Выбрать главу

Ta­kie per­tur­ba­cje nie się­ga­ły wpraw­dzie Jó­ze­fa Baua, nie­mniej jed­nak nie mógł on po­wie­dzieć, że żyje mu się w Pła­szo­wie jak u Pana Boga za pie­cem. Lecz jego sy­tu­acja była znacz­nie mniej groź­na niż ta, w któ­rej zna­la­zła się jego wy­bran­ka. Re­be­ka Tan­nen­baum była sie­ro­tą, ale mia­ła w Kra­ko­wie wie­le życz­li­wych cio­tek i wu­jów. Mia­ła dzie­więt­na­ście lat, słod­ką twarz i była zgrab­na. Mó­wi­ła do­brze po nie­miec­ku i umia­ła przy­jem­nie kon­wer­so­wać. Nie­daw­no za­czę­ła pra­co­wać w biu­rze Iza­aka Ster­na na ty­łach bu­dyn­ku ad­mi­ni­stra­cji, z dala od bez­po­śred­niej stre­fy sza­leń­czych za­in­te­re­so­wań ko­men­dan­ta. Lecz za­ję­cie w Biu­rze Bu­dow­la­nym było tyl­ko po­ło­wą jej pra­cy. Była ma­ni­kiu­rzyst­ką. Co ty­dzień zaj­mo­wa­ła się Amo­nem, opie­ko­wa­ła się dłoń­mi unter­sturm­füh­re­ra Leo Joh­na, dok­to­ra Blanc­ke i jego ese­sow­skiej ko­chan­ki, su­ro­wej pięk­no­ści, Ali­cji Or­łow­ski. Dło­nie Amo­na nie pa­so­wa­ły do tej oty­łej, sza­lo­nej po­sta­ci – były dłu­gie, zgrab­ne, ze zwę­ża­ją­cy­mi się pa­znok­cia­mi.

Kie­dy po raz pierw­szy przy­szedł po nią wię­zień i po­wie­dział, że Herr Kom­man­dant chce ją wi­dzieć, za­czę­ła ucie­kać, po­bie­gła mię­dzy biur­ka­mi, zbie­gła w dół tyl­ny­mi scho­da­mi. Wię­zień biegł za nią i wo­łał: „Na mi­łość bo­ską, pro­szę nie ucie­kać! On uka­rze mnie, je­śli pani nie przy­pro­wa­dzę!”

Po­szła więc za nim do wil­li Götha. Przed wej­ściem do sa­lo­nu zwie­dzi­ła śmier­dzą­cą piw­ni­cę – było to jesz­cze w pierw­szej re­zy­den­cji Götha, któ­rej piw­ni­ce wy­ko­pa­no na te­re­nie sta­re­go ży­dow­skie­go cmen­ta­rza. Tam, na dole, pod cmen­tar­ną zie­mią, ko­le­żan­ka Re­be­ki, He­le­na Hirsch le­czy­ła si­nia­ki.

– No to masz zmar­twie­nie – przy­zna­ła He­le­na. – Ale zrób swo­je i zo­ba­czy­my. To wszyst­ko, co mo­żesz zro­bić. U nie­któ­rych on lubi pro­fe­sjo­na­lizm, u in­nych nie. A ja dam ci cia­sta i kieł­ba­sy, jak wró­cisz. Ale nie bierz je­dze­nia sama. Naj­pierw mnie za­py­taj. Nie­któ­rzy bio­rą bez py­ta­nia i póź­niej nie wiem, jak to ukryć.

Amon za­ak­cep­to­wał pro­fe­sjo­na­lizm Re­be­ki; wy­cią­gnął ręce i ga­dał po nie­miec­ku. Ta wil­la mo­gła­by być ho­te­lem „Cra­co­via”, a Amon – mło­dym, nie­co oty­łym nie­miec­kim prze­my­słow­cem, któ­ry przy­był do Kra­ko­wa, aby sprze­dać tek­sty­lia, stal lub che­mi­ka­lia. Dwie spra­wy nie po­zwa­la­ły jed­nak na wy­two­rze­nie się at­mos­fe­ry po­nad­cza­so­wej bez­tro­ski: ko­men­dant za­wsze trzy­mał swój służ­bo­wy pi­sto­let przy pra­wym łok­ciu, a je­den lub dru­gi pies czę­sto drze­mał w sa­lo­nie. Wi­dzia­ła je kie­dyś na pla­cu ape­lo­wym, jak szar­pa­ły in­ży­nie­ra Kar­pa. Mimo to gdy pies wzdy­chał przez sen, a ona z ko­men­dan­tem po­rów­ny­wa­ła wspo­mnie­nia z przed­wo­jen­nych po­dró­ży do uzdro­wi­ska w Karls­ba­dzie, okrop­no­ści ape­lu zda­wa­ły się od­le­głe i nie­wia­ry­god­ne. Pew­ne­go dnia w przy­pły­wie pew­no­ści sie­bie Re­be­ka za­py­ta­ła Amo­na, dla­cze­go ma za­wsze koło sie­bie broń. Od­po­wiedź spra­wi­ła, że za­sty­gła po­chy­lo­na nad jego dło­nią.

– To na wy­pa­dek, gdy­byś mnie za­cię­ła – po­wie­dział.

Je­śli­by po­trze­bo­wa­ła do­wo­du na to, że kon­wer­sa­cja o uzdro­wi­skach była dla Amo­na rów­nie na­tu­ral­na, co akt sza­leń­stwa, wy­star­czy­ło jej przy­po­mnieć so­bie to, co zo­ba­czy­ła pew­ne­go dnia, gdy we­szła do hal­lu wil­li. Wy­cią­gał z sa­lo­nu za wło­sy jej ko­le­żan­kę He­le­nę. He­le­na usi­ło­wa­ła za­cho­wać rów­no­wa­gę, jej kasz­ta­no­we wło­sy wy­cho­dzi­ły z ce­bul­ka­mi, a Amon, na­wet je­śli roz­luź­niał na mo­ment chwyt, to na­tych­miast go za­ci­skał. In­nym do­wo­dem mógł­by być in­cy­dent z psem Amo­na. Kie­dy pew­ne­go wie­czo­ra prze­kro­czy­ła próg sa­lo­nu, na­gle zma­te­ria­li­zo­wał się przed nią je­den z psów, Rolf albo Ralf, sko­czył i trzy­ma­jąc ją za ra­mio­na chwy­cił w zęby jej pierś. Spoj­rza­ła przed sie­bie i uj­rza­ła roz­wa­lo­ne­go na ka­na­pie, uśmie­cha­ją­ce­go się Amo­na.

– Prze­stań się trząść, głu­pia – po­wie­dział – bo nie dam rady obro­nić cię przed psem.

Pra­cu­jąc nad utrzy­ma­niem w po­rząd­ku dło­ni ko­men­dan­ta, była Re­be­ka świad­kiem, jak Amon za­strze­lił za nie­sta­ran­ność swe­go pu­cy­bu­ta, jak za­wie­sił pięt­na­sto­let­nie­go or­dy­nar­na Po­ld­ka De­re­szo­wit­za za ręce w swo­im ga­bi­ne­cie, po­nie­waż w sier­ści jed­ne­go z psów zna­le­zio­no pchłę, jak za­strze­lił słu­żą­ce­go Liś­ka za wy­po­ży­cze­nie po­wo­zu i koni Bo­scho­wi bez uprzed­nie­go uzy­ska­nia zgo­dy. Mimo to dwa razy w ty­go­dniu pięk­na sie­ro­ta wkra­cza­ła do sa­lo­nu Götha i fi­lo­zo­ficz­nie bra­ła be­stię za rękę.

Pew­ne­go dnia spo­tka­ła Jó­ze­fa Baua. Stał przed Biu­rem Bu­dow­la­nym i trzy­mał ram­kę z ry­sun­kiem, zwró­co­ną w stro­nę ni­skiej je­sien­nej chmu­ry. Jego wą­tłe cia­ło zda­wa­ło się ugi­nać pod tym cię­ża­rem. Spy­ta­ła, czy może mu po­móc.

– Nie – od­po­wie­dział. – Cze­kam tyl­ko na słoń­ce.

– Po co?

Wy­ja­śnił jej, że ta­kie trans­pa­ren­to­we ry­sun­ki no­we­go bu­dyn­ku mo­cu­je się w ra­mie ze świa­tło­czu­łym pa­pie­rem. Gdy słoń­ce za­świe­ci moc­niej, mó­wił, ta­jem­ni­cza siła che­micz­na prze­nie­sie ry­su­nek z trans­pa­ren­tu na świa­tło­czu­łą emul­sję.

– A może ty bę­dziesz moim ma­gicz­nym słoń­cem? – za­pro­po­no­wał.

Ład­ne dziew­czy­ny w Pła­szo­wie nie były przy­zwy­cza­jo­ne do de­li­kat­no­ści ze stro­ny chłop­ców. Spra­wy sek­su z po­wo­du do­bie­ga­ją­cych ze wzgó­rza salw na­bra­ły gwał­tow­ne­go cha­rak­te­ru eg­ze­ku­cji na pla­cu ape­lo­wym. Wy­obraź­my so­bie na przy­kład dzień, w któ­rym wśród bry­ga­dy ro­bot­ni­czej po­wra­ca­ją­cej z fa­bry­ki ka­bli na Wie­lic­kiej zo­sta­je zna­le­zio­ny kur­czak. Na pla­cu ape­lo­wym Amon wy­gła­sza ty­ra­dę, bo kur­cza­ka, le­żą­ce­go w tor­bie przy bra­mie obo­zo­wej, zna­le­zio­no pod­czas wy­ryw­ko­wej kon­tro­li.

– Czy­ja to tor­ba? – pyta Amon. – Czyj to kur­czak?

Po­nie­waż nikt na pla­cu nie przy­zna­je się do ni­cze­go, Amon bie­rze od es­es­ma­na ka­ra­bin i strze­la w gło­wę pierw­sze­mu z brze­gu więź­nio­wi. Kula, prze­le­ciaw­szy na wy­lot, po­wa­la rów­nież więź­nia sto­ją­ce­go za nim. Nikt się jed­nak nie od­zy­wa.

– Jak wy się ko­cha­cie! – ry­czy Amon i przy­go­to­wu­je się do roz­strze­la­nia na­stęp­ne­go z ko­lei więź­nia. Czter­na­sto­let­ni chło­piec wy­stę­pu­je z sze­re­gu. Drży i pła­cze. Mówi ko­men­dan­to­wi, że wie, kto przy­niósł kur­cza­ka.

– Kto?

Chło­piec wska­zu­je na jed­ne­go z za­bi­tych.

– Ten! – krzy­czy chło­piec.

Amon za­dzi­wia cały plac, po­nie­waż wie­rzy chłop­cu. Od­chy­la w tył gło­wę i śmie­je się z ta­kim za­dzi­wie­niem, ja­kie lubi oka­zy­wać w kla­sie na­uczy­ciel.