Выбрать главу

Inny biu­le­tyn przy­po­mi­nał, że ko­men­dan­tom nie przy­słu­gu­je pra­wo ska­zy­wa­nia na karę śmier­ci. O pra­wo ta­kie mogą wy­stę­po­wać w skie­ro­wa­nym do Głów­ne­go Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa Rze­szy li­ście lub te­le­gra­mie. Amon sko­rzy­stał z tego spo­so­bu na wio­snę w sto­sun­ku do dwóch Ży­dów, któ­rzy ucie­kli z po­do­bo­zu w Wie­licz­ce. Pro­po­no­wał dla nich karę śmier­ci przez po­wie­sze­nie. Z Ber­li­na przy­szedł te­le­gram ze zgo­dą, pod­pi­sa­ny, jak za­uwa­żył Pem­per, przez dra Ern­sta Kal­ten­brun­ne­ra, sze­fa Głów­ne­go Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa Rze­szy.

W kwiet­niu Pem­per prze­czy­tał me­mo­ran­dum od Ger­har­da Mau­re­ra, sze­fa roz­dzia­łu siły ro­bo­czej Sek­cji D ge­ne­ra­ła Glück­sa. Mau­rer chciał się do­wie­dzieć od Amo­na, ilu Wę­grów moż­na by przez pe­wien czas prze­trzy­mać w Pła­szo­wie. Do­ce­lo­wo byli prze­zna­cze­ni do Nie­miec­kich Za­kła­dów Zbro­je­nio­wych, DA W, fi­lii Krup­pa, pro­du­ku­ją­cej za­pal­ni­ki do po­ci­sków ar­ty­le­ryj­skich w ogrom­nym kom­plek­sie Oświę­ci­mia. Po­nie­waż Wę­gry do­pie­ro od nie­daw­na sta­ły się nie­miec­kim pro­tek­to­ra­tem, więc ci wę­gier­scy Ży­dzi i prze­ciw­ni­cy po­li­tycz­ni byli w lep­szym sta­nie zdro­wia niż miej­sco­wi, ma­ją­cy za sobą lata gett i obo­zów. Dla fa­bryk Oświę­ci­mia była to więc grat­ka nie lada. Nie­ste­ty, kwa­te­ry DAW-u nie były jesz­cze go­to­we na ich przy­ję­cie i je­śli ko­men­dant Pła­szo­wa ze­chciał­by wziąć sie­dem ty­się­cy do cza­su wła­ści­we­go roz­wią­za­nia spra­wy, Sek­cja D bę­dzie nie­zmier­nie wdzięcz­na.

Od­po­wiedź Götha, prze­pi­sy­wa­na czy też wi­dzia­na przez Pem­pe­ra, brzmia­ła, że Pła­szów jest prze­peł­nio­ny i że nie ma wol­ne­go miej­sca pod za­bu­do­wę we­wnątrz ogro­dze­nia pod na­pię­ciem. Jed­nak Amon mógł­by przy­jąć oko­ło dzie­się­ciu ty­się­cy więź­niów tran­zy­to­wych, je­śli: a) otrzy­ma po­zwo­le­nie li­kwi­da­cji nie­pro­duk­tyw­ne­go ele­men­tu w obo­zie i b) wpro­wa­dzi spa­nie dwóch osób na jed­nym łóż­ku. Mau­rer w od­po­wie­dzi na­pi­sał, że na umiesz­cze­nie po dwie oso­by na pry­czy w le­cie zgo­dzić się nie może, bo to gro­zi ty­fu­sem, i że we­dług prze­pi­sów na oso­bę po­win­ny przy­pa­dać mi­ni­mum trzy me­try sze­ścien­ne po­wie­trza. Na­to­miast był go­to­wy ze­zwo­lić Götho­wi na re­ali­za­cję pierw­sze­go spo­so­bu. Sek­cja D za­wia­do­mi Oświę­cim – a przy­naj­mniej dział eks­ter­mi­na­cyj­ny tego wiel­kie­go przed­się­bior­stwa – o nad­cho­dzą­cym trans­por­cie więź­niów od­rzu­co­nych z Pła­szo­wa.

Amon mu­siał za­tem prze­pro­wa­dzić se­lek­cję więź­niów w obo­zie.

Z bło­go­sła­wień­stwem Mau­re­ra i Sek­cji D zli­kwi­du­je w cią­gu jed­ne­go dnia tylu lu­dzi, ilu Oskar, dzię­ki swe­mu spry­to­wi i ogrom­nym wy­dat­kom, chro­nił w „Ema­lii”. Amon na­zwał tę se­lek­cję Die Ge­sun­dhe­it­sak­tion, Ak­cja Zdro­wia.

Zor­ga­ni­zo­wał ją w sty­lu wiej­skie­go jar­mar­ku. Kie­dy się za­czę­ła, rano w nie­dzie­lę 7 maja, plac ape­lo­wy był ob­wie­szo­ny trans­pa­ren­ta­mi: „DLA KAŻ­DE­GO WIĘŹ­NIA OD­PO­WIED­NIA PRA­CA!” Gło­śni­ki gra­ły bal­la­dy Straus­sa i pio­sen­ki o mi­ło­ści. Pod nimi usta­wio­no stół, przy któ­rym za­siadł dr Blanc­ke, le­karz SS, z drem Le­onem Gros­sem i urzęd­ni­ka­mi. Kon­cep­cja „zdro­wia” Blanc­ke­go była nie mniej eks­cen­trycz­na niż każ­de­go in­ne­go le­ka­rza SS. Opróż­nił obo­zo­wy szpi­tal z nie­ule­czal­nie cho­rych, wstrzy­ku­jąc im do krwi ben­zy­nę. Za­strzy­ków tych nikt nie mógł­by na­zwać eu­ta­na­zją. Pa­cjent do­sta­wał kon­wul­sji, któ­re po kwa­dran­sie koń­czy­ły się udu­sze­niem. Ma­rek Bi­ber­ste­in, nie­gdyś prze­wod­ni­czą­cy Ju­den­ra­tu, a te­raz, po dwóch la­tach wię­zie­nia na Mon­te­lu­pich, oby­wa­tel Pła­szo­wa, do­stał ata­ku ser­ca. Przy­nie­sio­no go na izbę cho­rych. Za­nim Blanc­ke do­tarł do nie­go ze strzy­kaw­ką ben­zy­ny, dr Idek Schin­del, wuj owej Geni, któ­rej od­le­gła syl­wet­ka za­in­try­go­wa­ła przed dwo­ma laty Oska­ra, pod­szedł z ko­le­ga­mi do łóż­ka Bi­ber­ste­ina. Je­den z nich wstrzyk­nął mu bar­dziej li­to­ści­wą daw­kę cy­jan­ku.

Oto­czo­ny szaf­ka­mi peł­ny­mi akt ca­łej lud­no­ści Pła­szo­wa, Blanc­ke przej­rzał więź­niów ba­rak po ba­ra­ku, a kie­dy skoń­czył z jed­ną ba­te­rią kart, do­sta­wał na­stęp­ną.

Przed wej­ściem na plac ape­lo­wy więź­nio­wie mu­sie­li się ro­ze­brać. Po­tem usta­wia­no ich w sze­reg i ka­za­no bie­gać przed le­ka­rza­mi, w jed­ną i dru­gą stro­nę. Blanc­ke i Leon Gross, ży­dow­ski le­karz-ko­la­bo­rant, ro­bi­li ja­kieś za­pi­ski na kar­tach, wska­zy­wa­li na jed­ne­go więź­nia, wo­ła­li dru­gie­go, by po­twier­dził swo­je na­zwi­sko. Przy dru­gim prze­bie­gu le­ka­rze szu­ka­li oznak cho­ro­by czy osła­bie­nia mię­śni. Dziw­ne to były ćwi­cze­nia. I po­ni­ża­ją­ce. Męż­czyź­ni z uszko­dzo­ny­mi krę­go­słu­pa­mi (na przy­kład Pfef­fer­berg, któ­re­mu Hu­jar na­ru­szył krę­go­słup ude­rze­niem trzon­kiem bata); ko­bie­ty z chro­nicz­ną bie­gun­ką, wy­sma­ro­wa­ne na twa­rzy czer­wo­ną ka­pu­stą dla ko­lo­ru – wszy­scy zda­wa­li so­bie spra­wę, że bie­gną po ży­cie. Mło­da Kin­stlin­ge­ro­wa, sprin­ter­ka re­pre­zen­ta­cji Pol­ski na olim­pia­dzie w Ber­li­nie, ro­zu­mia­ła, że tam­to było tyl­ko za­ba­wą. Praw­dzi­we za­wo­dy od­by­wa­ły się tu­taj. Z wy­wra­ca­ją­cym się żo­łąd­kiem i płyt­kim od­de­chem bie­gło się – w rytm oszu­kań­czej mu­zy­ki – po uko­cha­ne ży­cie.

Ża­den z więź­niów nie po­znał wy­ni­ków aż do na­stęp­nej nie­dzie­li, kie­dy pod tymi sa­my­mi trans­pa­ren­ta­mi i przy tej sa­mej mu­zy­ce znów ze­bra­no więź­niów. Gdy wy­czy­ta­no na­zwi­ska i od­rzut­ki Ge­sun­dhe­it­sak­tion od­pro­wa­dza­no na wschod­ni kra­niec pla­cu, za­czę­ły się od­zy­wać krzy­ki zdra­dza­ją­ce obu­rze­nie. Amon spo­dzie­wał się roz­ru­chów i za­pew­nił so­bie po­moc kra­kow­skie­go gar­ni­zo­nu We­hr­mach­tu. Pod­czas in­spek­cji, któ­rą prze­pro­wa­dzo­no w ze­szłą nie­dzie­lę, od­kry­to pra­wie trzy­sta dzie­ci. Te­raz te dzie­ci za­bie­ra­no siłą. Pro­te­sty i skar­gi ro­dzi­ców były tak gło­śne, że więk­szość gar­ni­zo­nu, łącz­nie z we­zwa­ny­mi z Kra­ko­wa od­dzia­ła­mi Po­li­cji Bez­pie­czeń­stwa, mu­sia­no usta­wić w kor­don roz­dzie­la­ją­cy dwie gru­py. Kon­fron­ta­cja trwa­ła kil­ka go­dzin; straż­ni­cy od­py­cha­li fale osza­la­łych więź­niów, a tym, któ­rzy mie­li krew­nych wśród od­rzu­co­nych, opo­wia­da­li zwy­czaj­ne w ta­kich sy­tu­acjach kłam­stwa. Ni­cze­go nie ogło­szo­no, ale wszy­scy wie­dzie­li, że tam­ci nie zda­li eg­za­mi­nu i nie mają przy­szło­ści. Za­głu­sza­na wal­ca­mi i ko­micz­ny­mi pio­sen­ka­mi cała ta ża­ło­sna wie­ża Ba­bel wia­do­mo­ści nio­sła się z krzy­kiem mię­dzy obie­ma gru­pa­mi. Hen­ry­ko­wi Ro­sne­ro­wi, za­mar­twia­ją­ce­mu się o syna Olka, któ­ry tym­cza­sem był ukry­ty gdzieś w obo­zie, zda­rzy­ło się coś nie­zwy­kłe­go: na­tknął się na mło­de­go es­es­ma­na, któ­ry ze łza­mi w oczach po­tę­piał to, co się dzia­ło, i przy­się­gał, że się zgło­si na ochot­ni­ka na front wschod­ni. Tym­cza­sem ofi­ce­ro­wie krzy­cze­li, że je­śli więź­nio­wie się nie uspo­ko­ją, to woj­sko za­cznie strze­lać. Być może Amon miał na­dzie­ję, że uspra­wie­dli­wio­na strze­la­ni­na jesz­cze bar­dziej zmniej­szy prze­peł­nie­nie w obo­zie.