Выбрать главу

Osta­tecz­nie na wschod­nim krań­cu pla­cu zna­la­zło się 1400 do­ro­słych i 268 dzie­ci oto­czo­nych pło­tem ka­ra­bi­nów, go­to­wych do szyb­kiej wy­sył­ki do Oświę­ci­mia. Pem­per do­kład­nie za­pa­mię­tał licz­by, któ­re zresz­tą Amo­na roz­cza­ro­wa­ły. Ale i tak dzię­ki ca­łej ak­cji zwol­ni­ło się tro­chę miej­sca dla przy­by­wa­ją­cych na pe­wien czas Wę­grów.

W kar­to­te­kach dra Blanc­ke pła­szow­skie dzie­ci nie były re­je­stro­wa­ne tak skru­pu­lat­nie jak do­ro­śli. Więk­szość z nich spę­dzi­ła obie nie­dzie­le w ukry­ciu: po­dob­nie jak ich ro­dzi­ce, wy­czu­wa­ły one in­stynk­tow­nie, że z ra­cji wie­ku i nie­obec­no­ści swo­ich na­zwisk w do­ku­men­tach obo­zo­wych pad­ną ofia­rą tej se­lek­cji.

Olek Ro­sner scho­wał się w dru­gą nie­dzie­lę na pod­da­szu ba­ra­ku. Ra­zem z nim sie­dzia­ło na kro­kwiach dwo­je in­nych dzie­ci. Przez cały dzień ukry­ci wśród wszy, to­boł­ków i da­cho­wych szczu­rów za­cho­wy­wa­li ci­szę, wstrzy­my­wa­li się od od­da­wa­nia mo­czu. Wie­dzie­li rów­nie do­brze jak do­ro­śli, że SS i Ukra­iń­cy bali się tych miejsc nad su­fi­tem; uwa­ża­li je za sie­dli­ska ty­fu­su, a dr Blanc­ke po­in­for­mo­wał ich, że wy­star­czy, aby odro­bi­na od­cho­dów wszy do­sta­ła się w pęk­nię­cie skó­ry, żeby za­cho­ro­wać na ty­fus. Część pła­szow­skich dzie­ci od mie­się­cy miesz­ka­ła obok obo­zu mę­skie­go w ba­ra­ku z na­pi­sem: „ACH­TUNG TY­PHUS”.

W tę nie­dzie­lę Amo­no­wa ak­cja zdro­wia była dla Olka Ro­sne­ra bar­dziej nie­bez­piecz­na niż sie­ją­ce ty­fus wszy. Inne spo­śród dwu­stu sześć­dzie­się­ciu ośmiu od­se­pa­ro­wa­nych dzie­ci rów­nież prze­cze­ka­ły Ak­tion w ukry­ciu. Każ­de pła­szow­skie dziec­ko z tą samą psy­chicz­ną nie­ugię­to­ścią upa­trzy­ło so­bie miej­sce. Nie­któ­re wo­la­ły za­głę­bie­nia mię­dzy ba­ra­ka­mi, inne pral­nię, jesz­cze inne szo­pę za ga­ra­żem. Wie­le z tych schow­ków zo­sta­ło od­kry­tych w tę lub po­przed­nią nie­dzie­lę, nie były już więc bez­piecz­nym schro­nie­niem.

Po­zo­sta­łe dzie­ci, ni­cze­go nie po­dej­rze­wa­jąc, dały się za­pro­wa­dzić na plac ape­lo­wy. Cza­sem ro­dzi­ce zna­li tego czy tam­te­go pod­ofi­ce­ra. Było tak, jak na­rze­kał raz Him­m­ler, bo­wiem na­wet Obe­rschar­füh­rer SS, któ­ry nie mru­gnął okiem przy eg­ze­ku­cji, miał wśród więź­niów swo­ich ulu­bień­ców, jak­by to było szkol­ne bo­isko. Gdy cho­dzi­ło o dzie­ci, my­śle­li nie­któ­rzy ro­dzi­ce, moż­na się zwró­cić o po­moc do zna­jo­me­go es­es­ma­na.

Ze­szłej nie­dzie­li pe­wien trzy­na­sto­let­ni chło­piec, sie­ro­ta, są­dził, że mu się uda, po­nie­waż na in­nych ape­lach ucho­dził za mło­dzień­ca. Ale nagi nie mógł już ni­cze­go uda­wać. Ka­za­no mu się ubrać i wcią­gnię­to go na li­stę dzie­ci. Ro­dzi­ce po dru­giej stro­nie pla­cu krzy­cze­li za swo­imi za­bie­ra­ny­mi dzieć­mi, gło­śni­ki gra­ły sen­ty­men­tal­ną pio­sen­kę Mam­mi, kauf mir ein Pferd­chen (Mamo, kup mi ko­ni­ka), a chło­piec po pro­stu prze­szedł z jed­nej gru­py do dru­giej, wie­dzio­ny tym sa­mym nie­omyl­nym in­stynk­tem, któ­ry na pla­cu Zgo­dy kie­ro­wał dziec­kiem w czer­wo­nej cza­pecz­ce. I tak jak Czer­wo­nej Cza­pecz­ki, tak­że i jego nikt nie zo­ba­czył. Stał te­raz, na po­zór do­ro­sły, wśród do­ro­słych, wstręt­na mu­zy­ka ry­cza­ła, a jego ser­ce chcia­ło za po­mo­cą ude­rzeń prze­bić się na ze­wnątrz. Po­tem, uda­jąc skur­cze bie­gun­ki, po­pro­sił straż­ni­ka o po­zwo­le­nie pój­ścia do la­try­ny.

Dłu­gie la­try­ny sta­ły za sek­to­rem mę­skim. Do­szedł­szy do nich, chło­piec wspiął się na de­skę klo­ze­tu, oparł ręce po obu stro­nach otwo­ru i opu­ścił się w dół, pró­bu­jąc zna­leźć opar­cie dla ko­lan i stóp w ścia­nach dołu. Smród za­ćmił mu wzrok, a mu­chy wci­ska­ły się w usta, uszy i noz­drza. Gdy za­nu­rzył się w klo­ace i no­ga­mi do­tknął dna jamy, wy­da­ło mu się, że po­przez sza­lo­ny bzyk much sły­szy ja­kieś szep­ty.

– Szli za tobą? – py­tał je­den.

– Cho­le­ra, to na­sze miej­sce – do­rzu­cił dru­gi.

Oka­za­ło się, że było tam już dzie­się­cio­ro dzie­ci.

Spra­woz­da­nie Amo­na uży­wa­ło zło­żo­ne­go sło­wa Son­der­be­han­dlung – spe­cjal­ne trak­to­wa­nie. Po la­tach ter­min ten sta­nie się sław­ny, ale wte­dy Pem­per sły­szał go po raz pierw­szy. Wbrew jego uspo­ka­ja­ją­ce­mu, wręcz me­dycz­ne­mu brzmie­niu Mie­tek zo­rien­to­wał się, że nie zwia­stu­je on spo­ko­ju.

Po­dyk­to­wa­ny tego rana przez Amo­na te­le­gram do Oświę­ci­mia bar­dziej niż su­ge­ro­wał o co cho­dzi ko­men­dan­to­wi. Amon tłu­ma­czył w nim, że w celu utrud­nie­nia ewen­tu­al­nych ucie­czek, na­le­ga, by prze­zna­cze­ni do „spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia” po­rzu­ca­li przy bocz­ni­cy reszt­ki po­sia­da­ne­go cy­wil­ne­go ubra­nia i przy­wdzie­wa­li obo­zo­we pa­sia­ki. Po­nie­waż bra­ko­wa­ło ta­kich uni­for­mów, pa­sia­ki, w. któ­rych pła­szow­scy kan­dy­da­ci do „spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia” zja­wia­li się w Oświę­ci­miu, po­win­ny być na­tych­miast ode­sła­ne z po­wro­tem do Obo­zu Kon­cen­tra­cyj­ne­go Pła­szów do dal­sze­go użyt­ku.

Wszyst­kie po­zo­sta­łe w Pła­szo­wie dzie­ci, z któ­rych więk­szość ura­to­wa­ła się w la­try­nie ra­zem z wy­so­kim chłop­cem, na­dal się ukry­wa­ła lub uda­wa­ła do­ro­słych. Wkrót­ce jed­nak zo­sta­ły ujaw­nio­ne i wy­sła­ne ko­le­ją w ca­ło­dzien­ną po­dróż do od­le­głe­go o sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów Oświę­ci­mia. Wa­go­nów by­dlę­cych uży­wa­no w ten spo­sób przez całe lato: wo­zi­ły żoł­nie­rzy i do­sta­wy na wschód, na spa­ra­li­żo­wa­ny front pod Lwo­wem, a w dro­dze po­wrot­nej tra­ci­ły czas na bocz­ni­cach, pod­czas gdy le­ka­rze SS ob­ser­wo­wa­li nie­prze­rwa­ne sze­re­gi bie­ga­ją­cych przed nimi na­gich lu­dzi.

XXIX

Dzień był bez­wietrz­ny. Okna w ga­bi­ne­cie Amo­na otwar­to sze­ro­ko. Sie­dzą­cy w ga­bi­ne­cie Oskar od po­cząt­ku miał wra­że­nie, że to spo­tka­nie ma inny cel od ofi­cjal­nie po­da­ne­go. Ma­dritsch i Bosch też chy­ba tak uwa­ża­li, sko­ro ich spoj­rze­nia co chwi­la od­pły­wa­ły od Amo­na w kie­run­ku okna i da­lej w stro­nę wóz­ków z wa­pie­niem, w stro­nę każ­dej prze­jeż­dża­ją­cej cię­ża­rów­ki czy fur­man­ki. Tyl­ko Unter­sturm­füh­rer Leo John, któ­ry ro­bił no­tat­ki, sie­dział wy­pro­sto­wa­ny, w za­pię­tym do ostat­nie­go gu­zi­ka mun­du­rze.

Amon na­zwał spo­tka­nie kon­fe­ren­cją na te­mat bez­pie­czeń­stwa. Choć front się usta­bi­li­zo­wał, mó­wił, po­dej­ście środ­ko­wej li­nii Ro­sjan na przed­mie­ścia War­sza­wy wzmo­gło dzia­łal­ność par­ty­zanc­ką w ca­łej Ge­ne­ral­nej Gu­ber­ni. Ży­dów, któ­rzy o tym sły­sze­li, za­chę­ci­ło to do po­dej­mo­wa­nia prób uciecz­ki. Nie wie­dzą oni oczy­wi­ście, pod­kre­ślił Amon, że le­piej im tu, za dru­ta­mi, niż wśród ży­do­bój­ców w pol­skiej par­ty­zant­ce. W każ­dym ra­zie trze­ba brać pod uwa­gę moż­li­wość par­ty­zanc­kich ata­ków z ze­wnątrz i fakt, że mogą oni po­ro­zu­mie­wać się z więź­nia­mi.