Выбрать главу

Gdy Pem­per wy­cho­dził z wil­li z brud­no­pi­sa­mi w ręku, Göth wy­szedł za nim na ga­nek i krzyk­nął ostat­ni roz­kaz:

– Jak bę­dziesz pi­sał li­stę bun­tow­ni­ków – za­wo­łał przy­ja­ciel­sko – zo­staw miej­sce nad moim pod­pi­sem na jesz­cze jed­no na­zwi­sko.

Pem­per ski­nął gło­wą, dys­kret­nie, jak każ­dy za­wo­do­wy se­kre­tarz. Sta­nął na pół se­kun­dy, szu­ka­jąc na­tchnie­nia, ja­kiejś szyb­kiej od­po­wie­dzi, któ­ra zmie­ni­ła­by roz­kaz Amo­na o do­dat­ko­wym miej­scu, miej­scu na na­zwi­sko: Mie­czy­sław Pem­per. W tej upior­nej, dusz­nej ci­szy nie­dziel­ne­go wie­czo­ru na Je­ro­zo­lim­skiej nic roz­sąd­ne­go nie przy­szło mu do gło­wy.

– Tak jest, Herr Kom­man­dant.

Idąc wol­no w stro­nę biu­row­ca Pem­per przy­po­mniał so­bie list, któ­ry nie tak daw­no prze­pi­sy­wał dla Amo­na. Był za­adre­so­wa­ny do ojca Amo­na, wie­deń­skie­go wy­daw­cy. Peł­no w nim było sy­now­skiej tro­ski o aler­gię, któ­ra tra­pi­ła sta­rusz­ka na wio­snę. Amon wy­ra­żał na­dzie­ję, że już ustą­pi­ła. Pem­pe­ro­wi dla­te­go przy­po­mniał się ten aku­rat list, że pół go­dzi­ny wcze­śniej, za­nim zo­stał we­zwa­ny do ga­bi­ne­tu Amo­na, żeby go prze­pi­sać, ko­men­dant wy­wlókł przed bu­dy­nek dziew­czy­nę, re­fe­rent­kę, i za­strze­lił ją. Ze­sta­wie­nie li­stu i eg­ze­ku­cji do­wo­dzi­ło, że dla Amo­na mord i aler­gia to spra­wy o po­dob­nej wa­dze. A je­śli każe się po­słusz­ne­mu ste­no­gra­fo­wi zo­sta­wić miej­sce na jego na­zwi­sko, to oczy­wi­ste, że je zo­sta­wi.

Pem­per sie­dział nad ma­szy­ną do pi­sa­nia po­nad go­dzi­nę. Za­sta­na­wiał się, czy zo­sta­wić pod spodem tyl­ko jed­no miej­sce. Osta­tecz­nie zo­sta­wił je. Nie­zro­bie­nie tego ozna­cza­ło­by tyl­ko szyb­szą śmierć. Wśród zna­jo­mych Ster­na krą­ży­ła po­gło­ska, że Schin­dler ob­my­śla ja­kieś prze­no­si­ny więź­niów, w każ­dym ra­zie ja­kąś pró­bę ich ra­to­wa­nia. Tyl­ko że tego wie­czo­ra po­gło­ski z Za­bło­cia nie mia­ły już żad­ne­go zna­cze­nia. Mie­tek pi­sał; w każ­dym spra­woz­da­niu zo­sta­wiał miej­sce na swą wła­sną śmierć. I wszyst­kie zbrod­ni­cze kal­ki ko­men­dan­ta, tak pra­co­wi­cie za­pa­mię­ta­ne, oka­żą się bez­u­ży­tecz­ne za spra­wą jed­ne­go pu­ste­go miej­sca na pa­pie­rze.

Kie­dy ma­szy­no­pi­sy były już go­to­we, Mie­tek wró­cił do wil­li. Amon ka­zał mu cze­kać pod we­nec­ki­mi okna­mi, a sam, w sa­lo­ni­ku, czy­tał do­ku­men­ty. Pem­per za­sta­na­wiał się, czy jego zwło­ki zo­sta­ną wy­sta­wio­ne na wi­dok pu­blicz­ny i czy bę­dzie do nich przy­pię­ta ta­blicz­ka ze zda­niem oznaj­mia­ją­cym: „TAK ZGI­NĄ WSZY­SCY ŻY­DOW­SCY BOL­SZE­WI­CY!”

W koń­cu Amon po­ka­zał się przy oknie.

– Mo­żesz iść spać – po­wie­dział.

– Słu­cham, Herr Kom­man­dant?

– Po­wie­dzia­łem, że mo­żesz iść spać.

Pem­per po­szedł. Krok miał te­raz mniej pew­ny. Po tym, co wi­dział, Amon nie mógł mu po­zwo­lić da­lej żyć. Ale może ko­men­dant uwa­ża, że jesz­cze bę­dzie czas, by za­bić go póź­niej. Cóż, je­den dzień żyda to też ży­cie.

Jak się oka­za­ło, pu­ste miej­sce było prze­zna­czo­ne dla star­sze­go więź­nia, któ­ry nie­ostroż­nie wy­ga­dał się przed Joh­nem i Hu­ja­rem, że ma poza obo­zem ukry­te dia­men­ty. Po tym, jak Pem­per za­snął snem ska­za­ne­go z za­wie­sze­niem, Amon ka­zał we­zwać sta­re­go więź­nia do wil­li. Za­pro­po­no­wał mu ży­cie w za­mian za in­for­ma­cję o skryt­ce z dia­men­ta­mi, otrzy­mał ją i oczy­wi­ście za­strze­lił bie­da­ka, do­da­jąc jego na­zwi­sko do spra­woz­da­nia dla Kop­pe­go i Ora­nien­bur­ga – do swej skrom­nej za­słu­gi po­le­ga­ją­cej na zdmuch­nię­ciu iskry re­be­lii.

XXX

Na biur­ku Oska­ra le­ża­ły roz­ka­zy ozna­czo­ne li­te­ra­mi OKH (Na­czel­ne Do­wódz­two Ar­mii). Z po­wo­du sy­tu­acji na fron­cie – pi­sał dy­rek­tor In­spek­to­ra­tu Uzbro­je­nia do Oska­ra – KL Pła­szów, a więc i obóz „Ema­lii”, będą roz­wią­za­ne. Więź­nio­wie z „Ema­lii” zo­sta­ną ode­sła­ni do Pła­szo­wa, gdzie mają ocze­ki­wać na re­lo­ka­cję. Na­to­miast Oskar ma jak naj­szyb­ciej zli­kwi­do­wać fa­bry­kę na Za­bło­ciu, po­zo­sta­wia­jąc na jej te­re­nie tyl­ko nie­zbęd­nych do roz­mon­to­wa­nia urzą­dzeń tech­ni­ków. Po dal­sze in­struk­cje na­le­ży się zwra­cać do Rady Ewa­ku­acyj­nej przy OKH w Ber­li­nie.

Pierw­szą re­ak­cją Oska­ra była zim­na wście­kłość. Nie po­do­bał mu się ton od­le­głe­go urzęd­ni­ka, usi­łu­ją­ce­go zwol­nić go z wszel­kiej dal­szej od­po­wie­dzial­no­ści. To był czło­wiek, któ­ry nic nie wie­dząc o czar­no­ryn­ko­wym chle­bie łą­czą­cym Oska­ra i jego więź­niów uwa­żał za nor­mal­ny fakt, że fa­bry­kant otwo­rzy bra­mę i po­zwo­li za­brać lu­dzi. A już naj­więk­szą aro­gan­cją wy­da­wa­ło mu się to, że list nie pre­cy­zo­wał sło­wa „re­lo­ka­cja”. Gu­ber­na­tor Frank był bar­dziej uczci­wy, gdy przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi wy­gła­szał swo­je prze­mó­wie­nie. „Kie­dy wresz­cie wy­gra­my tę woj­nę to, je­śli o mnie cho­dzi, z Po­la­ków, Ukra­iń­ców oraz tego, co się wo­kół obi­ja, moż­na zro­bić rą­ban­kę”. Frank miał od­wa­gę na­zwać ten pro­ces po imie­niu. W Ber­li­nie pi­sa­li „re­lo­ka­cja” i uwa­ża­li się za uspra­wie­dli­wio­nych.

Amon wie­dział, co zna­czy „re­lo­ka­cja”, i pod­czas na­stęp­nych od­wie­dzin Oska­ra w Pła­szo­wie bez że­na­dy mu to po­wie­dział. Wszyst­kich pła­szo­wia­ków wy­śle się do Gross-Ro­sen. Ko­bie­ty pój­dą do Oświę­ci­mia. Gross-Ro­sen był to duży obóz w ka­mie­nio­ło­mach na Dol­nym Ślą­sku. Nie­miec­kie Za­kła­dy Ziem­no-Ka­mie­niar­skie, przed­się­bior­stwo na­le­żą­ce do SS, z od­dzia­ła­mi w Niem­czech, Pol­sce i na in­nych pod­bi­tych te­re­nach, wprost po­że­ra­ły więź­niów Gross-Ro­sen. Mimo to tech­no­lo­gia Oświę­ci­mia była bar­dziej bez­po­śred­nia i bar­dziej no­wo­cze­sna.

Kie­dy wia­do­mość o li­kwi­da­cji „Ema­lii” do­tar­ła do hali fa­brycz­nej i prze­bie­gła przez ba­ra­ki, nie­któ­rzy więź­nio­wie Schin­dle­ra my­śle­li, że to już ko­niec wszel­kich na­dziei. Per­l­ma­no­wie, ci, któ­rych cór­ka od­sło­ni­ła swój aryj­ski ka­mu­flaż, by się za nimi wsta­wić, zwi­nę­li koce i roz­ma­wia­li fi­lo­zo­ficz­nie z są­sia­da­mi w ba­ra­ku. „Ema­lia” dała nam rok od­po­czyn­ku, rok zupy, rok nor­mal­no­ści. Wi­dać tyle mia­ło tego być – te­raz czas po­my­śleć o śmier­ci. Tak my­śle­li. Sły­chać to było w ich gło­sie.

Ra­bin Le­war­tow też był zre­zy­gno­wa­ny. Wra­cał te­raz do nie do­koń­czo­nych po­ra­chun­ków z Amo­nem. Edy­ta Lieb­gold, któ­rą Ban­kier zwer­bo­wał na noc­ną zmia­nę w pierw­szych dniach get­ta, za­uwa­ży­ła, że choć Oskar go­dzi­na­mi pro­wa­dzi po­waż­ne roz­mo­wy z ży­dow­ski­mi bry­ga­dzi­sta­mi, nie przy­cho­dzi do lu­dzi i nie czy­ni osza­ła­mia­ją­cych obiet­nic. Być może jest tak samo za­sko­czo­ny i upo­ko­rzo­ny roz­ka­za­mi z Ber­li­na, jak wszy­scy inni. Nie był już ta­kim pro­ro­kiem jak wte­dy, gdy tu przy­szła po raz pierw­szy po­nad trzy lata temu.