciał, aby go­ście Oska­ra zo­ba­czy­li, że z na­zwisk zmar­łych zro­bio­no na­wierzch­nię dro­gi.

Idąc da­lej mi­nę­li Puf­fhaus, bur­del dla Ukra­iń­ców i SS, któ­ry ob­słu­gi­wa­ły pol­skie dziew­czy­ny, i do­szli do wgry­za­ją­ce­go się w wa­pien­ną ska­łę ka­mie­nio­ło­mu. Tu sznu­rów­ka Ster­na wy­ma­ga­ła bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych wę­złów. Pod tą ska­łą nisz­czo­no lu­dzi przy mło­tach i kli­nach. Ża­den z wy­mi­ze­ro­wa­nych ro­bot­ni­ków nie wy­ka­zał naj­mniej­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia zwie­dza­ją­cy­mi. Służ­bę miał tu dziś Iwan, Ukra­iniec, kie­row­ca Götha, a nad­zor­cą był spi­cza­sto­gło­wy nie­miec­ki kry­mi­na­li­sta, Erik. Erik wy­ka­zał się już umie­jęt­no­ścią mor­do­wa­nia ca­łych ro­dzin – po­zba­wił ży­cia wła­sną mat­kę, wła­sne­go ojca i wła­sną sio­strę. Był­by już wi­siał, albo przy­naj­mniej sie­dział w wię­zie­niu, gdy­by na­gle SS nie zda­ło so­bie spra­wy, że ist­nie­ją jesz­cze gor­si niż on prze­stęp­cy i że w ta­kim ra­zie Eri­ka po­win­no się użyć jako kija na nich.

Oprócz in­nych spraw Stern na­pi­sał w swo­im spra­woz­da­niu o kra­kow­skim le­ka­rzu Edwar­dzie Gold­blat­cie. Do ka­mie­nio­ło­mu skie­ro­wa­li go z pra­cy w izbie cho­rych dr Blanc­ke z SS i jego ży­dow­ski pro­te­go­wa­ny, dr Leon Gross. Erik uwiel­biał, kie­dy ja­kiś in­te­li­gent przy­cho­dził do ka­mie­nio­ło­mu i ze swy­mi de­li­kat­ny­mi rę­ka­mi mel­do­wał się do pra­cy. W przy­pad­ku Gold­blat­ta bi­cie za­czę­ło się przy pierw­szej ozna­ce nie­pew­no­ści w po­słu­gi­wa­niu się młot­kiem i gwoźdź­mi. Bili go przez kil­ka dni z rzę­du Erik i róż­ni es­es­ma­ni. Dok­tor mu­siał pra­co­wać z obrzmia­łą twa­rzą, z jed­nym okiem za­mknię­tym opu­chli­zną. Nikt nie wie­dział, jaki błąd w sztu­ce ka­mie­niar­skiej skło­nił Eri­ka do ostat­nie­go po­bi­cia Gold­blat­ta. Dłu­go po­tem, jak dok­tor stra­cił przy­tom­ność, Erik po­zwo­lił za­nieść go do izby cho­rych. Tam jed­nak dr Leon Gross od­mó­wił przy­ję­cia po­bi­te­go. Z tym le­kar­skim bło­go­sła­wień­stwem Erik i sze­re­go­wiec SS ko­pa­li umie­ra­ją­ce­go Gold­blat­ta, le­żą­ce­go na pro­gu szpi­ta­la, do któ­re­go od­mó­wio­no mu wstę­pu.

Stern dla­te­go się po­chy­lił wią­żąc sznu­rów­kę, że – po­dob­nie jak Oskar i parę in­nych osób w Pła­szo­wie – wie­rzył w na­dej­ście dni, kie­dy sę­dzio­wie za­py­ta­ją: „Jed­nym sło­wem, gdzie się to zda­rzy­ło?”

Oska­ro­wi uda­ło się po­ka­zać swo­im ko­le­gom wi­dok na cały obóz. Wziął ich tak­że na Chu­jo­wą Gór­kę, gdzie za­krwa­wio­ne tacz­ki, uży­wa­ne do wy­wo­że­nia za­bi­tych do la­sku, sta­ły bez­wstyd­nie u wej­ścia na ob­wa­ło­wa­ny te­ren. W ma­so­wych gro­bach na skra­ju la­sku le­ża­ły już te­raz ty­sią­ce tru­pów. Gdy ze wscho­du przyj­dą Ro­sja­nie, od­kry­ją ten la­sek, na oczach ca­łe­go ko­na­ją­ce­go obo­zu.

Na­to­miast jako prze­my­sło­wy kom­pleks Pła­szów mu­siał roz­cza­ro­wać każ­de­go uważ­ne­go ob­ser­wa­to­ra. Amon, Bosch, Leo John, Jo­sef Neu­schel – wszy­scy oni uwa­ża­li Pła­szów za mia­sto wzor­co­we tyl­ko dla­te­go, że przy­spa­rzał im bo­gac­twa. By­li­by wstrzą­śnię­ci, gdy­by do­wie­dzie­li się, że ich słod­ki przy­dział do Pła­szo­wa był na­dal ak­tu­al­ny wca­le nie dla­te­go, że In­spek­to­rat Uzbro­je­nia za­chwy­cał się do­ko­ny­wa­ny­mi przez nich go­spo­dar­czy­mi cu­da­mi.

W rze­czy­wi­sto­ści je­dy­nym cu­dem go­spo­dar­czym w Pła­szo­wie były oso­bi­ste for­tu­ny zbi­ja­ne przez Amo­na i jego ko­le­gów. Dla każ­de­go roz­sąd­ne­go czło­wie­ka z ze­wnątrz nie­spo­dzian­ką było już to, że do źle wy­po­sa­żo­nych i prze­sta­rza­łych warsz­ta­tów Pła­szo­wa kon­trak­ty wo­jen­ne w ogó­le nad­cho­dzi­ły. Były one efek­tem dzia­ła­nia spryt­nych pła­szow­skich sy­jo­ni­stów, któ­rzy wy­wie­ra­li na­cisk na za­ufa­nych lu­dzi poza obo­zem – ta­kich jak Oskar i Ma­dritsch – a ci z ko­lei na­ci­ska­li na In­spek­to­rat Uzbro­je­nia. Wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że głód i spo­ra­dycz­ne mor­der­stwa w Pła­szo­wie były jed­nak lep­sze niż pew­ne lu­do­bój­stwo Oświę­ci­mia i Bełż­ca, Oskar zga­dzał się za­sia­dać do roz­mów z akwi­zy­to­ra­mi In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia. Pa­no­wie ci krzy­wiąc się mó­wi­li: „Ależ Oska­rze! Chy­ba nie mó­wisz po­waż­nie?” – w koń­cu jed­nak znaj­do­wa­li kon­trak­ty dla obo­zu Götha: za­mó­wie­nia na ło­pa­ty ze domu po­cho­dzą­ce­go z fa­bry­ki Oska­ra, na lej­ki wy­ko­ny­wa­ne z od­pad­ków bla­chy z fa­bry­ki dże­mu w Pod­gó­rzu itd. Szan­se peł­nej re­ali­za­cji za­mó­wień We­hr­mach­tu na ło­pa­ty i trzon­ki do nich były małe. Wie­lu zna­jo­mych Oska­ra z In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia zda­wa­ło so­bie spra­wę z tego, że prze­dłu­ża­nie ży­cia obo­zu pra­cy nie­wol­ni­czej jest tym sa­mym, co prze­dłu­ża­nie ży­cia wie­lu nie­wol­ni­kom. Nie­któ­rych z nich, po­waż­nych, sta­ro­świec­kich pa­trio­tów, kłu­ły w oczy kom­bi­na­cje Amo­na, a jego he­do­ni­stycz­ny styl ży­cia na od­le­głej pro­win­cji był dla nich ob­ra­zą.