A jeszcze bardziej był Wydział W narażony na koszty odszkodowania, gdy utrata wykwalifikowanego personelu wynikała z nadmiernego zapału strzelającego bez zastanowienia oficera SS.
Tak więc, by zaoszczędzić sobie papierkowej roboty i komplikacji, Amon przeważnie trzymał temperament na wodzy. Ludzie, którzy wiosną i wczesnym latem 1944 pojawiali się w jego zasięgu, czuli się bezpieczniej, mimo że nic nie wiedzieli o Wydziale W i generałach Pohlu i Glücksie. Dla nich była to odwilż tak tajemnicza, jak samo szaleństwo Amona.
Niemniej jednak, jak wspominał Oskar, w Płaszowie palono zwłoki. Przygotowując się na rosyjską ofensywę, SS likwidowało swe instytucje na wschodzie. Treblinkę, Sobibór i Bełżec ewakuowano już poprzedniej jesieni. Oddziały SS, które te obozy „obsługiwały”, otrzymały rozkaz wysadzenia w powietrze komór i krematoriów, i zatarcia wszystkich śladów, a następnie zostały wysłane do Włoch do walki z partyzantami. Wielkiego dzida na wschodzie miał dokończyć olbrzymi kompleks oświęcimski, który mieścił się na bezpiecznym terenie Górnego Śląska, a potem krematoria miały zniknąć pod ziemią. Bowiem bez dowodów w postaci krematoriów martwi nie będą mogli przedstawić świadka; będą jedynie szeptem towarzyszącym wiatrowi, nic nie znaczącym pyłem na liściach osiki.
W przypadku Płaszowa sprawa nie była tak prosta, tutaj wszędzie dookoła leżały trupy. Ciała zabitych, a szczególnie ciała zabitych w ciągu ostatnich dwóch dni getta, wrzucano bezładnie do masowych mogił w lasku. Teraz Wydział D nakazał Amonowi je odnaleźć.
Szacunkowe liczby pomordowanych znacznie różnią się od siebie. Polskie publikacje, oparte na badaniach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce i na innych źródłach, utrzymują, że przez Płaszów i jego pięć podobozów przewinęło się sto pięćdziesiąt tysięcy więźniów, w tym również tych, którzy zatrzymali się tam jadąc do innych obozów, i że spośród tych stu pięćdziesięciu tysięcy osiemdziesiąt tysięcy straciło tam życie, głównie w masowych egzekucjach na Chujowej Górce lub też z powodu epidemii.
Liczby te zaskakują żyjących do dzisiaj więźniów Płaszowa. Pamiętają oni potworne zajęcie palenia zwłok. Twierdzą, że ekshumowali od ośmiu do dziesięciu tysięcy zwłok – ilość więc na tyle przerażającą, że nie ma już potrzeby jej zawyżać. Różnica między oboma tymi szacunkami zmniejszy się, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że egzekucje Polaków, Cyganów i Żydów będą trwać na Chujowej Górce i w innych miejscach wokół Płaszowa przez cały niemal ten rok i że samo SS zaczęło stosować praktykę palenia zwłok natychmiast po masowych mordach w austriackim forcie. Poza tym Amonowi nie udało się spełnić rozkazu i wydobyć z lasku wszystkich ciał. Po wojnie odkopie się jeszcze tysiące zwłok, a i dziś, kiedy przedmieścia Krakowa coraz bardziej napierają na Płaszów, przy budowie fundamentów znajduje się jeszcze niekiedy kości.
Oskar tuż przed swymi urodzinami zobaczył stosy ciał na grzbiecie wzgórza ponad zakładami. Gdy wrócił tam po tygodniu, ruch był jeszcze większy. Ciała wykopywali mężczyźni pracujący w maskach i krztuszący się. Na kocach, taczkach i nosidłach znoszono zabitych na miejsce spalenia i kładziono na drewnianych balach. Stosy z ciał budowano warstwa po warstwie, a kiedy sięgały do ramienia stojącego obok człowieka, polewano je benzyną i podpalano. Oskar z przerażeniem obserwował, jak płomienie dają zwłokom chwilowy pozór życia: ciała podnosiły się, odrzucały płonące bale, wyciągały ręce, otwierały usta do ostatniego krzyku. Młody esesman z odwszalni biegał wśród płonących stosów, wymachiwał pistoletem i gorączkowo wykrzykiwał jakieś rozkazy.
Popiół ze spalonych ciał opadał na włosy żywych i na wywieszone w ogródkach willi ubrania młodszych oficerów. Osłupiały Oskar patrzył, jak personel traktuje dym – jakby to był jakiś zwyczajny wyziew przemysłowy. A wśród tych dymów jeździli na koniach, spokojnie siedząc w siodłach, Amon i Majola. Leo John wziął swego dwunastoletniego syna i poszedł z nim do lasku, tam gdzie był grząski grunt, żeby nałapać kijanek. Płomienie i smród nie przeszkadzały im.
Oskar siedział w fotelu swojego BMW. Szyby samochodu były zamknięte, a Oskar siedział odchylony do tyłu i przyciskał do nosa i ust chusteczkę. Zastanawiał się, czy teraz właśnie nie są palone ciała Spiry i całej reszty. Był zaskoczony, gdy dowiedział się, że wymordowano całą policję getta wraz z rodzinami. Stało się to około Bożego Narodzenia ubiegłego roku, gdy tylko Symche Spira skończył dyrygować likwidacją getta. Przywieźli ich tu wszystkich, z żonami i dziećmi, w szare popołudnie, i zastrzelili po zachodzie słońca. Rozstrzelali najwierniejszych, Spirę i Zellingera, a także najbardziej niezadowolonych. Spira i jego zawstydzona żona oraz ich nieuzdolnione dzieci, które Pfefferberg niegdyś cierpliwie uczył – wszyscy stali nago, otoczeni karabinami, drżąc jedno przy drugim. Napoleoński mundur OD Spiry był teraz tylko porzuconą przy wejściu kupką szmat do przerobu. A Spira ciągle zapewniał wszystkich, że to niemożliwe.
Ta egzekucja wstrząsnęła Oskarem. Dowiodła, że w przypadku Żyda żadne posłuszeństwo, żadna uległość nie daje gwarancji przeżycia. A teraz palili Spirów tak samo anonimowo, tak samo niewdzięcznie, jak ich zamordowali.