Выбрать главу

– Co za lu­dzie! – mówi. – Cią­gle nie mogą zro­zu­mieć, dla­cze­go są stra­ce­ni.

Po tego ro­dza­ju po­ka­zach więk­szość więź­niów nie mia­ła już ocho­ty wy­ko­rzy­sty­wać wol­ne­go cza­su mię­dzy siód­mą a dzie­wią­tą wie­czór na za­lo­ty. Wszy tra­pią­ce kro­cze i pa­chy czy­ni­ły z wszel­kich for­mal­no­ści szy­der­stwo. Mło­dzi męż­czyź­ni rzu­ca­li się na dziew­czy­ny bez ce­re­mo­nii. W ko­bie­cym obo­zie śpie­wa­no pio­sen­kę, w któ­rej py­ta­no dzie­wi­cę, dla­cze­go ob­wią­zu­je się sznur­kiem, dla kogo się oszczę­dza.

W „Ema­lii” sy­tu­acja nie była tak roz­pacz­li­wa. W hali ema­lier­skiej urzą­dza­no wśród ma­szyn miej­sca, gdzie ko­chan­ko­wie mo­gli się spo­ty­kać na dłu­żej. W za­tło­czo­nych ba­ra­kach ist­nia­ła tyl­ko teo­re­tycz­na se­gre­ga­cja. Brak co­dzien­ne­go stra­chu i więk­sze ra­cje chle­ba spra­wia­ły, że ży­cie było mniej nie­zno­śne. W do­dat­ku Oskar nie wpusz­czał gar­ni­zo­nu SS do obo­zu bez po­zwo­le­nia.

Pe­wien wię­zień pa­mię­ta, że w ga­bi­ne­cie Oska­ra była za­ło­żo­na in­sta­la­cja, któ­ra ostrze­ga­ła więź­niów, gdy w obo­zie po­ja­wiał się ja­kiś wyż­szy urzęd­nik SS. W ta­kich wy­pad­kach Oskar na­ci­skał gu­zik po­łą­czo­ny z dzwon­kiem w obo­zie. Był to sy­gnał, aby zga­sić nie­le­gal­ne, do­star­cza­ne co­dzien­nie przez Oska­ra pa­pie­ro­sy. („Idź do mo­je­go miesz­ka­nia i na­peł­nij mi pa­pie­ro­śni­cę” – mó­wił każ­de­go dnia do ko­goś z hali, mru­ga­jąc przy tym zna­czą­co). Dzwo­nek ostrze­gał też męż­czyzn i ko­bie­ty, by wra­ca­li do przy­dzie­lo­nych so­bie prycz.

Dla Re­be­ki jed­nak fakt, że w Pła­szo­wie spo­tka­ła chłop­ca, któ­ry się do niej za­le­cał, jak­by sie­dzie­li w cu­kier­ni w Ryn­ku, był nie­mal Szo­kiem, re­lik­tem nie ist­nie­ją­cej już kul­tu­ry.

Kie­dy in­dziej, gdy przy­szła do nie­go z biu­ra Ster­na, Jó­zef po­ka­zał jej swój warsz­tat pra­cy. Ry­so­wał pro­jek­ty ko­lej­nych ba­ra­ków.

– Jaki jest nu­mer two­je­go ba­ra­ku i kto jest star­szą?

Po­wie­dzia­ła mu z na­le­ży­tym ocią­ga­niem. Wi­dzia­ła cią­gnię­tą za wło­sy He­le­nę Hirsch, gro­zi­ła jej śmierć, je­śli za­tnie skór­kę na pal­cu Amo­naa ten chło­pak przy­wra­cał jej dziew­czę­cą wsty­dli­wość.

– Przyj­dę i po­roz­ma­wiam z two­ją mat­ką – obie­cał.

– Nie mam mat­ki – od­rze­kła Re­be­ka.

– A więc po­roz­ma­wiam ze star­szą.

Tak za­czę­ły się za­lo­ty, za po­zwo­le­niem star­szych, jak­by mie­li przed sobą całe lata ży­cia. Po­nie­waż był ce­re­mo­nial­nym chło­pa­kiem, nie ca­ło­wa­li się. Tak na­praw­dę to ob­ję­li się po­rząd­nie do­pie­ro pod da­chem Amo­na. Było to po za­bie­gu ma­ni­cu­re. Re­be­ka wzię­ła od He­le­ny tro­chę cie­płej wody i my­dło i za­kra­dła się na naj­wyż­sze pię­tro, pu­ste z po­wo­du nad­cho­dzą­ce­go re­mon­tu, by wy­prać so­bie bluz­kę i zmia­nę bie­li­zny. Rolę mied­ni­cy speł­nia­ła me­naż­ka. Ju­tro po po­łu­dniu bę­dzie po­trzeb­na na zupę.

Pra­ła w tym ma­łym na­czyn­ku z my­dli­na­mi, gdy po­ja­wił się Jó­zef.

– Skąd się tu wzią­łeś? – za­py­ta­ła go.

– Ro­bię po­mia­ry do ry­sun­ków, do re­mon­tu – od­po­wie­dział. – A ty co tu ro­bisz?

– To, co wi­dzisz. I pro­szę, nie mów zbyt gło­śno.

Ska­kał po ca­łym po­ko­ju, śmi­ga­jąc ta­śmą mier­ni­czą po ścia­nach i gzym­sach.

– Rób to do­kład­nie – upo­mnia­ła go, po­nie­waż zna­ła wy­ma­ga­nia Amo­na.

– Sko­ro tu je­stem, to mogę zmie­rzyć i cie­bie – po­wie­dział. Przy­ło­żył ta­śmę do jej ra­mion i spu­ścił od kar­ku do krzy­ży. Nie zdo­ła­ła się oprzeć pal­com do­ty­ka­ją­cym jej i za­zna­cza­ją­cym od­le­gło­ści. Po nie tak krót­ko trwa­ją­cych uści­skach ka­za­ła mu jed­nak iść. Nie było to miej­sce na roz­ma­rzo­ne po­po­łu­dnie.

Mia­ły też w Pła­szo­wie miej­sce inne ro­man­se, na­wet wśród es­es­ma­nów, ale nie były one ta­kie sło­necz­ne jak ten bar­dzo po­praw­ny Jó­ze­fa Baua i ma­ni­kiu­rzyst­ki. Na przy­kład Obe­rschar­füh­rer Al­bert Hu­jar, któ­ry za­strze­lił dr Ro­za­lię Blau w get­cie oraz Dia­nę Re­iter po za­pad­nię­ciu się fun­da­men­tu ko­szar, za­ko­chał się w ży­dow­skiej więź­niar­ce. Cór­ka Ma­drit­scha pod­da­ła się uro­ko­wi mło­de­go Żyda z tar­now­skie­go get­ta. Chło­piec pra­co­wał oczy­wi­ście w tar­now­skim za­kła­dzie Ma­drit­scha, ale pod ko­niec lata przy­był do Tar­no­wa spe­cja­li­sta od li­kwi­da­cji gett, Amon Göth, i za­mknął tam­tej­sze get­to tak samo jak kra­kow­skie. Te­raz chło­piec pra­co­wał w fa­bry­ce Ma­drit­scha w Pła­szo­wie i cór­ka fa­bry­kan­ta mo­gła go od­wie­dzać. Lecz nic z tego nie mo­gło wyjść. Sami więź­nio­wie mie­li ni­sze i skryt­ki, gdzie ko­chan­ko­wie i mał­żon­ko­wie spo­ty­ka­li się, ale wszyst­ko – pra­wo Rze­szy i dziw­ny ko­deks więź­niów – sta­ło na prze­szko­dzie ro­man­so­wi Fräu­le­in Ma­dritsch i jej uko­cha­ne­go. Po­dob­nie uczci­wy Raj­mund Titsch za­ko­chał się w jed­nej ze swo­ich szwa­czek. Rów­nież i ta mi­łość była ła­god­na, ci­cha i, by tak rzec, bez­płod­na. Co do obe­rschar­füh­re­ra Hu­ja­ra, to sam Amon ka­zał mu się prze­stać wy­głu­piać. Al­bert wziął więc dziew­czy­nę na spa­cer do lasu i ze szcze­rym ża­lem strze­lił jej w kark.

Wy­da­wa­ło się, że nad na­mięt­no­ścia­mi SS cią­ży śmierć. Wie­dzie­li o tym Hen­ryk i Le­opold Ro­sne­ro­wie, roz­snu­wa­ją­cy wo­kół sto­łu Götha wie­deń­skie me­lo­die. Pew­ne­go wie­czo­ra wy­so­ki, szczu­pły, siwy ofi­cer SS przy­szedł do Amo­na na obiad i wy­piw­szy spo­ro pro­sił Ro­sne­rów o wę­gier­ską pio­sen­kę Ta ostat­nia nie­dzie­la, tkli­wą bal­la­dę mi­ło­sną opo­wia­da­ją­cą o chłop­cu, któ­ry chciał po­peł­nić sa­mo­bój­stwo z mi­ło­ści. W bal­la­dzie tej było peł­no ckli­we­go sen­ty­men­ta­li­zmu, któ­ry, jak za­uwa­żył Hen­ryk, od­po­wia­dał es­es­ma­nom, kie­dy nie byli na służ­bie. I rze­czy­wi­ście, przed woj­ną cie­szy­ła się ona złą sła­wą: rzą­dy Wę­gier, Pol­ski i Cze­cho­sło­wa­cji roz­wa­ża­ły, czy­by nie za­bro­nić jej grać, po­nie­waż sta­ła się przy­czy­ną fali sa­mo­bójstw, spo­wo­do­wa­nych za­wie­dzio­ną mi­ło­ścią. Mło­dzi męż­czyź­ni, za­nim strze­li­li so­bie w gło­wę, cy­to­wa­li cza­sem jej sło­wa w swych ostat­nich li­stach. Pio­sen­ka była od daw­na za­ka­za­na przez Mi­ni­ster­stwo Pro­pa­gan­dy Rze­szy. A te­raz ten wy­so­ki, ele­ganc­ki ofi­cer bę­dą­cy w ta­kim wie­ku, że sam mógł mieć kil­ku­na­sto­let­nich sy­nów lub cór­ki uwi­kła­ne w cie­lę­cą mi­łość, co chwi­la pod­cho­dził do mu­zy­ków i pro­sił, żeby za­gra­li Tę ostat­nią nie­dzie­lę. I choć dok­tor Go­eb­bels na to nie po­zwa­lał, nikt w pro­win­cjo­nal­nej po­łu­dnio­wej Pol­sce nie miał za­mia­ru spie­rać się z po­lo­wym ofi­ce­rem SS, któ­re­go opa­dły wspo­mnie­nia nie­szczę­śli­we­go ro­man­su.

Po tym jak gość po­pro­sił o pio­sen­kę czte­ry czy pięć razy Hen­ry­kiem owład­nę­ła nie­zwy­kła pew­ność. W swych ple­mien­nych po­cząt­kach mu­zy­ka była ma­gią i za­wsze mia­ła coś na celu. A nikt w Eu­ro­pie nie miał lep­sze­go wy­czu­cia mocy skrzy­piec niż kra­kow­ski Żyd, taki jak Hen­ryk Ro­sner, po­cho­dzą­cy z ro­dzi­ny, w któ­rej mu­zy­ki nie tyle się uczy­ło, co się ją dzie­dzi­czy­ło, tak jak dzie­dzi­czy się funk­cję ko­he­na (ka­pła­na). Otóż Hen­ryk po­my­ślał wów­czas: „Boże, je­śli mam tę siłę, może ten su­kin­syn się za­bi­je”.