– Proszę pana – mówił Schindler – do pieniędzy jest załączony list po hebrajsku, list z Palestyny.
Ale to też nie był argument. Jeśli Oskar był prowokatorem, oczywiście mógł mieć list z Palestyny. W obozie brakowało chleba. Pięćdziesiąt tysięcy marek – sto tysięcy złotych – to dużo pieniędzy. I tyle pieniędzy, które można wydać według własnego uznania? Nie, to nie było wiarygodne.
Potem Schindler próbował przekazać pieniądze, znajdujące się już na terenie obozu, w bagażniku jego samochodu, innej członkini Hitach Dut, Alcie Rubner. Przez więźniów pracujących w fabryce kabli i przez Polaków w więzieniu miała pewne kontakty z podziemiem w Sosnowcu. Chyba ona powiedziała Mandlowi, że lepiej będzie przekazać całą sprawę podziemiu; niech oni zadecydują, jakie jest pochodzenie pieniędzy oferowanych przez Schindlera.
Oskar przekonywał, podniósł nawet głos pod zagłuszającą osłoną terkotu maszyn do szycia w fabryce Madritscha.
– Całym sercem gwarantuję, że to nie pułapka!
„Całym sercem”. Takiego właśnie zapewnienia można by oczekiwać od prowokatora.
Jednak po odejściu Oskara i po rozmowie ze Sternem, który potwierdził autentyczność listu, Mandel jeszcze raz naradził się z Altą Rubner i oboje powzięli decyzję, że wezmą pieniądze. Ale Oskara już nie było. Mandel poszedł do Marcela Goldberga do administracji. Goldberg też był członkiem Hitach Dut, lecz kiedy został urzędnikiem od list zatrudnienia i transportu, list żywych i umarłych, zaczął brać łapówki. Niemniej jednak Mandel umiał coś na nim wymusić. Goldberg układał listy pracowników, którzy chodzili do „Emalii” po złom dla płaszowskich warsztatów. Mógł więc je układać trochę inaczej, a przynajmniej dodawać lub odejmować wskazane nazwiska. W imię starej znajomości i bez konieczności wyjawiania powodów chęci odwiedzenia „Emalii” Mandel znalazł się na tej właśnie liście.
Ale po przybyciu na Zabłocie wymknął się z brygady. Drogę jednak zagrodził mu Bankier. Herr Schindler jest zbyt zajęty.
Po tygodniu Mandel znowu przyszedł. I znów Bankier nie pozwolił mu porozmawiać z Oskarem. Za trzecim razem Bankier był bardziej konkretny.
– Chcecie tych pieniędzy od syjonistów? Przedtem nie chcieliście. A teraz chcecie. No więc nie dostaniecie ich. Takie jest życie, panie Mandel!
Mandel skinął głową i poszedł. Przypuszczał, że Bankier już ukradł przynajmniej część pieniędzy. Tymczasem Bankier był po prostu ostrożny. Koniec końców pieniądze trafiły do płaszowskich syjonistów – potwierdzenie odbioru, wystawione przez Altę Rubner, zawiózł Sedlaček Springmannowi. Część pieniędzy została prawdopodobnie zużyta na pomoc Żydom spoza Krakowa, którzy na miejscu nie mieli żadnych innych źródeł wsparcia.
Czy fundusze przekazywane przez Oskara były wydawane głównie na żywność, jak chciał Stern, czy na ruch oporu, na zakup dokumentów i broni – tego Oskar nigdy nie dochodził. Żadna jednak ich część nie została przeznaczona na wykupienie Heleny Schindler z Montelupich ani na ratowanie takich ludzi, jak na przykład bracia Danziger. Sedlackowe pieniądze nie posłużyły do pokrycia kosztów trzydziestu tysięcy kilogramów naczyń emaliowanych, za pomocą których Oskar przekupywał w 1943 roku niższych i wyższych funkcjonariuszy SS, by nie dopuścić do szerzenia się opinii o potrzebie likwidacji obozu „Emalii”.
Również nie za te pieniądze kupił Oskar na czarnym rynku sprzęt ginekologiczny za szesnaście tysięcy złotych, gdy jedna z dziewcząt z „Emalii” zaszła w ciążę; kobiety ciężarne były natychmiast wysyłane do Oświęcimia. Pieniędzy Sedlacka nie uszczuplił też zakup popsutego mercedesa od untersturmführera Johna. John zaproponował Oskarowi kupno mercedesa, gdy Oskar przedstawił prośbę o przeniesienie trzydziestu płaszowiaków do „Emalii”. Samochód, kupiony przez Oskara za dwanaście tysięcy złotych, został następnego dnia zarekwirowany przez kolegę Leo Johna, untersturmführera Scheidta, do użytku przy budowie zakładów na obwodzie obozu. „Pewnie będą wozili ziemię w bagażniku” – wściekał się Oskar podczas kolacji z Ingrid. Komentując podczas nieformalnej rozmowy ten incydent powiedział, że było mu miło służyć obu panom pomocą.
XXVI
Rajmund Titsch ponosił koszty innego rodzaju. Titsch był cichym, wykształconym Austriakiem, katolikiem. Utykał na jedną nogę, co jedni przypisywali I wojnie światowej, a inni wypadkowi w dzieciństwie. Co najmniej dziesięć lat starszy od Oskara i od Amona, w płaszowskim obozie był kierownikiem w fabryce mundurów Madritscha, w której pracowało trzy tysiące szwaczek i mechaników.
Jednym z jego sposobów płacenia były sesje szachowe z Amonem Göthem. Blok Administracyjny miał telefoniczne połączenie z zakładami Madritscha i Amon często wzywał Titscha do gabinetu na partyjkę. Gdy grali po raz pierwszy, partia skończyła się w pół godziny i nie po myśli komendanta. Ledwo Titsch wypowiedział powściągliwie i niezbyt triumfalnie „mat!”, Amon wpadł w zły humor, złapał płaszcz, pas z pistoletem i wcisnął czapkę. Przerażony Titsch sądził, że Amon pójdzie na tory wagoników i poszuka sobie ofiary do ukarania za to skromne szachowe osiągnięcie Titscha. Po tym pierwszym razie Titsch obrał inną taktykę. Teraz grał trzy godziny, zanim uległ komendantowi. Gdy pracownicy Bloku Administracyjnego widzieli Titscha kuśtykającego Jerozolimską na swoją szachową służbę, wiedzieli, że popołudnie będzie trochę spokojniejsze. Umiarkowane poczucie bezpieczeństwa budziło się też w pracownikach warsztatów, a nawet wśród nieszczęsnych pchaczy wózków.
Rajmund Titsch nie tylko prewencyjnie grał w szachy. Niezależnie od Sedlacka i jego kolegi z kieszonkowym aparatem fotograficznym, których Oskar przyprowadził do Płaszowa, Titsch zaczął robić zdjęcia. Czasem z okna swojego biura, czasem zza węgła warsztatu fotografował więźniów przy wagonikach, rozdział chleba i zupy, kopanie kanałów i fundamentów. Na niektórych zdjęciach Titsch uwiecznił, nielegalne zapewne, dostawy chleba do zakładów Madritscha. Rajmund oczywiście sprowadzał okrągłe brązowe bochenki za zgodą i za pieniądze Madritscha. Dostarczano je do Płaszowa na ciężarówkach pod zwojami szmat i bel materiałów. Titsch sfotografował wyładowywanie chleba w magazynie zakładów, który był odwrócony tyłem do wież i osłonięty od głównej drogi dojazdowej bryłą obozowej fabryki papieru.