Выбрать главу

– Nie ma spra­wy – od­parł Kop­pe.

On też nie po­chwa­lał tej ca­łej biu­ro­kra­cji. W po­przed­nich la­tach, jako do­wód­ca po­li­cji War­the­lan­du, do­wo­dził ta­bo­rem cię­ża­ró­wek, któ­re wy­wo­zi­ły pod­lu­dzi za mia­sto i po­tem na peł­nych ob­ro­tach sil­ni­ka pom­po­wa­ły spa­li­ny do swe­go za­mknię­te­go wnę­trza. To też była im­pro­wi­za­cja, któ­ra nie po­zwa­la­ła na zbyt do­kład­ną pa­pier­ko­wą ro­bo­tę.

– Oczy­wi­ście bę­dzie pan mu­siał po­stę­po­wać we­dług wła­sne­go osą­du – po­wie­dział Kop­pe Amo­no­wi. – Ale ja pana po­prę.

Oskar od razu wy­czuł, że Amo­no­wi tak na­praw­dę wca­le nie cho­dzi o par­ty­zan­tów. Gdy­by Oskar już wte­dy wie­dział, że Pła­szów bę­dzie się li­kwi­do­wa­ło, zro­zu­miał­by, o czym na­praw­dę mó­wił Amon. Göth bo­wiem mar­twił się Wil­kiem Chi­lo­wi­czem, Ży­dem, sze­fem obo­zo­wej po­li­cji. Amon czę­sto uży­wał Chi­lo­wi­cza do czar­no­ryn­ko­wych trans­ak­cji. Chi­lo­wicz znał Kra­ków, wie­dział, gdzie sprze­dać mąkę, ryż, ma­sło, z któ­rych to to­wa­rów ko­men­dant okra­dał obóz. Znał han­dla­rzy, któ­rzy byli za­in­te­re­so­wa­ni kosz­tow­ny­mi wy­ro­ba­mi warsz­ta­tu za­trud­nia­ją­ce­go więź­niów w ro­dza­ju Wul­ka­na. Amon mar­twił się całą kli­ką Chi­lo­wi­cza: Ma­ry­sią Chi­lo­wicz, któ­ra cie­szy­ła się przy­wi­le­ja­mi żony; Miet­kiem Fin­kel­ste­inem, wspól­ni­kiem; sio­strą Chi­lo­wi­cza, Fer­be­ro­wą, i jej mę­żem. Je­śli w Pła­szo­wie była ary­sto­kra­cja, to sta­no­wi­li ją Chi­lo­wi­czo­wie. Mie­li wła­dzę nad więź­nia­mi, lecz to, co wie­dzie­li, po­sia­da­ło dwa ostrza: wie­dzie­li o Amo­nie rów­nie dużo co o ja­kimś mar­nym me­cha­ni­ku od Ma­drit­scha. Je­śli po za­mknię­ciu Pła­szo­wa wy­śle się ich do in­ne­go obo­zu, gdzie po­czu­ją za­gro­że­nie, mogą pró­bo­wać sprze­dać swo­ją wie­dzę o ma­chi­na­cjach Amo­na. Albo wte­dy – i to jest bar­dziej praw­do­po­dob­ne – gdy po­czu­ją głód. Oczy­wi­ście Chi­lo­wicz też nie był spo­koj­ny i Amon wy­czu­wał w nim wąt­pli­wo­ści, czy bę­dzie mógł opu­ścić Pła­szów. Po­sta­no­wił więc użyć prze­ciw­ko Chi­lo­wi­czo­wi jego wła­snych obaw. We­zwał do swo­je­go ga­bi­ne­tu na na­ra­dę So­wiń­skie­go, człon­ka służ­by po­moc­ni­czej SS, zwer­bo­wa­ne­go w cze­skich Wy­so­kich Ta­trach. So­wiń­ski miał za­gad­nąć Chi­lo­wi­cza i za­pro­po­no­wać mu uciecz­kę. Amon był pe­wien, że Chi­lo­wicz oka­że się sko­ry do per­trak­ta­cji.

So­wiń­ski po­szedł i do­brze wy­wią­zał się z za­da­nia. Po­wie­dział Chi­lo­wi­czo­wi, że bę­dzie mógł za­brać z obo­zu cały klan Chi­lo­wi­czów w jed­nej z du­żych cię­ża­ró­wek o na­pę­dzie ben­zy­no­wo-drzew­nym.

W jej pa­le­ni­sku moż­na zmie­ścić pół tu­zi­na lu­dzi, je­śli je­dzie się na ben­zy­nie.

Chi­lo­wicz za­in­te­re­so­wał się pro­po­zy­cją. So­wiń­ski bę­dzie oczy­wi­ście mu­siał skon­tak­to­wać się z przy­ja­ciół­mi na ze­wnątrz, któ­rzy do­star­czą po­jaz­du. A po­tem do­wie­zie cię­ża­rów­ką cały klan na wy­zna­czo­ne miej­sce. Chi­lo­wicz był go­tów za­pła­cić dia­men­ta­mi, lecz na do­wód wza­jem­ne­go za­ufa­nia So­wiń­ski mu­siał do­star­czyć broń.

So­wiń­ski zre­la­cjo­no­wał roz­mo­wę Amo­no­wi, a ten dał mu pi­sto­let ka­li­bru 0,38 ze spi­ło­wa­ną igli­cą. Broń tę prze­ka­za­no Chi­lo­wi­czo­wi, któ­ry oczy­wi­ście nie miał ani po­trze­by, ani oka­zji jej wy­pró­bo­wać. Za to Amon mógł z ręką na ser­cu przy­siąc przed Kop­pem i Ora­nien­bur­giem, że zna­lazł przy więź­niu broń.

Była nie­dzie­la, po­ło­wa sierp­nia. So­wiń­ski spo­tkał się z Chi­lo­wi­cza­mi w szo­pie z ma­te­ria­ła­mi bu­dow­la­ny­mi i ukrył ich w cię­ża­rów­ce. Po­tem po­je­chał Je­ro­zo­lim­ską w kie­run­ku bra­my. Tam po­win­ny się od­być ru­ty­no­we for­mal­no­ści, a po­tem cię­ża­rów­ka po­je­dzie w świat. W pa­le­ni­sku cię­ża­rów­ki tęt­no pię­cior­ga ucie­ki­nie­rów biło nie­mal trud­ną do znie­sie­nia na­dzie­ją na po­zo­sta­wie­nie Amo­na za sobą.

Przy bra­mie cze­ka­li jed­nak Amon, Am­thor i Hu­jar, oraz Ukra­iniec Iwan Sza­ru­jew. Do­ko­na­no nie­spiesz­nej in­spek­cji. Pa­no­wie z SS z lek­kim uśmie­chem prze­glą­da­li pod­wo­zie cię­ża­rów­ki. Pa­le­ni­sko zo­sta­wi­li so­bie na sam ko­niec. Uda­li zdzi­wie­nie, kie­dy od­kry­li ści­śnię­tych jak sar­dyn­ki Chi­lo­wi­czów. Gdy tyl­ko wy­cią­gnię­to Chi­lo­wi­cza, Amon „od­krył” wsu­nię­tą za cho­le­wę nie­le­gal­ną broń. Kie­sze­nie Chi­lo­wi­cza były wy­pcha­ne dia­men­ta­mi – ła­pów­ka­mi od zroz­pa­czo­nych więź­niów.

Więź­nio­wie, któ­rzy mie­li wol­ny dzień, usły­sze­li, że na Chi­lo­wi­cza za­padł pod bra­mą wy­rok. Wia­do­mość spo­wo­do­wa­ła ta­kie samo zdzi­wie­nie i mie­sza­ne uczu­cia, jak eg­ze­ku­cja Sym­che Spi­ry i jego ode­ma­nów. Ża­den wię­zień nie mógł zgad­nąć, co taka eg­ze­ku­cja ozna­cza dla nie­go sa­me­go.

Chi­lo­wi­czów ko­lej­no roz­strze­la­no. Amon, cały żół­ty od cho­rej wą­tro­by, u szczy­tu swej tu­szy, sa­pią­cy jak pod­sta­rza­ły wu­jek, sam przy­ło­żył lufę do kar­ku Chi­lo­wi­cza. Cia­ła za­bi­tych uło­żo­no na pla­cu ape­lo­wym, do ich pier­si były przy­mo­co­wa­ne ta­blicz­ki: „TYCH, CO GWAŁ­CĄ SPRA­WIE­DLI­WE PRA­WA, SPO­TKA SPRA­WIE­DLI­WA ŚMIERĆ”. Nie taki oczy­wi­ście mord wy­cią­gnę­li z tego po­ka­zu więź­nio­wie.

Amon spę­dził po­po­łu­dnie pi­sząc na brud­no dwa dłu­gie spra­woz­da­nia. Jed­no dla Kop­pe­go, dru­gie dla Sek­cji D Glück­sa. W obu wy­ja­śniał, jak uchro­nił Pła­szów od po­wsta­nia (po­le­ga­ją­ce­go na uciecz­ce gru­py kon­spi­ra­to­rów z obo­zu), tłu­miąc je w za­rod­ku przez roz­strze­la­nie przy­wód­ców spi­sku. Dzie­ło swe skoń­czył do­pie­ro o je­de­na­stej wie­czo­rem. Frau Koch­mann nie umia­ła pra­co­wać szyb­ko o tak póź­nej po­rze – dla­te­go ko­men­dant ka­zał zbu­dzić Miet­ka Pem­pe­ra i przy­pro­wa­dzić go do wil­li. We fron­to­wym po­ko­ju Amon po­wie­dział, że po­dej­rze­wa, iż on, Mie­tek, też brał udział w przy­go­to­wy­wa­niu uciecz­ki Chi­lo­wi­czów. Pem­pe­ra wpra­wi­ło to w osłu­pie­nie i nie wie­dział, jak od­po­wie­dzieć. Roz­glą­da­jąc się za czymś, co by go mo­gło uspra­wie­dli­wić, zo­ba­czył roz­pru­tą na szwie no­gaw­kę swych spodni.

– Jak mógł­bym ucie­kać w ta­kim ubra­niu? – za­py­tał.

Szcze­ra roz­pacz tej od­po­wie­dzi usa­tys­fak­cjo­no­wa­ła Amo­na. Ka­zał chłop­cu usiąść i po­uczył go, jaki ma być roz­kład tek­stu i nu­me­ra­cja stron. Ude­rzył w kart­ki swy­mi pła­ski­mi pal­ca­mi.

– To ma być bez­błęd­na ro­bo­ta.

Pem­per zaś my­ślał: „Więc tak to wy­glą­da – albo zgi­nę te­raz za pró­bę uciecz­ki, albo póź­niej za to, że wi­dzia­łem te Amo­no­we uspra­wie­dli­wie­nia”.