Być może nowy, tymczasowy komendant Płaszowa, hauptsturmführer Büscher, powiedział do Oskara:
– Dość wygłupów, Oskar! Musimy zakończyć papierkową robotę i załatwić transport.
Być może był jakiś inny termin wyznaczony przez kolej i uwarunkowany dostępnością taboru.
Na końcu listy Titsch dopisał na maszynie, powyżej oficjalnych podpisów, nazwiska więźniów od Madritscha. Dodano ich prawie siedemdziesiąt – tych, które sobie Titsch i Oskar przypomnieli. Znaleźli się wśród nich Feigenbaumowie – chora na raka kości córka, kilkunastoletni syn Lutek z pewną umiejętnością naprawy maszyn do szycia. Wszystkich przeistoczono w wykwalifikowanych pracowników przemysłu zbrojeniowego. W mieszkaniu śpiewano, głośno rozmawiano, śmiano się w kłębach dymu, a w kącie Oskar i Titsch wypytywali się nawzajem o nazwiska i wytężali głowy nad zawiłościami polskiej pisowni.
W końcu Oskar położył rękę na dłoni Titscha:
– Przekroczyliśmy limit. Sprzeciwią się nawet temu, co już mamy.
Titsch nie przestawał wysilać pamięci i nazajutrz obudził się przeklinając siebie samego, bo jedno nazwisko przypomniało mu się zbyt późno. Teraz jednak był już zmęczony tą pracą. Było to bluźnierczo bliskie stwarzaniu ludzi od nowa – przez samo przypominanie sobie ich nazwisk. Nie żałował wysiłku: to, co Schindler mówił o świecie, sprawiało, że Titschowi tak trudno było w jego mieszkaniu oddychać.
Jednak liście groziło niebezpieczeństwo ze strony referenta personalnego, Marcela Goldberga. Büscherowi, nowemu komendantowi Płaszowa, który miał jedynie zwinąć obóz, nie zależało, w pewnych granicach liczbowych, kto znajdzie się na liście. Zatem Goldberg miał możliwość trochę nią manipulować. Więźniowie wiedzieli, że Goldberg bierze łapówki; wiedzieli o tym i Dresnerowie. Juda Dresner – wujek Czerwonej Geni, mąż kobiety, której odmówiono miejsca w schowku za ścianą, ojciec Janka i Danki – też wiedział. „Ojciec zapłacił Goldbergowi” – tak po prostu Dresnerowie będą później tłumaczyć fakt znalezienia się na liście Schindlera. Nigdy się nie dowiedzieli, ile zapłacił. Złotnik Wulkan wciągnął na listę siebie, żonę i syna prawdopodobnie w ten sam sposób.
Poldkowi Pfefferbergowi powiedział o liście podoficer Hans Schreiber. Dwudziestokilkuletni Schreiber miał opinię nie lepszą od każdego innego esesmana w Płaszowie, ale Pfefferberg stał się kimś w rodzaju jego faworyta, tak jak to się często zdarzało w stosunkach między poszczególnymi więźniami i personelem SS. Zaczęło się to pewnego dnia, gdy Pfefferberga wyznaczono na dowódcę grupy roboczej mającej za zadanie umyć okna baraku. Schreiber przyjrzał się szybom, znalazł smugę i zaczął wygrażać Poldkowi w sposób, który zwykle był preludium do egzekucji. Pfefferberga wyprowadziło to z równowagi; powiedział Schreiberowi, że obaj dobrze wiedzą, iż szyby są wyczyszczone doskonale, więc niech Schreiber nie szuka pretekstu, tylko od razu Poldka zastrzeli. Wybuch ten odniósł efekt przeciwny do sugerowanego: zdziwił i ułagodził Schreibera, który później zatrzymywał czasem Pfefferberga i pytał go o zdrowie jego i żony, a niekiedy nawet dawał mu jabłko dla Mili. W lecie 1944 zdesperowany Poldek zwrócił się do Schreibera o wyciągnięcie Mili z transportu kobiet wysyłanych do Stuthoffu, niesławnego obozu nad Bałtykiem. Mila była już w kolejce do bydlęcych wagonów, gdy zjawił się Schreiber, machający kartką papieru i wywołujący jej nazwisko. Innym razem, w którąś niedzielę, pijany Schreiber wszedł do baraku i przed Poldkiem i paroma innymi więźniami zaczął wylewać łzy z powodu – jak to określił – „strasznych rzeczy”, których dokonał w Płaszowie. Mówił, że chce je odpokutować na froncie wschodnim. Tak też się w końcu stało.
Teraz powiedział Poldkowi, że Schindler ma listę i że Poldek powinien zrobić wszystko, by się na nią dostać. Pfefferberg poszedł do administracji prosić Goldberga o wciągnięcie jego i Mili na listę. Przez ostatnie półtora roku Schindler często odwiedzał Pfefferberga w obozowym garażu i zawsze obiecywał mu pomóc. Ale Poldek tymczasem stał się tak dobrym spawaczem, że nadzorcy garażu, których życie zależało od jakości wykonywanej tam pracy, ani myśleli go stamtąd puścić. Teraz rękę na liście trzymał Goldberg, dodawszy do niej oczywiście również swoje nazwisko – a ten stary znajomy Oskara, niegdyś częsty gość w mieszkaniu na Straszewskiego, spodziewał się dostać na tę listę z samych tylko względów sentymentalnych.
– Masz diamenty? – spytał Goldberg.
– O czym ty mówisz? – zdziwił się Pfefferberg.
– Żeby się dostać na tę listę – odparł Goldberg, człowiek o wielkiej, acz przypadkowej władzy – trzeba diamentów.
Teraz, kiedy wiedeński meloman hauptsturmführer Göth siedział już w więzieniu, bracia Rosnerowie, nadworni muzycy, mogli się wystarać o miejsce na liście. Także Dolek Horowitz, który wcześniej umieścił żonę i dzieci w „Emalii”, przekonał Goldberga, by dołączył jego, żonę, syna i córkę. Horowitz przez cały czas pracował w głównym magazynie Płaszowa i zdołał zgromadzić spory kapitał, który przeszedł teraz w ręce Marcela Goldberga.
Wśród wpisanych na listę znaleźli się bracia Uri i Mosze Bejscy, określeni w dokumencie jako monter i kreślarz. Uri znał się na broni, a Mosze miał talent do fałszowania dokumentów. Okoliczności powstania listy są tak mgliste, że nie wiadomo, czy wpisano ich z powodu tych zdolności, czy z jakichś innych względów.
Józef Bau, lubiący ceremonie pan młody, trafił na listę nic o tym nie wiedząc. Goldbergowi wygodnie było utrzymywać wszystkich w niepewności co do obecności na liście. Biorąc pod uwagę charakter Baua, można przyjąć, że jeśli zwrócił się on osobiście do Goldberga, to chodziło mu o to, żeby dostać się na listę razem z matką i żoną. Będzie już za późno, gdy się dowie, że do Brinnlitz pojedzie sam.
Co do Sterna, to Herr Direktor wciągnął go na listę na samym początku. Stern był jedynym spowiednikiem Oskara i jego rady miały dla Oskara wielką wagę.
Począwszy od pierwszego października nie wypuszczono z Płaszowa – do fabryki kabli czy gdziekolwiek indziej – ani jednego żydowskiego więźnia. Równocześnie zaufani więźniowie w sektorze polskim zaczęli wystawiać straże przy barakach, aby nie dopuścić do handlowania chlebem między Żydami a Polakami. Cena nielegalnego bochenka osiągnęła poziom trudny do wyrażenia w złotówkach. W przeszłości można było kupić bochenek za płaszcz, natomiast dwieście pięćdziesiąt gramów – za czysty podkoszulek. Teraz – jak u Goldberga – trzeba było diamentów.