Inspekcja dopiero się zaczynała, gdy wszystkie światła w warsztatach zgasły; to koledzy Izaaka Sterna, którzy pracowali w płaszowskiej siłowni, przerwali dopływ energii. Do przypadłości związanych z alkoholem i z niestrawnością, na jakie naraził panów z Inspektoratu Uzbrojenia Oskar, dołączyło się teraz złe oświetlenie. Inspekcja musiała się odbywać przy latarce, a wszystkie maszyny były oczywiście nieczynne, a więc mniej prowokowały zawodowe uczucia inspektorów.
W chwili gdy generał Schindler wytężał oczy przy snopie światła z latarki, padającym na prasy i tokarki w warsztatach ślusarskich, trzydzieści tysięcy płaszowiaków z niepokojem czekało na swoich piętrowych pryczach na jego decyzję. Wiedzieli, że nawet przy przeładowanych liniach Ostbahnu wyższa technika Oświęcimia była odległa tylko o kilka godzin jazdy. Rozumieli, że od generała Schindlera nie mogą się spodziewać współczucia. Jego specjalnością była produkcja. Produkcja była dla niego wartością nadrzędną.
Według legendy obiad u Schindlera i brak prądu ocaliły mieszkańców Płaszowa. To bardzo wspaniałomyślna opowieść – tak naprawdę tylko dziesiąta część więźniów Płaszowa doczekała końca wojny. Mimo to i Stern, i inni opowiadali tę historię z namaszczeniem, zwłaszcza że większość jej szczegółów jest zapewne prawdziwa. Oskar bowiem zawsze zdawał się na alkohol, gdy nie wiedział, jak potraktować wyższych urzędników, i pewnie też spodobał mu się trik z pogrążeniem ich w ciemności. „Musicie pamiętać – powiedział chłopak, którego Oskar później ocalił – że Oskar, oprócz tego że był Niemcem, był także Czechem. Taki dobry wojak Szwejk. Uwielbiał sypać piasek w tryby systemu”.
Niegrzecznością wobec mitu byłoby zapytać, co pomyślał skrupulatny Göth, gdy zgasły światła. Nie jest zresztą wykluczone, że był wtedy pijany albo jadł gdzieś obiad. Można by uczciwie spytać, czy Płaszów przetrwał dlatego, że generał Schindler dał się zwieść ciemnościom i zamglonemu alkoholem wzrokowi, czy też obóz przetrwał, bo był dobrą przechowalnią w czasach, kiedy wielki, ostatni przystanek Oświęcim-Brzezinka pękał w szwach. Jednak opowiadanie mówi więcej o tym, czego się ludzie spodziewali po Oskarze, niż o potwornym obozie Płaszów i o ostatnich dniach większości jego więźniów.
Gdy SS i Inspektorat Uzbrojenia rozważały przyszłość Płaszowa, młody krakowski artysta Józef Bau, którego Oskar z czasem dobrze pozna, zakochał się na śmierć i życie w dziewczynie o nazwisku Rebeka Tannenbaum. Bau pracował w Biurze Budowlanym jako kreślarz. Był poważnym chłopcem z właściwym artystom poczuciem przeznaczenia. Uciekł, można powiedzieć, do Płaszowa, bo nigdy nie posiadał odpowiednich dla getta dokumentów. Nie umiał nic, co mogłoby być użyteczne w fabrykach na terenie getta, więc matka i przyjaciele ukrywali go. Podczas likwidacji getta w marcu 1943 przeskoczył przez mur i przyłączył się do brygady robotniczej zmierzającej do Płaszowa. W Płaszowie bowiem było coś, czego nie było w getcie, mianowicie budownictwo. W tym samym posępnym dwuskrzydłowym budynku, w którym Amon miał swój gabinet, Józef Bau pracował nad projektami, Był protegowanym Izaaka Sterna, a ten wspomniał o nim Oskarowi jako o zdolnym kreślarzu i człowieku mającym, potencjalnie przynajmniej, talent fałszerza.
Bau miał to szczęście, że nie wszedł w zbyt bliski kontakt z Amonem; atmosfera egzaltacji, jaką wokół siebie roztaczał, zwykle-kazała Amonowi sięgać po rewolwer.
Biuro Baua znajdowało się po przeciwnej niż gabinet Amona stronie budynku. Niektórzy więźniowie pracowali na parterze, blisko komendanta. Byli to zaopatrzeniowcy, referenci, stenograf Mietek Pemper, codziennie narażeni nie tylko na niespodziewaną śmierć od kuli, ale jeszcze częstsze ataki na ich poczucie przyzwoitości. Na przykład Mundek Korn, który przed wojną był akwizytorem w łańcuchu filii Rotschilda i który teraz kupował tkaniny, morską trawę, drewno i żelazo dla obozowych warsztatów, pracował w tym samym budynku i w tym samym skrzydle co Amon. Pewnego ranka spojrzał znad biurka i zobaczył przez okno, że po drugiej stronie ulicy Jerozolimskiej, przy baraku SS, znany mu krakowianin, chłopak około dwudziestoletni, oddaje mocz pod jednym ze stosów znajdującego się tam drewna. Równocześnie w oknie toalety zobaczył dwie ręce w białych rękawach i dwie grube dłonie. Jedna z nich, prawa, trzymała rewolwer. Padły dwa szybkie strzały, z których przynajmniej jeden przebił chłopcu głowę i rzucił nim o stertę pociętego drewna. Gdy Korn znów popatrzył na okno ubikacji, wolna ręka była zajęta zamykaniem okna.
Tego dnia na biurku Koma leżały formularze zapotrzebowania podpisane szerokim, ale nie bezładnym pismem Amona. Jego wzrok powędrował od podpisu do leżących pod stosem drewna zwłok z nie zapiętymi spodniami. Ale nie zastanawiał się nad tym, czy to, co widzi, było prawdą. Pojął bowiem, że za metodami Amona kryje się pewna kusząca koncepcja. Jeśli morderstwo to nic więcej niż wizyta w toalecie, małe pif-paf pośród monotonnego podpisywania papierów, to z tego należy wyciągnąć trudny co prawda, ale jednak wniosek, że morderstwo jest czymś zwyczajnym, czymś powszednim.
Józef Bau nie był prawdopodobnie podatny na tak skrajne poglądy. Ominęła go też czystka personelu administracyjnego na parterze po prawej i w środku. Zaczęła się, kiedy Josef Neuschel, protegowany Götha, poskarżył się komendantowi, że jedna dziewczyna w biurze ma skórkę z boczku. Amon w furii pospieszył korytarzem.
– Robicie się wszyscy tłuści! – krzyczał.
Podzielił personel na dwa szeregi. Komowi przypominało to scenę z sali gimnastycznej w podgórskiej szkole – dziewczęta w drugim szeregu były tak znajome, jak córki rodzin, wśród których się wychował, podgórskich rodzin… Wyglądało to tak, jakby nauczyciel podzielił ich dlatego, że jedni mieli pójść na Kopiec Kościuszki, a drudzy na Wawel. Tymczasem kobiety z drugiego szeregu zabrano od biurek prosto na Chujową Górkę i za „dekadencką” skórkę od boczku rozstrzelano karabinami jednego z plutonów Pilarzika.