Выбрать главу

Nie­mniej jed­nak pod ko­niec lata, gdy więź­nio­wie spa­ko­wa­li ma­nat­ki i po­szli z po­wro­tem do Pła­szo­wa, ro­ze­szła się po­gło­ska, że Oskar za­mie­rza ich wy­ku­pić. Po­wie­dział o tym Gar­de­mu, po­wie­dział Ban­kie­ro­wi. Ła­two moż­na to so­bie było wy­obra­zić – tę nie­wzru­szo­ną pew­ność, to ni­skie, oj­cow­skie brzmie­nie gło­su. Ale gdy się szło Je­ro­zo­lim­ską i mi­ja­ło bu­dy­nek ad­mi­ni­stra­cji, gdy się pa­trzy­ło z nie­do­wie­rza­niem nowo przy­by­łych na bry­ga­dy pcha­ją­ce wóz­ki z ka­mie­niem, pa­mięć Oska­ro­wych obiet­nic była chy­ba tyl­ko jesz­cze do­dat­ko­wym brze­mie­niem.

Ro­dzi­na Ho­ro­wit­zów rów­nież wró­ci­ła do Pła­szo­wa. Oj­ciec, Do­lek, wy­pra­wił ich w ubie­głym roku do „Ema­lii”, ale oto wró­ci­li. Sze­ścio­let­ni Ry­szard, mat­ka Re­gi­na. Niu­sia, te­raz je­de­na­sto­let­nia, znów przy­szy­wa­ła wło­sie do szczo­tek i pa­trzy­ła z wy­so­kich okien na cię­ża­rów­ki to­czą­ce się pod górę do au­striac­kie­go for­tu, na wzno­szą­cy się na wzgó­rzu czar­ny dym kre­ma­cji. Jaki Pła­szów w ze­szłym roku opusz­cza­li, taki na­dal trwał. Nie mie­ści­ło się jej w gło­wie, że ten stan rze­czy może się kie­dy­kol­wiek zmie­nić.

Ale jej oj­ciec uwa­żał, że Oskar spo­rzą­dzi li­stę i wy­cią­gnie ich stąd. Dla nie­któ­rych li­sta Oska­ra była czymś wię­cej niż ko­lum­ną na­zwisk. To była Li­sta.

Kie­dyś w wil­li Amo­na Oskar wy­su­nął po­mysł, aby wy­jeż­dża­jąc z Kra­ko­wa za­brać ze sobą swo­ich Ży­dów. Był ci­chy let­ni wie­czór. Amon wy­da­wał się ura­do­wa­ny jego wi­do­kiem. Le­ka­rze Blanc­ke i Gross ostrze­gli Amo­na, że je­śli nie ogra­ni­czy je­dze­nia i pi­cia, to nie­dłu­go umrze – więc ostat­nio wil­li nie od­wie­dza­ło zbyt wie­lu go­ści.

Sie­dzie­li ra­zem, pi­jąc z wy­mu­szo­nym na Amo­nie umiar­ko­wa­niem. Oskar rzu­cił pro­po­zy­cję. Chce prze­nieść fa­bry­kę do Cze­cho­sło­wa­cji i za­brać swych wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych ro­bot­ni­ków. Przy­da­li­by się też inni fa­chow­cy z Pła­szo­wa. Po­pro­si Radę Ewa­ku­acyj­ną o po­moc w zna­le­zie­niu od­po­wied­nie­go miej­sca gdzieś na Mo­ra­wach, a ko­lej – o trans­port z Kra­ko­wa. Dał Amo­no­wi do zro­zu­mie­nia, że bę­dzie wdzięcz­ny za każ­de po­par­cie. Wzmian­ka o wdzięcz­no­ści za­wsze pod­nie­ca­ła ko­men­dan­ta. Oczy­wi­ście, po­wie­dział, je­śli Oskar za­pew­ni so­bie współ­pra­cę wła­ści­wych in­sty­tu­cji, to on ze­zwo­li na spo­rzą­dze­nie li­sty lu­dzi.

Póź­niej Amon chciał za­grać w kar­ty. Lu­bił oko, od­mia­nę fran­cu­skie­go vingt-et-un. W tej grze mło­dym ofi­ce­rom nie­ła­two było „pod­ło­żyć się” i udać prze­gra­ną, aby się przy­po­chle­bić prze­ciw­ni­ko­wi. Był to za­tem praw­dzi­wy sport. Poza tym Oska­ra tego wie­czo­ru nie in­te­re­so­wa­ła prze­gra­na. I tak za­pła­ci Amo­no­wi za li­stę wy­star­cza­ją­co dużo.

Ko­men­dant za­czął od skrom­nych, stu­zło­to­wych sta­wek, jak gdy­by le­ka­rze i w tym za­le­ci­li mu umiar. Cią­gle jed­nak prze­gry­wał i kie­dy pod­nie­śli staw­kę do pię­ciu­set zło­tych, Oskar do­stał oko z ręki: asa i wa­le­ta, co ozna­cza­ło, że Amon musi za­pła­cić po­dwój­ną staw­kę. Ko­men­dant był nie­po­cie­szo­ny, ale nie roz­gnie­wał się. We­zwał He­le­nę Hirsch i ka­zał jej po­dać kawę. Dziew­czy­na wy­glą­da­ła jak pa­ro­dia słu­żą­cej dżen­tel­me­na: na­dal schlud­nie ubra­na w czerń, lecz z jed­nym okiem nie­mal za­mknię­tym opu­chli­zną. Była tak mała, że Amon mu­siał się schy­lać do bi­cia. Dziew­czy­na zna­ła już Oska­ra, lecz nie po­pa­trzy­ła na nie­go. Pra­wie rok temu obie­cał ją wy­do­stać. Za każ­dym po­by­tem w wil­li uda­wa­ło mu się prze­mknąć do kuch­ni i za­py­tać, co sły­chać. To coś zna­czy­ło, ale nie zmie­nia­ło tre­ści jej ży­cia. Na przy­kład przed kil­ko­ma ty­go­dnia­mi, kie­dy zupa mia­ła nie­wła­ści­wą tem­pe­ra­tu­rę (Amon był bar­dzo wy­ma­ga­ją­cy, je­śli cho­dzi o zupę, mu­sze pla­my w ko­ry­ta­rzu i pchły na psach), ko­men­dant we­zwał Iwa­na i Pe­tra, ka­zał im za­brać He­le­nę pod brzo­zę w ogro­dzie i za­strze­lić. Przez we­nec­kie okno pa­trzył, jak szła przed mau­ze­rem Pe­tra, za­no­sząc ci­che proś­by do mło­de­go Ukra­iń­ca.

– Petr, kogo chcesz za­strze­lić? He­le­nę. He­le­nę, któ­ra daje ci ciast­ka. Chy­ba nie mógł­byś za­strze­lić He­le­ny, praw­da?

A Petr od­po­wia­dał w ten sam spo­sób, przez za­ci­śnię­te zęby:

– Wiem, He­le­no. Nie chcę. Ale jak tego nie zro­bię, on za­bi­je mnie.

Po­chy­li­ła gło­wę ku cęt­ko­wa­nej ko­rze brzo­zy. Czę­sto py­ta­ła Amo­na, dla­cze­go nie chce jej za­bić, i te­raz chcia­ła mu spra­wić za­wód swą go­to­wo­ścią na śmierć. To jed­nak nie było moż­li­we. Drża­ła tak bar­dzo, że on na pew­no to wi­dział. Trzę­sły jej się nogi. A po­tem usły­sza­ła, jak Amon krzy­czy z okna:

– Przy­pro­wadź­cie tę sukę z po­wro­tem. Bę­dzie mnó­stwo cza­su, żeby ją za­strze­lić. A tym­cza­sem może jesz­cze uda się ją wy­cho­wać.

Po­mię­dzy przy­pły­wa­mi be­stial­stwa usi­ło­wał grać do­bro­tli­we­go pana. Jak sza­le­niec. Pew­ne­go ran­ka po­wie­dział jej:

– Je­steś na­praw­dę bar­dzo do­brze wy­szko­lo­ną słu­żą­cą. Je­śli po woj­nie bę­dziesz po­trze­bo­wa­ła re­fe­ren­cji, dam ci je z przy­jem­no­ścią.

Wie­dzia­ła, że to tyl­ko ga­da­nie, ma­rzy­ciel­stwo. Od­wra­ca­ła się do tego swym głu­chym uchem, tym, któ­re­go bę­be­nek uszko­dzi­ło ude­rze­nie. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że prę­dzej czy póź­niej pod­czas któ­re­goś z jego na­pa­dów fu­rii – zgi­nie.

W ży­ciu tak cięż­kim jak jej, uśmiech go­ści był tyl­ko chwi­lo­wą po­cie­chą. Dziś po­sta­wi­ła wiel­ki srebr­ny dzba­nek z kawą koło Herr Kom­man­dan­ta – na­dal pił ją wia­dra­mi, moc­no osło­dzo­ną – ukło­ni­ła się i wy­szła.

W cią­gu go­dzi­ny Amon był wi­nien Oska­ro­wi trzy ty­sią­ce sie­dem­set zło­tych i na­rze­kał na brak szczę­ścia. Oskar za­pro­po­no­wał zmia­nę staw­ki. Po­wie­dział, że bę­dzie po­trze­bo­wał słu­żą­cej na Mo­ra­wach, kie­dy się już tam prze­nie­sie. Tam nie bę­dzie ła­two o słu­żą­cą tak in­te­li­gent­ną i tak do­brze wy­szko­lo­ną jak He­le­na. Same wiej­skie dziew­czy­ny. Oskar za­pro­po­no­wał więc, żeby za­gra­li jed­no roz­da­nie. Po­dwój­na staw­ka albo nic. Je­śli Amon wy­gra, Oskar za­pła­ci mu sie­dem ty­się­cy czte­ry­sta zło­tych. Je­śli tra­fi mu się oko z ręki, to czter­na­ście ty­się­cy osiem­set zło­tych. Lecz je­śli wy­gra Oskar, to He­le­na Hirsch znaj­dzie się na li­ście lu­dzi Schin­dle­ra.

Amon mu­siał się nad tym za­sta­no­wić.

– No, zgódź­że się – na­ma­wiał Oskar. – I tak po­je­dzie do Oświę­ci­mia.

Lecz w grę wcho­dzi­ło też przy­wią­za­nie. Amon tak przy­zwy­cza­ił się do He­le­ny, że nie­ła­two mu było po­sta­wić ją w za­kład. Kie­dy ob­my­ślał jej śmierć, za­wsze chy­ba do­cho­dził do wnio­sku, że wy­koń­czy ją wła­sny­mi rę­ka­mi. Je­śli więc prze­gra, bę­dzie zmu­szo­ny, jako wie­deń­ski dżen­tel­men, zre­zy­gno­wać z przy­jem­no­ści mor­der­stwa.

Już raz, ja­kiś czas temu, Schin­dler po­pro­sił go o przy­dzie­le­nie He­le­ny do „Ema­lii”. Amon od­mó­wił. Jesz­cze rok temu wy­da­wa­ło się, że Ra­szów bę­dzie ist­niał dzie­siąt­ki lat i że ko­men­dant i jego słu­żą­ca ze­sta­rze­ją się ra­zem, chy­ba że ja­kiś ja­skra­wy błąd He­le­ny przy­nie­sie temu związ­ko­wi na­gły ko­niec. Rok temu o tej sa­mej po­rze nikt nie uwie­rzył­by, że tych dwo­je się roz­sta­nie, po­nie­waż Ro­sja­nie po­de­szli pod Lwów.