Fotografował esesmanów i Ukraińców – jak maszerują, bawią się, pracują. Sfotografował brygadę roboczą pod nadzorem inżyniera Karpa, któremu wkrótce potem esesmańskie psy rozszarpały udo i oderwały genitalia. W perspektywicznym zdjęciu Płaszowa pokazał wielkość obozu i jego odizolowanie od innych zabudowań. Nie jest też wykluczone, że to on zrobił zdjęcie Amona leżącego na leżaku na tarasie swojej willi – potężnego, studwudziestokilowego Amona, któremu nowo przybyły doktor Blancke powiedział: „Dość, Amonie. Będziesz musiał trochę tego zrzucić”. Titsch fotografował też Rolfa i Ralfa, psy Amona, biegające albo wylegujące się na słońcu, i Majolę trzymającą Rolfa, albo może Ralfa – za obrożę i udającą, że jej to sprawia przyjemność. Zrobił także zdjęcie Amona w pełnym majestacie, na wielkim białym koniu.
Naświetlonych filmów Titsch nie oddał do wywołania. Jako archiwum były bezpieczniejsze i łatwiejsze do przenoszenia w postaci rolek. Umieścił je w stalowej kasetce i ukrył w swoim krakowskim mieszkaniu. Tam też przechowywał trochę rzeczy Żydów Madritscha. W całym Płaszowie można było znaleźć ludzi, którzy mieli coś schowanego na czarną godzinę, coś, co w ostatniej chwili można by zaproponować człowiekowi z listą, człowiekowi, który otwierał i zamykał drzwi bydlęcych wagonów. Titsch zdawał sobie sprawę, że tylko desperaci dają mu coś w depozyt, że mniejszość obozowa, która ma ukryty gdzieś w Płaszowie skład obrączek, zegarków i biżuterii, nie potrzebuje go. Ci regularnie opłacali różne przysługi i wygody. Do kasetki Titscha, tej ze zdjęciami, powędrowały ostatnie rezerwy kilkunastu rodzin – broszka ciotki Janki, zegarek wujka Mordechaja itp.
Kiedy przyjdzie koniec Płaszowa, kiedy Scherner i Czurda uciekną, a nieskazitelne kartoteki Głównego Urzędu Administracyjno-Gospodarczego SS zostaną jako dowody zapakowane na ciężarówki i wywiezione, Titsch nie będzie musiał wywoływać swoich filmów; owszem, będzie miał wszelkie powody, by tego nie robić. W kartotekach ODESSY, powojennego tajnego stowarzyszenia byłych esesmanów, znajdzie się na liście zdrajców. Ponieważ zaopatrzył pracowników Madritscha w około 30 000 bochenków chleba, w kurczęta i masło, a jego humanitaryzm uhonorował rząd Izraela – pisano o nim trochę w gazetach. Niektórzy rzucali pogróżki i syczeli za nim: „Żydofil”. Tak więc rolki płaszowskich filmów leżały prawie dwadzieścia lat w ziemi w małym parku na przedmieściu Wiednia. Gdyby poleżaly trochę dłużej, emulsja wyschłaby na ciemnych, tajemniczych obrazach, przedstawiających Majolę, Amona, jego mordercze psy, jego bezimiennych niewolników. Był to więc może powód do radości dla płaszowiaków, gdy w listopadzie 1963 jeden z ocaleńców od Schindlera, Leopold Pfefferberg, w sekrecie odkupił od Rajmunda Titscha, cierpiącego już wtedy na śmiertelną chorobę serca, kasetkę wraz z zawartością. Ale i wtedy Rajmund nie chciał, by filmy wywołano przed jego śmiercią. Anonimowy cień ODESSY przerażał go bardziej niż Amon Göth, Szerner, Oświęcim w czasach Płaszowa.
Po jego pogrzebie filmy wywołano. Prawie wszystkie zdjęcia wyszły.
Ani jedna osoba spośród nielicznego grona więźniów Płaszowa, które przeżyją Amona i obóz, nie będzie miała do powiedzenia niczego, co mogłoby obciążyć Rajmunda Titscha. Ale też nie był to człowiek, wokół którego powstają legendy. Takim człowiekiem był Oskar. Z końca 1943 roku pochodzi opowieść o Schindlerze, krążąca wśród ocaleńców z Płaszowa z niespożytą siłą mitu. W micie bowiem sprawa nie polega na tym, czy jest prawdziwy, czy nie, ani czy powinien być prawdziwy, ale że jest on w jakiś sposób prawdziwszy niż sama prawda. Tego rodzaju opowieści pokazały, że o ile Titsch był dla płaszowiaków dobrym pustelnikiem, to Oskar stał się bożkiem wybawienia: dwutwarzowym – w greckim stylu – jak każdy pomniejszy bóg wyposażonym w ludzkie wady, wielorękim, obdarzonym pewną siłą, zdolnym do bezinteresownej pomocy.
Jedna z tych historii dotyczy okresu, gdy szefowie policji SS byli naciskani, aby zamknąć Płaszów. Po prostu Płaszów jako kompleks przemysłowy nie miał w Inspektoracie Uzbrojenia zbyt dobrej opinii. Helena Hirsch, służąca Götha, często spotykała w korytarzu albo w kuchni różnych oficerów, gości Amona, którzy opuszczali salon, aby przez chwilę odetchnąć swobodnie. Oficer SS Tibritsch, kiedy wszedł raz do kuchni, powiedział do Heleny: „Czy on nie wie, że są ludzie, którzy oddają życie?” Miał oczywiście na myśli front wschodni, a nie Płaszów. Oficerowie, którzy nie byli tak zamożni jak Amon, oburzali się na to, co widzieli w willi, a może nawet, co jeszcze groźniejsze, odczuwali zazdrość.
Legenda mówi, że w pewien niedzielny wieczór sam generał Julius Schindler odwiedził Płaszów, by zdecydować, czy jego istnienie ma jakąkolwiek wartość dla wysiłku wojennego. Godzina, jak na wizytację wysokiego urzędnika, była niezwykła – ale to akurat może dlatego, że wobec groźnej zimy na froncie wschodnim Inspektorat Uzbrojenia pracował po godzinach. Inspekcję poprzedził obiad w „Emalii”, przy którym wino i koniak płynęły szeroką strugą – Oskara bowiem, podobnie jak Bachusa, kojarzono z dionizyjską linią bogów.
Po obiedzie grupa inspekcyjna, zdążająca mercedesami do Płaszowa, nie była już w takim nastroju, aby silić się na zawodowy obiektywizm. W tym punkcie opowiadanie ignoruje fakt, że generał Schindler i jego oficerowie po czterech latach praktyki w uprawianiu zawodowego obiektywizmu byli ekspertami od produkcji i inżynierami. Oskar był jednak ostatnim, na którym ten fakt mógłby zrobić jakieś wrażenie.
Inspekcja zaczęła się od zakładów Madritscha. To była wizytówka Płaszowa. W 1943 produkowały one ponad dwadzieścia tysięcy mundurów Wehrmachtu miesięcznie. Pytanie jednak brzmiało, czy Madritsch nie zrobiłby lepiej, gdyby zapomniał o Płaszowie i zaangażował swój kapitał w bardziej wydajne i lepiej zaopatrzone polskie fabryki w Podgórzu i w Tarnowie. Prymitywne warunki Płaszowa nie były dla Madritscha, czy dla jakiegokolwiek innego inwestora, zachętą do instalowania takich maszyn, jakich wymaga nowoczesna fabryka.